Wrzesień 2017, czyli „…do szkoły by się szło…”

„Mamo! Jeszcze 5 minut…” Któż z nas ani razu tego zdania nie wypowiedział, będąc budzonym do szkoły… 😉 Wrzesień kojarzy się każdemu z nieprzyjemnym obowiązkiem rozpoczęcia nowego roku szkolnego, my zawitaliśmy w mury II L.O. w Gorzowie Wielkopolskim jeszcze dnia ostatniego sierpnia, by zagrać z okazji Rajdu Harcerskiego Adventure Siderea.
Gorzow pomnik
Ta pani wydaje się jakaś znajoma – WIEM!!! Przecież to ta słynna Pani z memów! ( za dużo internetów, ehh… ;P)
dabrowa scena

Harcerze udekorowali całą salę balonami, które co chwila z hukiem pękały przyprawiając Junka o palpitację serca, więc biedaczek ukrywał się przez cały czas w garderobie. Podczas koncertu już od pierwszego utworu – Miłość W Cisnej – harcerze zainicjowali pod sceną „młynek” i poszli ostro w pogo – widocznie wakacje spędzili na Przystanku Woodstock i Festiwalu w Jarocinie ;P Koncert przebiegł więc pod hasłem radosnego skakania, biegania w kółko i rytmicznego głośnego klaskania 😉 Teraz mogą z czystym sumieniem schować nosy w książki. Mamy nadzieję, że ten ostatni dzień wakacji spędzili dobrze się bawiąc. Zadziwiające jakie pokłady energii drzemią w tej charakterystycznej grupie naszych odbiorców :D. Po koncercie, z pomocą dzielnych druhów, prędko spakowaliśmy sprzęt, a wygłodniały zespół za priorytet obrał sobie upolować coś do zjedzenia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, trudno bowiem było znaleźć miejsca, świadczące usługi gastronomiczne w tygodniu, o tak późnej porze (zbliżała się 22), które spełniały kryteria naszych wysublimowanych podniebień 😛 – tak naprawdę chcieliśmy zjeść cokolwiek, byle było 1 ciepłe, 2 smaczne i 3 szybko. Po chwili bezowocnych poszukiwań w internecie, zrezygnowaliśmy z pkt. 2 i zamówiliśmy pizze ;P Z racji tego, że nie był to weekend, pizzeria nie świadczyła też usługi dowozu, gdyż mieli lada moment zamykać.
„Proszę Pani! My przyjedziemy po tę pizzę, nie ma problemu, zaczynajcie już robić, zabierzemy na wynos”
Wpadamy do pizzerii krzycząc jednym tchem: „Dobrywieczórtomydzwoniliśmyzamawialiśmy3pizze ! ! !”
„Dobry wieczór. Spokojnie, już się robią. Proszę usiąść, zawołam jak będą gotowe do odbioru”. Usiedliśmy więc i próbowaliśmy głośną rozmową zagłuszyć granego przez nasze kiszki marsza. Po dłuższym czasie wyczekiwania, przeplatanego niecierpliwymi i znaczącymi spojrzeniami rzucanymi w kierunku lady, teraz pustej, a przy której wcześniej stała w/w Pani, postanowiliśmy zadziałać i upomnieć się o zamówienie, obiecano przecież, że będzie (pkt 3 -) szybko. Tym razem po przeciwnej stronie lady pojawiła się inna Pani, która radośnie nam oznajmiła, że wywiązali się z umowy, nasze pizze TU (pokazuje na kartoniki znajdujące się po jej stronie) leżą już od 10 minut, spakowane i gotowe, by je zabrać.
– Przecież my tu ciągle czekaliśmy, tamta Pani miała nas poinformować,
– Proszę Pana, tamta pani już skończyła swoją zmianę…
< w tym miejscu na myśl przychodzi pamiętna scenka z Misia: „nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi”>
Tak oto chcąc – nie chcąc ominął nas ostatni, punkt 1, musieliśmy więc dopisać pkt 4:  „albo dobra, zjedzmy cokolwiek” 😀 Nic to, po kolacji zebraliśmy się w hotelowym pokoju i, nie wiadomo skąd, nagle zaczęliśmy rozmawiać na temat klipów. Wychodzi na to, że z braku czasu, a także pomysłów co do realizacji takowych, Cisza nie doczekała się jak dotąd spektakularnych filmowych produkcji krótkometrażowych (z wyjątkiem obrazów do W Naszym Niebie oraz Niebiesko) , zwanych potocznie teledyskami <swoją drogą kto wymyślił ten termin i w jaki sposób on do tego się odnosi? „Tele” można jeszcze podciągnąć, że od „telewizja” ale ten „dysk”… oj Darek idź sobie kawę zrób, bo odbiegasz od tematu i jakieś tu wewnętrzne dyskusje uskuteczniasz> ;P
Po długich rozmowach, doszliśmy do wniosku, że biorąc pod uwagę realia, czyli brak czasu, pomysłu oraz koszty realizacji, nie wiadomo kiedy to nastąpi :/ Ale wracając na ziemię, tak oto zakończył się dzień pierwszy jesiennej trasy. Gorzów – dziękujemy.
Następnego dnia wyruszyliśmy do Dąbrowy, by na zaproszenie Zbyszka Janowskiego wystąpić na festiwalu ZAMCZYSKO. Byliśmy tym faktem bardzo uradowani, czekał nas bowiem koncert w doborowym towarzystwie. Z powodów logistycznych, podróż odbywaliśmy na dwa samochody i tu zaczyna się śmieszna/tragiczna część tej opowieści, po raz kolejny nastąpił konflikt na linii My – GPS… W wyniku tego Ciszobęc pojechał południową trasą, a Mazdę (prowadzoną przez Ilonę) nawigacja pokierowała północnymi drogami, przy tej okazji zaśpiewaliśmy sobie „jadę dołem, a Ty górą” ;P Jak się okazało, na autostradzie wydarzył się karambol i nasze urządzenia GPS odmiennie zareagowały na sytuację na drodze, znajdując różne alternatywy dojazdu. Dodatkowo szacowany czas podróży co chwilę ulegał drastycznej zmianie, zapewne na skutek ulewy

dabrowa deszcz oraz tego, że pozostali kierowcy również uciekali przed korkiem na A4, zmniejszając przepustowość bocznych dróg :/ Po jakimś czasie bezowocnych manewrów, zdecydowaliśmy się zadzwonić do organizatora z informacją, że niestety się spóźnimy <kurcze, deja vu jakieś… ;P> Największym zaskoczeniem były dla nas słowa Zbyszka:
„aha, Wy też… ”
Okazało się, że praktycznie każdy z występujących tego dnia Artystów, pierwsze co wykonał w ramach festiwalu, to telefon w tej samej sprawie do Organizatora 🙂
Tym samym, z czystym sumieniem mogliśmy pochwalić się, że nie odstawaliśmy od reszty Wykonawców ;P Chociaż Drodzy Państwo, jak to się mówi „na dwoje babka coś tam”, ale o tym za Chwilę… Gdy dopłynęliśmy już do Dąbrowy, trzeba było wziąć się z rozpędu za próbę, jednak przez te opóźnienia zrobiło się małe zamieszanie i nie można już było dojść, czy kolejność instalowania się na scenie pozostaje zachowana. Koniec końców odbyliśmy próbę o czasie, w którym miały się rozpocząć już koncerty i niestety wyszło trochę niezręcznie, w pośpiechu musieliśmy iść na kompromis pomiędzy odpowiednim nagłośnieniem i komfortowym ustawieniem się na scenie, a naglącym programem imprezy. Dodać trzeba, że cały czas padało i było okropnie zimno, każdy więc ratował się jak mógł przed pogodą.dabrowa proba
dabrowa-chwila-nieuwagi.jpg
Kiedy impreza w końcu się rozpoczęła, trzeba było się schować do namiotów stanowiących garderoby dla Artystów i, racząc się hektolitrami gorącej herbaty, wysłuchaliśmy koncertów z zaplecza. Najpierw wystąpili Tomasz Olesiński oraz Piotr Kajetan Matczuk z zespołami towarzyszącymi, ale największym zaskoczeniem był występ zespołu Póki Co. Pamiętamy ich jako debiutantów nieśmiało jeszcze kroczących ścieżkami festiwalowych konkursów, a dziś już widzimy pewnie czujący się na scenie zespół „pełną gębą”. Ela Rojek z ogromną charyzmą prowadziła koncert, porywając Publiczność. Nawet gdy akustycy mieli chwilowe problemy z nagłośnieniem, pojawiające się sprzężenia i inne hałasy nie przeszkodziły wokalistce w utrzymaniu świetnego kontaktu ze Słuchaczami – pełna profeska. Bardzo przyjemnie odebraliśmy ich koncert i patrzymy w przyszłość z zaciekawieniem jak będą się rozwijać dalej. Trzymamy kciuki! 🙂 Dalej przyszedł czas na występ naszych Przyjaciół z zespołu Chwila Nieuwagi. Tutaj już nastąpiła konkretna jazda bez trzymanki. To co oni wyprawiają na scenie od dawna powodowało u nas opadanie szczęk, tym razem postanowili dołożyć jeszcze do pieca i zaprosili do wspólnego koncertu Kubę Blokesza. Tego po prostu nie można było przegapić. Chylimy czoła przed Wielką Sztuką, jednocześnie zaznaczamy, że znamy się z nimi od dawna i mamy nadzieję, że nie zapomną o nas, gdy już wejdą na sam szczyt muzycznego Olimpu 😉 Natchnieni muzycznymi dokonaniami wykonawców występujących przed nami weszliśmy nieśmiało na scenę mając nadzieję, że nas nie wygwiżdżecie i na szczęście tak się stało. Tzn. nie stało się,     znaczy stało się,    znaczy nie wygwizdaliście nas <Darek chyba za dużo tej kawy, co?> Byliśmy pod ogromnym wrażeniem Waszej żywiołowości, gdy zaczęliśmy grać, no dobra, pewnie to zasługa tego, że akurat wtedy przestało padać 😀 (w końcu jakaś rekompensata od natury za całe deszczowe wakacje). Nie robiąc sobie nic z trudnej pogody daliście nam poczuć się wspaniale, mimo iż graliśmy w towarzystwie silnej (z braku innego odpowiedniego słowa nazwijmy to) „konkurencji”.
dabrowa michal vs batman
<Hrabia Drakula atakuje Michała>

dabrowa scena 2
zdj. Zbyszek Janowski
Po zejściu ze sceny mogliśmy jeszcze wysłuchać koncertu Gwiazdy tego wieczoru – Eli Adamiak.
dabrowa koncert eli
To był ciężki dzień, ale dzięki muzycznej uczcie, jaką zaserwowali nam pozostali Artyści i Waszym gorącym przyjęciu, zasnęliśmy zmęczeni i szczęśliwi. Dziękujemy ZAMCZYSKO!
Na zakończenie pierwszego powakacyjnego weekendu czekał nas niezwykły koncert. Zdarzało się, że graliśmy na uroczystości ślubnej, ale tym razem wesele Iwony i Erniego odbyło się kilka dni wcześniej, jednak Państwo Młodzi postanowili dopasować się nieco do naszego grafiku i zorganizowali spotkanie z przyjaciółmi zapraszając i nas do Kompleksu Małe Dolomity w Hucisku. Gdy dotarliśmy na miejsce, właściciele tej atrakcji, chcąc, w imieniu Pary Młodej, pomóc nam w zorganizowaniu niespodzianki dla gości, przedstawili nam opcje lokalizacyjne koncertu: („A oczom ich ukazał się las…”)
hucisko las
Wędrowaliśmy tak beztrosko podziwiając florę i faunę,
hucisko sidhucisko cos
jednak nie mogliśmy się zdecydować na scenografię – albo była zbyt przewiewna

hucisko altana
albo za ciasna…
hucisko domek barbi
wybraliśmy więc miejsce na werandzie przy pokojach gościnnych
hucisko scena

hucisko sprzet w podlodzehucisko sprzet w podlodze zoom

hucisko scena
Dzięki temu rozwiązaniu mogliśmy podczas występu napawać się pięknym widokiem
hucisko junohucisko widok

Aby nabrać sił przed występem, musieliśmy pokrzepić się jakimś posiłkiem, w tym celu Ola z Iloną wspólnymi siłami przebrnęły przez meandry telefonicznego zamawiania jedzenia na dowóz – jak widać, nie było łatwo ;P
hucisko-dziewczyny.jpg
Nie obyło się bez przygód, okazało się, że nigdzie nie możemy znaleźć zasilacza do perkusji (jakże niezbędnego przy elektronicznej wersji tego instrumentu)… Telefon do Zbyszka rozwiał wszelkie wątpliwości, ten przyznał, że został takowy znaleziony na scenie w Dąbrowie, widocznie w całym tym festiwalowym zamęcie najzwyczajniej się zapodział. Patrząc z szerszej perspektywy i tak mamy niezłą średnią skoro, na tyle koncertów w roku, tylko raz zdarza nam się zgubić coś istotnego z punktu widzenia koncertu – nie liczymy oczywiście strat w prywatnej garderobie, tej starczyłoby zapewne do ubrania całego pułku wojska… taaak, zaraz, gdzie to ja byłem? Aha! Gdy atak paniki minął, rozpoczęliśmy żmudny proces podłączania każdego znajdującego się w naszym posiadaniu zasilacza – a nuż któryś będzie działał (chodzi o to, by były tam jakieś odpowiednie miliampery czy coś). Po wielu próbach okazało się, że musimy (uwaga!) zasilacz od tunera Mariusza zamienić z zasilaczem efektu do wokalu Michała, Mariuszowi w zastępstwie pożyczyć baterie do tunera, zasilacz Michała dać do tunera dla Darka, a ten od niego podłączyć do perkusji. Dziwna to konfiguracja, ale tylko w takiej wszystko działało jak należy 😀 Tzn. działało do czasu podłączenia lamp… Nie mogliśmy dojść, dlaczego ciągle wywalało korki, ale po jakimś czasie pomyśleliśmy, że może mieć to związek z wodą, którą po wakacyjnej trasie dopiero teraz wylaliśmy z pokrowca ze sprzętem oświetleniowym… No, ale pewności nie ma! ;P Zatem podłączaliśmy po kolei każdą lampę do prądu, a w tym czasie pracownik kompleksu dyżurował przy bezpiecznikach, włączając je raptem 6 czy 7 razy aż w końcu namierzyliśmy „winowajcę” 😀 Takie przygody nastroiły nasze humory odpowiednio do występu – wesoło musi być!
Po tym bardzo przyjemnym, plenerowym koncercie, zostaliśmy zaproszeni na dalszą część imprezy, przy ognisku, kiełbaskach i innych harcach ;P Dziękujemy Iwonie i Erniemu, życzymy pięknej wspólnej przyszłości!
hucisko ognisko

Po pierwszym weekendzie, zakończonym dość rozrywkowo, nadeszła pora na kolejny wyjazd, tym razem zaczynamy 8 września od Wrocławia. Ośrodek Działań Twórczych Światowid (czyli nasze stałe miejsce spotkań z Wami) tego dnia pełny był życia, ze względu na odbywające się tam warsztaty artystyczne.
wroclaw podworko
Niestety, z powodu braku czasu, nie mogliśmy sobie pozwolić na uczestnictwo, musieliśmy przecież przygotować własne wydarzenie artystyczne 🙂 Nie było żadnych problemów z rozstawieniem sprzętu, gdyż każdy zakamarek Światowida znamy już jak własną kieszeń, nawet tajemne przejście z garderoby na widownię, dzięki któremu Mariusz mógł się prześliznąć niepostrzeżenie, by zrobić fotkę przed koncertem 😀
wroclaw scena
Oświetlenie na sali powoduje, że Publiczność jest dla nas doskonale widoczna, a to zawsze wywołuje u nas odrobinę tremy, jednak Wasz aktywny udział w koncercie spowodował szybkie rozluźnienie i mogliśmy cieszyć się wspólnie zaśpiewanymi piosenkami 🙂
wroclaw scena zdj bart
zdj. Bart Kucharski
Jak widać tym razem mogliśmy z usprawiedliwioną bezczelnością stwierdzić, że na scenie pojawiły się gwiazdy ;P
Ciepło od Was płynące biło w nas przez cały występ i po nim, a już największy poziom wzruszenia osiągnęliśmy za sprawą grupki dzieciaczków, które wkroczyły śmiało na scenę i wręczyły nam piękne bukiety :* Dziękujemy Wrocław.
wroclaw podpisy
Noc spędziliśmy w Poznaniu, by następnego dnia pojechać do Sierakowa, aby pod zamkiem Opalińskich zagrać w ramach startu harcerskiego. Ryzykowne z naszej strony grać plener we wrześniu, jednak wszystkie prognozy zapewniały nas, że deszcz nam nie grozi – a my znów uwierzyliśmy 😂. Na szczęście natura tym razem nie okazała się złośliwa, ale spokojnie, znalazła sobie sposób. Mianowicie, skoro nie dało się nam zaszkodzić w sferze meteorologii, to można przecież obejść system i… zepsuć tylne drzwi od samochodu :O! Do tego, o ile dałoby się jeszcze cały sprzęt jakoś wyciągnąć, bocznymi drzwiami, to już perspektywa spakowania wszystkiego po koncercie wykraczała skalą poza znane nam tajniki ekwilibrystyczne. sierakow mariol vs drzwi
Chcieliśmy po dobroci, ale skoro złośliwość przedmiotów martwych postanowiła się z nami zmierzyć, wdrożyliśmy w życie dobrze znane polskim fachowcom pojęcie „nic na siłę, weź większy młotek” 😀
sierakow majki vs drzwiPozbieraliśmy resztki tapicerki, mając jednak przeczucie, że bitwę wygraliśmy, ale wojna trwa. No cóż, na razie Ciszaki 1 – Ciszobęc 0, o resztę będziemy się martwić później (albo raczej „prędzej”) 😉 sierakow zameksierakow scenasierakow misius kaczkisierakow widowniasierakow tablica
Jak widać w Sierakowie wiele się dzieje, na nasz koncert, poza oczywiście harcerzami, przyszło także wiele osób „z miasta”, które po raz pierwszy miały styczność z naszą wesołą twórczością. Po koncercie, sprawczyni naszej w Sierakowie wizyty – Ania, odprowadziła nas do położonego w malowniczej scenerii gospodarstwa agroturystycznego, gdzie mieliśmy spędzić nocleg.
sierakow zachodsierakow noclegsierakow 1sierakow altanasierakow nocleg ognisko
sierakow chustawki
Chociaż największą uwagę przyciągnęły konie… mechaniczne 🙂

sierakow benc vs porsche

Przy okazji poznaliśmy bardzo ciekawe połączenie łazienki z toaletą, albowiem do transformacji – w zależności od zapotrzebowania do jakich ma służyć w danym momencie pomieszczenie – służyła li tylko zasłonka ;P
sierakow lazienka
Wieczór, ze względu na biesiadujących do wczesnych godzin porannych sąsiadów, przebiegł można powiedzieć – sielankowo ;P
Dziękujemy Sieraków.
Sielanka skończyła się dnia następnego. Mimo iż wylądowaliśmy w Poznaniu dobrych kilka godzin przed koncertem, spędziliśmy je stojąc w korkach, spowodowanych wyścigiem rowerowym, który zdezorganizował ruch uliczny w całym mieście.
poznan korek 2
Nie było szans dostać się do domów ani Michała, ani Darka, więc zmieniliśmy plany i na obiad udaliśmy się do galerii Pestka. Niestety te utrudnienia dały się we znaki nie tylko nam…. gdy dojechaliśmy w końcu do D.K. Słońce okazało się, że drzwi są zamknięte i musimy poczekać z przygotowaniami do koncertu :/
poznan pod sloncem
Ciągle narastające opóźnienie powodowało i u nas narastanie (niestety negatywnych) emocji, ale czasami nie ma na to rady, trzeba się spiąć, jakoś to będzie. Było, jak zawsze w Poznaniu, wspaniale! Dzięki Wam szybko zapomnieliśmy o niesnaskach i cieszyliśmy się przyjemnym zakończeniem weekendu, przy sali wypełnionej po brzegi wspaniałymi Słuchaczami
poznan scena
Mariusz znów zakradł się, by zobaczyć ile osób przybyło, jednak musiał zrezygnować w połowie liczenia, bo już był czas rozpoczęcia koncertu 😉 Dziękujemy Poznań.

Trzeci weekend pora zacząć! Jedziemy do Gdańska! „No to se pojechaliście” – gdyby Ciszobęc był bohaterem filmu „Auta”, zapewne takie właśnie słowa najczęściej padałyby z jego animowanych ust… Tym samym wyrównaliśmy punktację 1:1 ;P
gdansk bez kola
Zaczęliśmy więc trasę od wizyty w warsztacie, w efekcie której okazało się, że mieliśmy wbity w koło pokaźnej wielkości wkręt (!) Co prawda słyszeliśmy o jakichś machlojkach związanych z budową autostrad, że niby z tańszych komponentów robiono, ale żeby aż takie zabiegi?! To asfaltu już się nie wylewa tylko na wkręty?!?… ;P Po operacji, już bez przygód dojechaliśmy do Domu Harcerza, w którym gościliśmy wielokrotnie, za każdym razem trafiając na kolejny etap generalnego remontu obiektu. W najdalszych wspomnieniach z wczesnego stadium prac, pamiętamy odgłos wiertarki budzący nas z samego rana oraz wszechobecny pył, również pod prysznicem 😛 Warto było znosić te niedogodności, by teraz cieszyć się całkiem odnowionymi – 4 osobowymi celami pokojami, w których co prawda nie ma na tyle miejsca, by wszyscy znajdowali się w nim jednocześnie, ale za to przy pryczach łóżkach zamontowano całkiem przydatne półeczki, w które konsekwentnie można przywalić głową z samego rana (co budzi gościa dużo skuteczniej niż odgłos wiertarki) 🙂

gdansk prycze
Odmiennie od części hotelowej obiektu, sala koncertowa nie zmieniła się znacząco.
Zgrabnie poszło nam rozstawienie sprzętu, niektórzy zdążyli nawet spróbować swoich sił zamieniając się instrumentami ;P
gdansk ilona za perkagdansk ilona zyzy

Z racji, że w okolicach sali koncertowej nie ma pomieszczenia, które mogłoby posłużyć za garderobę, przebrać przed koncertem mogliśmy się w naszym pokoju, z racji gabarytów –  oczywiście na zmianę ;D Mateusz tak się musiał przy tym nagimnastykować, że potrzebował wyprostować kręgosłup przed rozpoczęciem występu ;P
gdansk zyzy przed koncertemgdansk zyzy padl
Sam koncert zrekompensował nam te wszystkie warunki, wyglądało na to, że wszyscy obecni świetnie się bawią, no może poza najmłodszymi uczestnikami, którzy zawiedzeni nieobecnością Juna, zamienili pierwsze rzędy na sypialne ;P Obowiązkowo już, w koncercie pomagali nam Państwo Mukowscy – dziękujemy! :* <Piszę „obowiązkowo” mając na myśli, że zawsze są obecni na koncertach w tych okolicach, a ich rodzinny Puck zaliczamy niniejszym do Trójmiasta 😉 Choć jak pokazali, Gosia i Robert swój „zasięg” często nadwerężają, twierdząc, że na koncert do miejscowości oddalonej od Pucka nawet 300 km także mają blisko 😀>
Nocując praktycznie w samym sercu rynku, nie mogliśmy odmówić sobie wieczornego spaceru zanim w naszej celi ogłoszą capstrzyk udamy się na odpoczynek.
gdansk rynek noc
gdansk nocleg
Po przebudzeniu i obowiązkowym apelu podczas którego klawisz sprawdza czy nikt w nocy nie uciekł nasze serca pokrzepiła jedna myśl – śniadanie w naszym ulubionym Familia Bistro 😀
gdansk sniadanie
Udany (jak zawsze w Gdańsku) koncert –
clubbing na rynku –
niezapomniane przeżycia związane z noclegiem –
pyszne śniadanie  –
no to możemy ruszać dal…
gdansk majki w laptopie
– Ej! Michał! Jedziemy!
– Czekajcie, muszę jeszcze coś ważnego wysłać! {„Drogie BRAVO, niedawno użyłem żelu pod prysznic w wannie, czy coś mi grozi?!”} Dobra, skończyłem!
😉
Dziękujemy Gdańsk!

Ruszamy do Łodzi. Nad nami zawisły czarne chmury… dosłownie, więc bez obaw 🙂 chociaż przez chwilę mieliśmy wrażenie, że przybrały one kształt złowrogo wyglądającej twarzy
lodz chmury
Do Pubu Keja zawitaliśmy po raz drugi w tym roku. Krzysiek Zendeł specjalnie na naszą prośbę, udostępnił nam scenę sporo wcześniej, nastąpić miała bowiem historyczna chwila – zrobimy próbę i przećwiczymy najnowsze utwory! Okazało się jednak to chwilą bardziej histeryczną, ponieważ po próbie umieliśmy te utwory gorzej niż oczekiwaliśmy, trzeba więc było się wsłuchać w nagrania „jak to leciało” ;P
lodz pracujemylodz minius
Mariusz podczas podłączania nagłośnienia, miał niebywałą okazję połączyć „stare” z „nowym”
lodz mariol w rezyserce
lodz mixery
lodz scena proba
Zdziwiliśmy się też, że chętni na ten koncert zaczęli się gromadzić na sali już na 2 godziny przed rozpoczęciem, dopiero po jakimś czasie okazało się to uzasadnione, gdyż, mimo iż Krzysiek robił co mógł z organizacją miejsc siedzących, szybko zaczęło ich brakować. Wasze zainteresowanie owym wydarzeniem pokrzepiło nas na tyle, że nie przejmowaliśmy się już brakiem zamierzonego przygotowania do koncertu 🙂 Jak zwykle Łodzianie prześpiewali z nami cały koncert, nawet nowych utworów ucząc się w czasie rzeczywistym 🙂 Wspaniała Publiczność. Dziękujemy ŁÓDŹ.

Kolejnego dnia czekała nas wizyta w Kawiarni Artystycznej w Lublinie, miejscu specyficznym, gdyż odbywał się tu również jarmark i wszędzie obecne były różne przedmioty i rekwizyty niekoniecznie związane z formą sztuki jaką prezentuje nasz zespół 😉
lublin widownialublin scena
Najwięcej „roboty” miała tym razem Ola, gdyż została opiekunką uroczej Alinki
lublin-ola-i-alinka.jpg
To jak bardzo Alince spodobała się nowa Ciocia widać było przez całą próbę 🙂
lublin ciocia ola i Alinka
Najbardziej do gustu przypadła nam przygotowana przez zawodowych baristów kawa, miejscowy specyfik, który został tak bardzo przez nas wychwalony, że dostaliśmy po paczce w prezencie, abyśmy mogli sobie odtworzyć ten smak w domach <Właśnie! Czekajcie chwilę, idę sobie zaparzyć 😀>
lublin prezent
Dodatkową atrakcją była nasza garderoba, która została zaadaptowana ze sklepu z grami planszowymi, co oczywiście spowodowało nasze ogromne zainteresowanie i przez to rozpoczęliśmy koncert z małym opóźnieniem ;P
lublin garderoba
lublin po koncercie
Dziękujemy Lublin.
Pora na ostatni koncert trasy i wizytę w Warszawie, w stałym miejscu naszych spotkań ze stołeczną Publicznością – Reducie Banku Polskiego. Niedziela ma to do siebie, że jesteśmy już 3 lub 4 dzień w trasie, lekko zmęczeni, a myśli nasze wędrują już gdzieś w okolice własnych domów i spotkań z rodziną. Nic więc dziwnego, że można się pogubić nawet we własnej garderobie ;P
wawa-ola-ilona-e1508934608999.jpg

To niedzielne rozleniwienie wydaje się nie dotyczyć ekipy Reduty, pod wodzą Sławka Sobotki, która to zawsze solidnie się angażuje w przygotowanie sali koncertowej, tym razem jednak chyba za bardzo wypolerowali krzesła ;P
wawa krzesla

Tak całkiem na poważnie, to zawsze nas zaskakuje, jakie czary-mary potrafią zrobić z wielkiej, pustej sali. Wszystko po to, by nasi Goście dobrze się czuli w tym miejscu.
wawa widownia przedwawa widownia po
Stolica kolejny raz udowodniła, że wiedzie prym (ex aequo z Poznaniem :P) pod względem zainteresowania naszymi spotkaniami, mimo ich częstotliwości 😉 My również czujemy się dobrze w Waszym towarzystwie, niech tak zostanie 🙂 Po tym wzniosłym koncercie przyszła pora porozjeżdżać się do domów, ale zanim to nastąpi, zjedliśmy jeszcze, wspólnie z ekipą Reduty, pizzę – tym razem pyszną i gorącą! ;P Była to także okazja do wymiany opowieści jakie sytuacje towarzyszą nam w trasie, a im podczas organizacji różnych eventów w tym miejscu. Na zakończenie tej trasy uśmialiśmy się po pachy i ruszyliśmy w drogę 😀 Dziękujemy Warszawa.

Na zakończenie września wybraliśmy się znów najpierw nad morze, do Sopotu. Właśnie, Mariusz przyjechał wcześniej specjalnie po to, by się przespacerować po plaży (w Kołobrzegu kutry nie parkują na brzegu)
sopot kutrysopot morze
zdążył zwiedzić nawet słynne molo 😉
sopot molo
Tym razem zaprosiliśmy Was w zupełnie nowe miejsce do uroczej kawiarni Filiżanka i Kubek. Bardzo przypadły nam do gustu samo miejsce
sopot piesiosopot szyber dach
szyber dach w kawiarni 🙂
sopot proba
jak i świetne poczucie humoru właścicielki Ani: „To mój mąż, on jest groźny – jest Ślązakiem” 😉
sopot proba ciemno
Przybyło jak zwykle bardzo wielu znajomych, Gosia i Robert „obowiązkowo” pomogli nam z organizacją (dziękujemy :*) ale czekała nas również niespodzianka ze strony „Smoków” czyli Danusi i Leszka. Danusia rozpoczęła nasz koncert wzruszającym przemówieniem oraz wręczeniem nam prezentów, które zapewne sprawią, że Kraina Łagodności będzie bardziej „łagodna” a poezja jeszcze bardziej poetycka 😉
sopot prezent
Produkt ów nazywa się Goldwasser i, ku naszemu zaskoczeniu, zawiera płatki prawdziwego złota. Skoro nie doczekaliśmy się złotej płyty, to bez najmniejszych oporów przyjmujemy taki substytut 😉 Mało tego, dla pozostałych uczestników koncertu, przygotowali oni prawdziwy raj dla podniebienia i w przerwie raczyliśmy się przepysznymi ciastami. Kochani jesteście – dziękujemy :* Koncert był również wyjątkowy ze względu na to, że w końcu mogliśmy przywieźć ze sobą najnowszą płytę NIEOBECNOŚĆ w formie fizycznej 🙂 Po tej ogromnej dawce wzruszeń i doznań nie tylko muzyczno-poetyckich oraz kulinarnych, możemy śmiało stwierdzić, że chętnie znów Was zaprosimy w gościnne progi u pani Ani Koszewskiej, której dziękujemy za zaproszenie. Przy okazji pragniemy również podziękować pani Bożenie Kopczyńskiej, która za cel wzięła sobie, aby nasza współpraca z panią Anią doszła do skutku 🙂
Po koncercie dziewczyny udały się do swoich domów, a chłopaki na nocleg w znajomym pensjonacie z najmniejszą windą świata 🙂
Sopot – Dziękujemy

Poranek rozpoczęliśmy na wesoło, gdyż błądząc po korytarzach pensjonatu w poszukiwaniu jadalni, niesforne chłopaki – ciszaki wleźli do kuchni i zostali przepędzeni przez szefującą tam uroczą panią aparycji babci-cioci 🙂 Jedziemy do Bydgoszczy. Podróże kształcą, więc będąc już w drodze, Michał zaprezentował nam sposób na przechowanie jedzenia „na potem” ;P
bydgoszcz majki okruchy
Drugi raz w historii zaprosiliśmy Was do auli UKW Copernicanum dzięki pomocy naszego Przyjaciela Romana Lepperta.
bydgoszcz parkingbydgoszcz scena probabydgoszcz krzesla
Garderobę mieliśmy urządzoną w stylu „późnego rokokoko” ;P
bydgoszcz minius na salonach
a do naszej dyspozycji były nawet dwa fortepiany, dzięki czemu Mateusz van Zyzy uruchomił drzemiące w nim pokłady artystycznych zapędów fotograficznych 😉

bydgoszcz majki gra art
Przed koncertem Michał jeszcze udzielił wywiadu redaktorce radia PIK
bydgoszcz majki wywiad
reszta też nie próżnowała ;P

bydgoszcz darek i zyzybydgoszcz zyzy dla miniusia gra
Nawet na chwilę przed wejściem na scenę, głupawka dawała nam się we znaki
bydgoszcz mariola gra sam
<mina Mariusza pt. „No chodźcie już! Sam mam grać? TU SĄ LUDZIE!!! – bezcenna… ;P>

Tym razem, uczestniczyliśmy wspólnie w wyjątkowym wydarzeniu, nasze zaproszenie przyjęła bowiem Aleksandra Bacińska – poetka, której siedem wierszy zobrazowaliśmy dźwiękowo na najnowszej płycie. Pani Aleksandra wzbogaciła nasz występ zapowiadając swoje wiersze, przez co, zarówno Słuchacze, jak i my, mogliśmy poznać genezę ich powstania.
cisza i ola bydgoszcz
fot. Ireneusz Nitkiewicz

Musimy przyznać, że obecność na koncercie Poetki wywołała u nas „odrobinę” tremy, jednak już podczas wspólnej kolacji okazało się, że niepotrzebnie 🙂 Wieczór minął w doborowym towarzystwie i atmosferze jak przy spotkaniu starych, dobrych znajomych. Dziękujemy Pani Aleksandro, dziękujemy Romanie, dziękujemy Bydgoszcz. Ale STOP! Nie mogliśmy, będąc w Bydzi, wyjechać bez odwiedzenia naszych Przyjaciół z Zatoki – Ani oraz Janusza (którzy mimo iż mieli na głowie mnóstwo obowiązków w związku z imprezą w Zatoce i przyszli na nasz koncert), wprosiliśmy się więc na poranną kawę, by choć na chwilę się spotkać 🙂

Następny dzień zapamiętamy na długo. Przyjechaliśmy do Torunia, by zagrać z okazji 100 lecia harcerstwa. Organizatorzy zaprosili nas do CKK Jordanki do jednej z najnowocześniejszych sal koncertowych w Polsce. Mimo iż z zewnątrz wyglądało to jak jakiś ogromny bunkier,
torun budynek (2)

to już od progu poczuliśmy rozmach i profesjonalizm, jakim przesiąknięty był ten obiekt
torun wozek spakowanytorun wozek jedziemy
„jak dzieci, jak dzieci…” – nic dziwnego, przeważnie nie mamy możliwości skorzystać chociażby z takich udogodnień jak wózek do przewiezienia sprzętu 🙂 ale to pikuś… Wielkość sceny, widowni, światła, nagłośnienie, garderoby, a do tego „bardziej niż profesjonalna” ekipa, to wszystko wydawało się niemal nierealne, a przynajmniej jak dla nas nieosiągalne, a jednak…
torun za scenatorun salatorun widok na scenetorun scena boktorun perkatorun ilonatorun rezyserkatorun scena darek
torun zyzy
torun widok na widownie
Zyzy nawet wypróbował znany z serialu Star Trek teleport 😉
torun zyzy teleport
nie działa, do garderoby musieliśmy iść pieszo 😉
torun w gadrerobietorun relaks
jak widać poczuliśmy się jak gwiazdy, no ale przecież grali tu najwięksi, w tym, całkiem niedawno, sam Sting. Dlatego też narastającą tremę próbowaliśmy jakoś rozbić, chłopaki np. udawali mimów 😉
torun mimytorun mimy 2
<ps. rozwiewamy wątpliwości, to nie są klipsy tylko słuchawki! ;P>
No cóż nawet tuż przed samym koncertem zerkaliśmy na widownię zza ogromnego, podnoszonego ekranu, chyba po to, by jeszcze bardziej się stremować ogromną ilością Słuchaczy 😉
torun wychodzimy na scenetorun zerkam
<15 lat na scenach, ponad 800 koncertów za nimi, a ciągle trzęsą portkami jak tylko trzeba wyjść w świetle reflektorów i zagrać na trochę większych głośnikach ;P> Przebogata oprawa koncertu na pewno pięknie wyglądała, w dodatku po scenie bez przerwy biegał (dosłownie) kamerzysta, a do tego zauważyliśmy niezliczoną ilość fotografów (harcerze będą mięli fajną pamiątkę). Kamerzysta po koncercie przyznał się, że miał uruchomioną aplikację, którą zmierzył odległość jaką przebył podczas naszego występu, wynik – 6,2 kilometra 🙂 Niesamowite! <znaczy się wrażenia z koncertu, a nie to, że ktoś potrafi tyle przebiec i przeżyć – choć to niezłe osiągnięcie, zwłaszcza w oczach muzyka ;P>. Po koncercie udaliśmy się na kolację na przepiękny toruński rynek.
torun rynektorun rynek 2
Tak w tajemnicy („żeby mi to poza internet nie wyszło”;P) Wam powiemy, że oczekując na posiłek dzwoniliśmy do naszych bliskich, pochwalić się na gorąco wrażeniami z koncertu ;P „jak dzieci, jak dzieci…” Dziękujemy Toruń.

Pobudka była dość energiczna, a to za sprawą nieoczekiwanego gościa spotkanego pod prysznicem
torun-pajak.jpg
<no to co, że malutki, a ja wiem czy był szczepiony?!?! Przynajmniej już mi kawa nie była potrzebna!> ;P

Ostatni koncert wrześniowej trasy odbył się, żeby było śmieszniej, już pierwszego października w Koninie. Ranga tego wydarzenia natomiast była już dość poważna, ponieważ był to koncert charytatywny dla ludzi chorych na SLA, z inicjatywy fundacji Daj Mi Skrzydła. Zawsze chętnie niesiemy pomoc, gdy tylko jakakolwiek inicjatywa daje szansę na przyniesienie czegoś dobrego dla drugiego człowieka. Spotkaliśmy się z chętnymi, by wesprzeć fundację w malutkiej restauracji Megawat, na ten dzień przystosowanej do niespotykanej dla tego miejsca roli. Szczerze mówiąc, czujemy się dużo lepiej w takich kameralnych okolicznościach niż na ogromnych scenach, jak dzień wcześniej – widać nie mamy w sobie drygu do gwiazdorskich opraw koncertów 😉
konin zyzykonin-proba.jpg
<no i można być sobą, prawda?…>
konin mariol
Cieszymy się, że mogliśmy dołożyć swoją cegiełkę. Pożegnaliśmy publiczność, dziękując za ich zaangażowanie w sprawę i pojechaliśmy do domów odpocząć po tym pełnym (jakże różnych) wrażeń weekendzie 🙂 Dziękujemy Konin.
Z Wami drodzy Czytelnicy – do przeczytania w przyszłym miesiącu! 🙂

Reklamy

Sierpień, czyli wakacyjna trasa cz. 2 (i ostatnia ;D )

Po intensywnym lipcu, naprędce (prof. „Dżemik” byłby dumny ;P) odpoczęliśmy w domach (da się w ogóle pospiesznie wypocząć?…) całe 3 dni i z naładowanymi akumulatorami wracamy w muzyczno – cygańską podroż :D. Zdążyliśmy zrobić pranie, 2x odebrać telefon; Mariusz dosypał węgla do pieca, Darek się uczesał, a Michał podobno nawet na chwilę usiadł 🙂 i jedziemy! Na pierwszy ogień Giełda Piosenki w Szklarskiej Porębie. Początek trasy – początek przygód. Oczywiście mimo początkowego zapasu czasu po drodze sytuacja się zmieniła – nastąpiły korki, gradobicie, trzęsienie ziemi oraz powódź i erupcja wulkanu (dobra, chyba się zapędziłem ;P) i już mamy (złośliwa przyrodo) „obowiązkowe” spóźnienie. Dziewczyny musiały z tego powodu wspiąć się na wyżyny „trawelmejkapu” i przypudrować noski w samochodzie 😉
szklarska mejkap
Znając stan polskich dróg konsekwencje tego zabiegu były łatwe do przewidzenia i chłopaki już przygotowali aparaty by ustrzelić jakąś kompromitującą fotkę z makijażem na Jokera a tu niespodzianka – Ola i Ilona zdobyły jednak czarny pas w tej dziedzinie 🙂
szklarska after mejkap
Na nasze szczęście udało się skontaktować z szefową Giełdy – Beatą Jelonek, która specjalnie dla nas przestawiła nieco kolejność wykonawców, aby zamortyzować opóźnienie naszego przyjazdu – dziękujemy Beatko :*
Koncert czekał nas nieco zwariowany, gdyż była to jubileuszowa, 50 edycja tego festiwalu, a co za tym idzie ogromna ilość zaproszonych wykonawców, w związku z czym, na każdego przypadła niewielka ilość czasu, by zaprezentować się na scenie. Dość powiedzieć, ze nam przeważnie 5 razy tyle zajmuje rozstawienie się ze sprzętem, gdy sami organizujemy koncert ;P tym bardziej trudno tak w 20-30 minut (wliczając zainstalowanie zespołu) zaprezentować się godnie przed wymagającą publicznością i to w dodatku w niepełnym składzie – Mateusza, ze względu na kłopotliwie długi czas rozkładania perkusji postanowiliśmy przed tym koncertem wyrzucić z zespołu i ponownie przyjąć zaraz po nim, oczywiście na gorszych warunkach ;P
Gdy zajechaliśmy z piskiem opon do Bazy Pod Ponurą Małpą, na scenie szaleli nasi znajomi z zespołu Słodki Całus Od Buby. Z naszych informacji wynikało, że po nich wystąpi jeszcze jeden wykonawca, a potem już nasza kolej, więc czym prędzej pomknęliśmy pod scenę, przez co tylko pośpiesznie zdążyliśmy się przywitać z niewielkim ułamkiem z ogromnej ilości znajomych, którzy na ten festiwal przyjechali z całego kraju. Po SCOBie wystąpili, również zaprzyjaźnieni z nami, członkowie Na Bani, prezentując w trzyosobowym składzie, zarówno znane wszystkim utwory macierzystej formacji, jak i całkiem premierowe kompozycje. Koncertu wysłuchaliśmy, jak zwykle, będąc pod wrażeniem kunsztu naszych przyjaciół.
szklarska-darek-backstage-na-bani.jpg
Przez cały ten pośpiech nie zdążyliśmy nawet wypić obowiązkowej kawki, czemu wyraz wydaje się doskonale oddawać mina Oli
szklarska-minius-backstage.jpg
no ale za to adrenaliny dostarczyła nam napinka związana z prędkością z jaką zmieniali się wykonawcy dzielący tego dnia scenę 🙂 Szybka akcja:
wchodzimy,
podpinamy instrument,
lokalizujemy swój mikrofon,
– odsłuch jest?
– coś tu leży to chyba jest!
– kolejno odlicz, wszyscy są?
– Zyzego nie ma, ale ma usprawiedliwione!
– Dobra! Zaczynamy! – „Dobry wieczór Państwu…” ;D

szklarska cisza na scenieszklarska scena fot urszula
zdj. Urszula Styczyńska
Zagraliśmy tak krótko, że nie zdążyliśmy się pomylić ani razu (jasne…yhyyyym…) i już trzeba było kończyć. Wasze gorące przyjęcie rozgrzało nam serca i mogliśmy poczuć się wyjątkowo, uczestnicząc w tak doniosłym wydarzeniu i stając ramię w ramię z tyloma wielkimi Artystami. Niestety ledwo zeszliśmy ze sceny, a już musieliśmy wsiadać z powrotem do auta i ruszać w dalszą drogę – do Sobótki, na nocleg. Na parkingu czekała nas jeszcze jedna – dość egzotyczna – przygoda 🙂 Otóż po autograf przyszedł do nas osobnik, można by rzec, z zupełnie innej bajki, a już na pewno na pierwszy rzut oka, z innego festiwalu, bliższego specyfiką otchłaniom Mordoru niż Krainy Łagodności 😉 Jak widać to kolejny przykład, że muzyka to uniwersalny język i można połączyć zamiłowania do spokojnych brzmień z tymi spod znaku czarnych kotów, rogów i smoły 😉
szklarska burzum
<aua! Te pieszczochy są naprawdę ostre!>
Dziękujemy Giełdo!
Schroniska pod Wierzycą nie musimy przedstawiać, graliśmy tu nie raz, a i przejazdem zawsze chętnie wpadamy w odwiedziny do Kasi i Rysia. Tym razem to właśnie tylko na nocleg i śniadanie w towarzystwie Kasi mogliśmy przystanąć li tylko na chwilkę w te gościnne progi. No i także obowiązkowe zapasy Juna z Hektorem ;P
hektor i juno
Wysłuchaliśmy także oPIWIEści o planach warzenia własnego browaru (!) Znając gospodarzy, to prędzej niż później te plany wejdą w życie, jak dotąd bowiem za każdym razem, gdy ich odwiedzamy, coś nowego się u nich dzieje, albo coś zbudują, albo wyremontują, pomysł goni pomysł 🙂 Z tego też powodu nie było nam dane spotkać się z Rysiem, nie może on usiedzieć na miejscu i pracuje 25 godzin na dobę 😉
Odprowadzeni przez 4+2 nożny Komitet Pożegnalny ruszyliśmy na Szyndzielnię.
kasia-i-hektor1.jpg

Na najbliższej stacji, gdzie chcieliśmy uzupełnić płyny (nie tylko bencowe, ale też nasze obowiązkowe, czarne paliwo) spotkaliśmy Rysia – jednak udało się chociaż na chwilkę 🙂
szyndzielnia fota z Rysiem
Lecimy dalej. Ze względu na stromy podjazd do schroniska Michał wyruszył ze sprzętem, jak zwykle z duszą na ramieniu, w samotną podróż pod górę, a reszta zespołu kolejką, by przy okazji podziwiania widoków strzelić jakieś pamiątkowe fotki 🙂
124

szyndzielnia widok

szyndzielnia kolejka mariol3

w tym obowiązkowy „Mistrz drugiego (pierwszego?) planu” 😀

szyndzielnia miszcz pierwszego planu

Po wyjściu z wesołego wagonika nr 12 zostało do przejścia kilkaset metrów, lekko tylko pod górkę, jednak, gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa podwózki…

szyndzielnia podwozka
Po dotarciu na szczyt czekała nas nagroda w postaci pięknego widoku ze schroniska,
szyndzielnia chataszyndzielnia widokszyndzielnia widok 2
jak również znajomych twarzy obsługi i samego gospodarza Janusza 🙂 Niestety czekała nas również nagroda niepocieszenia, czyli rozkładanie klamotów 🙂 Właśnie w tym miejscu pojawia się nowa postać w naszej opowieści – Grzesiek Gancarek. Jak pamiętacie z opisu lipcowego na kilku koncertach tej trasy nie mógł być obecny Mateusz – spokojnie, nie wyrzuciliśmy go na Giełdzie ;P Jego zastępca zameldował nam gotowość do koncertu, pozostało „tylko” poskładać jakoś perkusję czego nikt z zespołu, poza Mateuszem, nie potrafi, ot taki tam szczegół 😉 (dobrze, że w necie można znaleźć mnóstwo zdjęć z naszych koncertów i posłużyć się nimi jak instrukcją obsługi) ;P
szyndzielnia grzes rozklada perkusje
Na szczęście młody (16l.) muzyk mimo iż na co dzień gra na prawdziwej (czyt. akustycznej) perkusji, poradził sobie z tym zagadnieniem aż za dobrze a dokładniej mówiąc – mimo złożenia całego instrumentu pozostały jakieś nieużyte elementy (chyba powinien chłopak zostać mechanikiem samochodowym) ;P  No ale skoro działa, to nie widzieliśmy (ani nie słyszeliśmy) w tym nic dziwnego. Nie było czasu na próbę z prawdziwego zdarzenia wobec czego przegraliśmy razem szybko program, a resztę uznaliśmy, że „ogra się w boju”. Tak też się stało i, mimo iż takie zastępstwa w bądź co bądź utrwalonym przez tysiące godzin wspólnego grania składzie, niosą ze sobą sporą dawkę napięcia, to także wprowadzają odświeżenie i dają obu stronom bezcenne doświadczenie. Słuchacze na samym początku występu, po przedstawieniu tymczasowego członka zespołu, dodali mu otuchy brawami całkowicie w ciemno – jesteście niesamowici 🙂 Grześ nie tylko zaliczył swój debiut sceniczny na 5+ (ciekawe, czy nasza rekomendacja podniosłaby mu ocenę z zachowania w szkole, hmmm… lepiej nie próbować, bo jeszcze obniżą…), ale także po koncercie chętnie podpisywał płyty i pozował do zdjęć (no dobra, trzeba go było troszkę ośmielić, ale co się dziwić – chłopak po prostu jest bardzo skromny) 🙂

szyndzielnia-grzes-z-fanem.jpg
Po części oficjalnej, dla chętnych, by pośpiewać jeszcze trochę piosenek już nie z repertuaru ciszowego, Michał z pomocą Grzesia poprowadził śpiewanki.
szyndzielnia spiewanki gszyndzielnia spiewanki
Pięknie dziękujemy Szyndzielnia.
Następnego dnia mieliśmy do pokonania dość długą drogę do Cisnej, w większości spożytkowaliśmy ją na sprawdzaniu u różnych źródeł jaka nas czeka pogoda, czyli nic się nie uczą Ciszaki, w lipcu także zawierzaliśmy prognozom i jak było? Każdy kto czytał pamięta ;P Tym razem na scenie TRAMP’u pojawiliśmy się w towarzystwie szczecińskiego zespołu Nad Porami Roku oraz Łukasza „Spaldinga” Majewskiego, znanego w środowisku przestępczym poetycko-muzycznym z zespołów Vergil Van Troff oraz Kavka. Wysłuchaliśmy, więc wraz z Wami koncertu Szczecinian cisna tramp nad porami
oraz Spaldinga
cisna tramp spalding na scenie
wspominając jak przed laty zaczynaliśmy wędrówkę po festiwalach, gdzie się z Łukaszem poznaliśmy i polubiliśmy. O naszych przyjacielskich stosunkach wydawał się nie wiedzieć Junek, jak tylko zaczynała się zbliżać pora naszego występu nasz czworonożny Gwiazdor zaczął się panoszyć na scenie ponaglając Łukasza ;P
cisna spalding i juno
Oczywiście pogoda też dobrze zapoznała się z programem imprezy
cisna chmury
i jak na złość podczas naszego koncertu zaczęło najpierw delikatnie kropić, z minuty na minutę coraz mocniej, by zaraz, jak tylko ogłosiliśmy krótką przerwę (no tyle czasu ile może zająć wylanie wody z głośników), przestało, a gdy tylko ponownie chwyciliśmy za instrumenty, deszcz wrócił :0 Bawiliśmy się tak trochę w kotka i myszkę z bieszczadzką aurą, aż w końcu stwierdziliśmy, że skoro Wam nie przeszkadza nadmiar wilgoci w powietrzu, to gramy dalej 🙂 Po koncercie, ku naszemu zdziwieniu, z inicjatywy Słuchaczy nastrój koncertu płynnie przeszedł w śpiewanki, w których wzięliśmy udział zaraz po spakowaniu sprzętu.
cisna spiewanki
Wybierając nocleg, mieliśmy pewną zagwozdkę, deweloperzy zewsząd kusili nas ciekawymi ofertami 😉cisna ofertaa noclegowa
Tak na poważnie to nocleg, dzięki pani Małgosi, mieliśmy bardzo wygodny 🙂
Dobranoc Cisna 🙂

O poranku okazało się, że na noclegu przewaletowaliśmy nieświadomie jeszcze pewnego Pana ;P
cisna pajak
Zaraz po śniadanku, z racji nadmiaru wolnego czasu „poszliśmy w miasto” 😉
cisna lody
no co w końcu są wakacje, nie?!?! ;P
Mariusz na ten przykład poszerzał swoje fotograficzne pasje – tu akurat polował na ciekawe ujęcie RYZYKUJĄC ŻYCIE! ;P
cisna mariol na czolowke z ciuchciacisna mariol i ciuchcia
dosłownie o włos… ;P
Wyjątkowo nigdzie się nie śpieszyliśmy i mogliśmy napawać się (z uzasadnioną podejrzliwością) piękną pogodą, dziś bowiem zagramy w Smolniku. W Zagrodzie Chryszczata występowaliśmy już w ciepłe dni i przy słonecznej pogodzie, dziś jednak zanosiło się na deszcz i, po tylu psztyczkach w nos od Matki Natury, postanowiliśmy zagrać na sali koncertowej zagrody, a nie jak do tej pory, na zewnętrznej scenie. To posunięcie okazało się wręcz doskonałym rozwiązaniem i, mimo początkowej niepewności, czy nie będzie zbyt ciasno, wieczór przebiegł we wspaniałej atmosferze. W obiektywie uwiecznił ten koncert Janusz Sygnecki – właściciel zagrody
smolnik 1 scenasmolnik 1 majkismolnik 1 ilonasmolnik 1 grzessmolnik 1 dareksmolnik 1 scena juneksmolnik 1 cisza z jankiem
Wieczór nie skończył się bynajmniej wraz z ostatnim dźwiękiem i posiedzieliśmy sobie w doborowym towarzystwie ekipy zagrody przy bieszczadzkim elemencie baśniowym do późnej nocy (powtórzę się)- a co, wakacje w końcu 😉
To był już ostatni nasz koncert z gościnnym udziałem garowego zastępcy. Grzesiu, dziękujemy Ci za podjęcie trudnej próby nie tylko muzycznej, miałeś bowiem okazję w ciągu tych trzech dni poznać prawdziwy przekrój naszych koncertowych przygód doznając niewygody, pośpiechu, kłopotów technicznych i meteorologicznych, wielogodzinnej podróży, chrapania współtowarzyszy, ale również – co mamy nadzieję bardziej zapamiętasz – wspaniałej atmosfery samych występów jak i pokoncertowych śpiewanek, życzliwości naszych Słuchaczy oraz gościnności Przyjaciół. My zapamiętamy Twój ogromny wkład w nasze występy i trud jaki poniosłeś, by się do nich przygotować. Dziękujemy Ci za tchnienie w nas młodzieńczego zapału do grania. Wszystkiego dobrego na muzycznej drodze i do zobaczenia na scenie i poza nią!
Następnego dnia, gdy zasiedliśmy do śniadania nieco zdziwiliśmy się zachowaniem Junka, ten bowiem nigdy wcześniej nie przychodził do stołu i nie robił „spaniela” w celu wyżebrania czegoś do jedzenia, no cóż…
smolnik-kortez.jpg
może to dlatego, że… to nie jest Juno?!? 😀 <teraz zapewne, Drogi Czytelniku spojrzałeś jeszcze raz na zdjęcie, prawda? ;P> To oczywiście Kortez, który pod nieobecność swojego pana (Janusza) przyszedł łakomy nie tylko na kąski ze stołu (najwidoczniej tak jak my, poznał się na przepysznej zagrodowej kuchni), ale jak się okazało jest z niego jeszcze większy pieszczoch niż nasz piesek. Wysłaliśmy więc obydwa kudłatki na zabawę na świeżym powietrzu, raz po raz próbując zgadnąć, który jest który 🙂
smolnik kortez i juno sie bawia
Mieliśmy tego dnia zagrać dla harcerzy koncert plenerowy w położonej nieopodal Woli Michowej, jednak zabrakło nam już ręczników, którymi do tej pory wycieraliśmy do sucha sprzęt i przed grożącymi nam chmurami musieliśmy wykombinować jakieś alternatywne rozwiązanie. Pomocną dłoń podał nam Janusz (stokrotne dzięki!!!), udostępniając nam ponownie zagrodową „estradę”. Sprosiliśmy, więc wszystkich zuchów, druhów, druhny oraz każdego, kto chciał uczestniczyć w tym wydarzeniu, tym razem upychając zagrodę po sam sufit, aby pomieścić wszystkich 🙂
smolnik 2 scenasmolnik 2 mariolsmolnik 2 ilonasmolnik 2 zyzysmolnik 2 minius
Mimo iż dwa dni z rzędu zagraliśmy w tym samym miejscu, koncerty różniły się od siebie nie tylko repertuarem, czy perkusistą ;P, ale przede wszystkim publicznością, albowiem w naszym odczuciu to właśnie Wy jesteście kluczowym elementem każdego koncertu i, w ogromnej mierze, od Was zależy, jaki ten koncert będzie. Obecności harcerzy zawsze towarzyszy element suspensu i nigdy nie wiemy czego się spodziewać. Tym razem z powodu braku miejsca nie było możliwości skakania (choć zauważyliśmy tańce odbywające się na zewnątrz budynku) i wszystkie mundurki uczestniczyły czynnie w pozycji siedzącej, zachowując formę klaszcząco-śpiewającą 🙂 Bardzo miły wieczór 🙂 Dziękujemy Smolnik, dziękujemy Zagroda Chryszczata.
Na nocleg wybraliśmy się do naszych Przyjaciół do Zajazdu pod Caryńską, jak zwykle Jacek i Sebastian Skórka, przygarnęli nas, mimo iż mieliśmy u nich zagrać dopiero za 2 dni :). Nazajutrz czekał nas koncert w Wetlinie w PTTK’u. Przeżyliśmy swoisty dzień świstaka,  niektórzy z gości schroniska, od ostatniej naszej wizyty w lipcu, nie zmienili nawet miejsca przy stoliku 😀
wetlina widownia
Także frekwencja na koncercie wydawała się zbliżona do poprzedniej oraz nasze zdziwienie Waszą liczebnością w dalszym ciągu pozostaje niezmienne 😉 Pozytywne to uczucie, gdy po całodniowych wędrówkach, jakże różni ludzie, z różnych miejsc z całego kraju, spotykają się pod wspólnym niebem, by współbytować w łączącym ich zamiłowaniu do łagodnych dźwięków. Warto wspomnieć niezwykłe spotkanie z naszym znajomym z Kołobrzegu, który, jak twierdzi, przez te wszystkie lata wybierał się na nasz koncert w rodzinnym mieście i wybrać się nie mógł, aż w końcu podczas urlopu natknął się na nas w Wetlinie właśnie 🙂 Pozdrawiamy Mariusz.  Po zejściu ze sceny (umownym oczywiście wszak za element sceny robi tu jedynie daszek – i świetnie sprawdza się w tej roli) jak zwykle wielu z Was nie wystarczyło tylko wysłuchać koncertu i chętnie jeszcze długo uczestniczyliśmy w rozmowach.
wetlina po koncercie
Z mroku wyłoniła się jeszcze jedna postać, której początkowo nie mogliśmy rozszyfrować – twarz jakaś taka znajoma, tylko „kto to jest?”. BAM! Jak rozbłysk wybuchu atomowej bomby uderzyło w nas, że tym tajemniczym Nieznajomym jest Łukasz z Chatki na końcu Świata w Łupkowie. Przed kilkoma laty Łukasz porzucił funkcję chatara w tym kultowym miejscu (ówcześnie ku naszej i wielu innych bywalców rozpaczy) i wyjechał za granicę. Teraz wrócił niezwykle odmieniony nie tylko fizycznie. Niesamowicie dobrze Cię było znów spotkać, Przyjacielu.
Dziękujemy Wetlina.
Po koncercie wróciliśmy na nocleg do Ustrzyk i odśpiewaliśmy Mariuszowi urodzinowe nie 100 lat, ale „40 lat minęło” a Jacek przygotował mu specjalny tort 😀ustrzyki mariol tort
Dlatego też uzasadnione było posiedzieć troszkę dłużej w zacnym gronie ekipy zajazdu, wszak po tylu wspólnych koncertach i zlotach (oraz na poczet przyszłych ;P) traktujemy się już bardzo po przyjacielsku. Szczęściarz ten Mariol, zawsze jego urodziny wypadają podczas wakacyjnej trasy 🙂
ustrzyki mariol i uabiustrzyki mariol seba darekustrzyki 40
Trzeciego dnia korzystania z gościny u Braci Skórka, nadszedł czas, by zagrać w końcu w naszym Drugim Bieszczadzkim Domu. Przed koncertem z racji tego, że scena była do naszej dyspozycji od samego rana, mieliśmy niebywałą okazję zrobić próbę z nowymi utworami, by zaprezentować ich jak najwięcej tego wieczora gościom zajazdu. Tu niespodzianki nie było, jak zwykle wytworzyła się wyjątkowa atmosfera, dzięki której odważyliśmy się zagrać do tej pory nie słyszane przez Was piosenki z najnowszej płyty.
ustrzyki proba zyzyustrzyki widowniaustrzyki scena

Dziękujemy Ustrzyki.
Na zakończenie bieszczadzkiej części naszej trasy ostatniego dnia zagraliśmy ponownie na TRAMP’ie w Cisnej. Tym razem już bez przygód meteorologicznych, pełny koncert w pełnym składzie, taka nasza kropka nad i 🙂
No może jedno spotkanie jest warte opisania, mianowicie wypatrzyliśmy samotnego wilka 🙂
wilk
Pożegnaliśmy więc nasze ukochane góry, Przyjaciół z Zajazdu pod Caryńską oraz Zagrody Chryszczata i wyruszyliśmy na niziny. Na pokrzepienie naszych serc, górski klimat postanowiliśmy zachować przy sobie na dłużej, przyjechaliśmy bowiem do „górskiej” Chaty M do Dłutówka. Z Marcinem współpracujemy już od dawna organizując w jego chatce spotkania ze Słuchaczami Krainy Łagodności, ale oprócz tego, gospodarz zaprasza tu także inne ciekawe zespoły, wiedząc, że zawsze znajdą się chętni, by uczestniczyć w muzycznej uczcie. Miejsce to pełne inspiracji, w którym, jak wiecie, opracowaliśmy sporo naszych piosenek.  Marcin ciągle rozbudowuje to miejsce, pamiętamy, jak nie tak dawno temu, nie było tu nawet prądu, a teraz nawet wybudował schron przeciw-bombowy zewnętrzną spiżarnię 🙂
dlutowek schrondlutowek scenadlutowek regulamindlutowek widownia
Dłutówek stał się bardzo przyjaznym miejscem dla wszystkich pragnących oderwać się, choć na chwilę, od szybkiego miejskiego życia, zapragnęliśmy spotkać się tu ze wszystkimi Wami, którzy nie wyjechaliście na długie wakacje.
dlutowek michal bis
Po koncercie pogoda zaczęła się gwałtownie pogarszać i oczami wyobraźni widzieliśmy już pływające nagłośnienie, na szczęście mogliśmy na Was polegać i w tak wiele rąk udało się wszystko szybko zabezpieczyć 🙂 Na nas przyszła już pora, by wracać na noc do Poznania, natomiast wielu z Was zostało jeszcze w gościnie u Marcina. Dziękujemy Dłutówek.
W stolicy Wielkopolski zagraliśmy prywatny koncert dla nowożeńców Ani i Macieja. Nie było to typowe wesele, bardziej obiad dla najbliższych, z którego to okazji Państwo Młodzi postanowili przybliżyć naszą twórczość „niewtajemniczonym” gościom 🙂
Na sam koniec wakacji czekała nas największa petarda. W odpowiedzi na dotychczasowe Zloty Ciszaków, specjalnie dla tych, którym za daleko było w góry zorganizowaliśmy pierwszy w historii zespołu Cisza Jak Ta Spływ Ciszaków przy motoprzystani w Plecewicach. Pierwsze atrakcje tego dnia zaplanowaliśmy na godzinę 11, więc trzeba było wcześnie wyjechać z Poznania. Blisko celu naszej podróży zobaczyliśmy niecodzienny widok na polskich drogach, mianowicie fiata 126P 🙂 Popularny przed laty Maluch, któremu zawsze towarzyszyło hasło „zrób to sam” zapewniał spragnionym doznań majsterkowiczom rozrywki na wiele godzin, przeważnie więcej czasu spędzał rozebrany na części w garażu niż w podróży ;P Ale nie dlatego o tym wspominamy. Tego poranka minęliśmy grubo ponad setkę tych pojazdów w przeróżnych kolorowych konfiguracjach i z jedynymi w swoim rodzaju ozdobami, tuningami itp. Najwyraźniej mijaliśmy uczestników jakiegoś zlotu, no cóż, „każdy ma jakiegoś bzika” 🙂 Naszym bzikiem jest muzyka i spotkania z Wami, no a jak jeszcze można to połączyć w tak piękny sposób, jak tego pamiętnego dnia, to już poezja 😀 Dojechaliśmy na miejsce i od razu zaczęliśmy przygotowania do spływu. Profesjonalna ekipa, pod wodzą Michała Ścigockiego, przygotowała dla wszystkich kajaki, kamizelki, przeprowadzono odprawę, na której ratownicy WOPR omówili zasady bezpiecznego przemieszczania się po wodzie i … do wioseł!
splyw odprawa ratownicy
splyw wyplywamy majki zyzy junosplyw wyplywamy majki juno
splyw ola ilona zyzy
splyw wyplywamy ilona minius 2splyw wyplywamy 11splyw wyplywamy 10splyw wyplywamy 9splyw wyplywamy 7splyw wyplywamy 6splyw wyplywamy 5splyw wyplywamy 4splyw wyplywamy 3splyw odplyneli
5671432
Brawa dla wszystkich uczestników wodnego szaleństwa, wszak to nie lada wyczyn wiosłować przez kilka godzin! Po Waszych minach widać, że było warto 🙂
splyw grupowe
Nie wszystkim jednak było dane zażywać rekreacji, trzeba przecież przygotować koncert od strony technicznej…
splyw-robimy.jpg
(UPS! No dobra, nie mamy zdjęć z rozstawiania sprzętu, ale musicie nam wierzyć, samo się przecież nie zrobiło ;P )
Dziewczyny z przystani, specjalnie na tę okazję, stworzyły najpiękniejszy baner, będący odwzorowaniem logo zespołu
splyw napis
(tu jeszcze w produkcji, warto zauważyć jaka to precyzyjna robota)
Niezwykle się ucieszyliśmy, że zaproszenie na to wydarzenie przyjął zespół Myśli Rozczochrane Wiatrem Zapisane, który to specjalnie na 2 tylko koncerty reaktywował się po latach, zjeżdżając się z całego Świata 🙂 Nic dziwnego, że podczas próby nad ich głowami fruwali paparazzi ;P
splyw mysli paparazzi
Przepięknie było zakończyć długą i wyczerpującą trasę wakacyjną wydarzeniem przepełnionym atmosferą przyjaźni i życzliwości, wzajemnych śpiewów i mnóstwa wzruszeń. Po koncercie, przy żywym ogniu, raczyliśmy się nie tylko kiełbaskami, ale przede wszystkim współbytowaliśmy w śpiewie. Do wczesnych godzin porannych na polu namiotowym rozbrzmiewały mniej i bardziej znane pieśni, gitara wędrowała z rąk do rąk i o to w tym wszystkim chodzi, Drodzy Przyjaciele.
Na koniec kilka znakomitych ujęć autorstwa Elwiry Sztorc.
lolek aniolgosiakasialolekmarysiamysli scena
325417
62.jpg
8910
1112131415

Dziękujemy i do zobaczenia! Ciszaki

Lipiec, czyli wakacyjna trasa cz. 1

Pora wakacji dla nas jako zespołu to wyjątkowy czas, można przecież połączyć przyjemne z pożytecznym 🙂 Co roku wybieramy się w tym okresie, by koncertować w górach i, aby nadać tej podróży odpowiedniego wydźwięku, tak jak w naszej piosence „1000 Kilometrów”, wakacyjną trasę rozpoczęliśmy 20 lipca koncertem w naszym rodzinnym Kołobrzegu. Tradycyjnie już, korzystając z przychylnych warunków atmosferycznych, na miejsce tego wydarzenia wybraliśmy plenerową scenę RCK’u.
kg scena
Dzięki temu mogliśmy zobaczyć na koncercie nie tylko znajome twarze, czy to przyjezdnych przyjaciół czy tubylców, ale także zupełnie przypadkowych przechodniów, którzy zwabieni odgłosami dobiegającymi ze sceny, postanowili się zatrzymać na chwilę dłużej. Myśleliśmy nawet, że to przez pomyłkę, w Kołobrzegu bowiem dnia następnego rozpoczynała się „nieco odmienna stylistycznie” impreza muzyczna – Sunrise Festival. Tym samym można śmiało powiedzieć, że chcąc nie chcąc, zainaugurowaliśmy to święto muzyki techno, co by się nawet zgadzało z oprawą, gdyż wcześniej wychwalana pogoda zaserwowała nam najpierw rytmiczne grzmoty z nieba, a potem również piorunujące efekty świetlne, które towarzyszyły nam od pewnego momentu aż do zakończenia koncertu 🙂 Na szczęście zdążyliśmy dokończyć występ, z chętnymi zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia, podpisać płyty, spakować sprzęt i dopiero wtedy lunęło jak z cebra 😀 Czekała nas tego wieczoru (a raczej tej nocy) jeszcze praca, gdyż postanowiliśmy odrobinę dopieścić nagrania jakich dokonaliśmy ostatnimi czasy w Danielce i to tu, to tam co nieco pozmieniać czy dograć.
kg-ilona-wiolka1.jpg
To nasze „odrobinkę” przeciągnęło się do 4 nad ranem i zanim zaczęliśmy ze zmęczenia grać czarnego bluesa, choć na chwilę udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia wybraliśmy się do Śremu, aby zagrać na… plaży 😀 Nie zdążyliśmy nawet wybrać się na spacer nad Bałtyk, będąc w naszym nadmorskim kurorcie, więc nad jeziorem postawiliśmy na piasku bose stopy  🙂 i choć to Wy mieliście możliwość rozłożyć się wygodnie na leżakach, delektując się szumem wody za plecami, my mogliśmy chociaż przed koncertem odrobinę dać się ponieść „wakacyjnemu zefirkowi”
srem zyzy.jpg
srem na scenie
Ta luźna atmosfera pełna zamyślenia udzieliła się najwidoczniej Michałowi gdy ten, komentując radosne tańce kilkuletnich dzieci pod sceną, mając zapewne zamiar powiedzieć „cheerleaderki”, skomentował ten uroczy obrazek mniej więcej słowami: „nasz zespół ma własne Chippendales” ;P Po koncercie udaliśmy się w bagatelka 3,5  godzinną podróż na nocleg do klasztoru (!) w Głuchołazach, wszystko po to, by zdążyć na g. 10 na próbę sceniczną przed koncertem na festiwalu KROPKA.
Spotkaliśmy tam jakieś dziwne postaci snujące się po korytarzach, czyżby duchy?!
chyba darek
Bardziej prawdopodobne, że ktoś tu śpieszył się do spania ;P
Mimo tak skandalicznie wczesnej pobudki (jak wiecie w trasie nie jest nam dane kłaść się o przyzwoitej porze) byliśmy w doskonałych humorach 😀 Z uśmiechniętymi buziami zameldowaliśmy się o umówionej godzinie na kropkowej scenie, a to za sprawą ekipy nagłaśniającej ten festiwal. Artur Czerwiński, właściciel daabsoundsystem, wraz z Krzyśkiem Lewandowskim, to najbardziej profesjonalna ekipa obsługująca wielkie imprezy z jakimi mieliśmy okazje współpracować.
kropka z krzysiem
Dlatego też próba przebiegła bez żadnych problemów i zanim się spostrzegliśmy, mogliśmy udać
się do hotelu, aby odespać trochę poprzednią noc i nabrać sił na wieczór. Gdy już byliśmy w trybie „koncentrejszyn” udaliśmy się posłuchać występujących tego wieczora dobrych znajomych ze sceny.
kropka czarny nosal telebim.jpg
Niestety pogoda zmusiła nas do wysłuchania koncertów z zaplecza, ale na szczęście wszystko widzieliśmy (w lustrzanym odbiciu) na telebimie.
kropka zdjeciekropka piotr wrobel

I tak jak w przypadku np. Darka Czarnego, Rafała Nosala czy Piotra Wróbla, z którymi nie raz mieliśmy zaszczyt dzielić w przeróżnych kombinacjach scenę, to z Arturem Andrusem wiąże nas „szczególna więź”. Otóż Drodzy Państwo, pacholęciem scenicznym będąc, byliśmy zapowiadani przez pana Artura podczas festiwalu NADZIEJA w Kołobrzegu. Gdy  w czasie naszego montowania się na scenie zabawiał publiczność jakąś wyszukaną anegdotą, zagłuszony przez niesforny zespół, odwrócił się do nas i krótko powiedział: „ja wam nie przeszkadzałem”. Takie były okoliczności poznania się z Arturem Andrusem 😀 Na tzw. bekstejdżu gwarno i wesoło, byli tu bowiem sami znajomi, którzy od lat tworzą ten festiwal. kropka garderoba
Chłopaki na chwilę przed wejściem na scenę, ku przerażeniu naszego Junka, zainteresowali się entomologią ;P
kropka zdjecie cmykropka cma
Zagraliśmy jako ostatni wykonawca tego wieczoru i, mimo późnej pory, Kropkowa publiczność dała z siebie wszystko, poniekąd i nam dostarczając niezbędnej energii. Tej wystarczyło jeszcze nawet na krótki afterek, wszak nie można zmarnować okazji do spotkania się z przyjaciółmi przy małym piwku 😉
kropka mariol cool slawka
À propos widocznego na zdjęciu naszego wieloletniego Przyjaciela (oraz organizatora KROPKI) Rafała „Coolmax’a” Długosza – p
odczas koncertu nasz piesek został w garderobie pod jego opieką i, gdy skończyliśmy grać ostatni utwór, widocznie nasz czworonóg nauczony, że na bis to on musi koniecznie wyjść na scenę, przysparzał trochę kłopotów, gdyż można było usłyszeć słowa Rafała:
– LEŻEĆ! Juno LEŻEĆ! Nie ŁAPKA Juno, tylko LEŻEĆ! ;D
Nazajutrz spotkaliśmy jeszcze na parkingu hotelowym pana Andrusa, który życzył nam szerokiej drogi, przyjęliśmy, że muzycznej 😉 Dziękujemy Głuchołazy, dziękujemy KROPKO.
kropka krowka

Wyruszyliśmy do Jamnej aby, na zaproszenie Adama Gancarka, zagrać w Chatce Włóczykija przy Schronisku Dobrych Myśli. Dosłownie zawisły nad nami czarne chmury i na miejscu przywitała nas ulewa przez wielkie Uu U.
jamna chmury 2

jamna scena

Tym bardziej, że nie było warunków do spacerów, po rozłożeniu sprzętu postanowiliśmy się przygotować do koncertu, tego dnia bowiem czekała nas podwójna premiera. Uznaliśmy, że wakacje to czas zabawy i swobody, nawet w naszej pracy i, że zaistniały odpowiednie warunki, by spróbować zagrać dla Was utwory z dopiero co nagranej płyty. Z racji tego, że Cisza najpierw nagrywa nowe piosenki na płytę a dopiero potem stara się ich nauczyć ;P, to właśnie letnie koncerty stały się dla nas poligonem doświadczalnym. Na pierwszy ogień przygotowaliśmy (znaczy się bardziej „nie umiemy tego zagrać ale co się może wydarzyć – najwyżej nam nie wyjdzie” ;P) dwa utwory „Last Minute” oraz „Dziwni Letnicy”. Po Waszych reakcjach wydaje nam się, że to była dobra decyzja 🙂 Odważyliśmy się tym samym, aby na kolejnych występach prezentować coraz więcej młodszych piosenek (których jeszcze bardziej nie umiemy zagrać ;P). Jeszcze jedna warta odnotowania sytuacja miała miejsce tego wieczoru. Po koncercie podszedł do Mateusza 16 letni syn właściciela, Grześ, nieśmiało pytając, czy może przez chwilę pograć na jego perkusji. Mateusz oczywiście się zgodził, chłopak zasiadł więc do zestawu i zaczął z młodzieńczą pasją ujarzmiać instrument.

Wtedy właśnie
……….
………
……..
…….
……
…..
….

..
.

pomyslowy dobromir

Przypomniało nam się, że Mateusz za dwa tygodnie chciał jechać na wesele szwagierki i kolidowało mu to z kolejną trasą. Po tym jak zobaczyliśmy umiejętności Grzesia, zaproponowaliśmy mu zastąpienie naszego perkusisty podczas trzech koncertów sierpniowych. Ten bardzo się ucieszył i obiecał przygotować się należycie, co stanowiło nie lada zobowiązanie, nie miał przecież za wiele czasu, a i z braku możliwości zorganizowania choćby jednej wspólnej próby sprawa wydawała się bardzo trudna. Właściwie to żaden rozsądny muzyk nie pisałby się na tak ryzykowne posunięcie, ale na szczęście Grześ z tym ryzykiem wpasował się idealnie – że niby od kiedy to Cisza postępuje rozsądnie? ;). My natomiast ucieszyliśmy się, że nie będzie nam brakować wszystkich do kompletu i Mateusz będzie mógł spokojnie wziąć udział w rodzinnej uroczystości. Po kolacji posiedzieliśmy chwilkę w przyjacielskim gronie, a nad ranem ruszyliśmy już w Bieszczady. Dziękujemy Jamna

Na początku eskapady po naszych ukochanych górach wybraliśmy się do Grzegorzówki w Starym Łupkowie. To bajeczne miejsce, stworzone przez Alę i Grzesia, których poznaliśmy przed laty w Schronisku nad Smolnikiem, jest ostoją spokoju położoną z dala od zgiełku miast i szybkiego miejskiego życia. Tu czas wręcz zatrzymuje się w miejscu, można się wyciszyć i napawać dzikimi Bieszczadami, choć, w przeciwieństwie do sąsiedniej Chatki Na Końcu Świata, mamy tu bieżącą wodę i co najważniejsze – prąd. O ile bez wody też można sobie tu radzić, chociażby kąpiąc się w strumyku, (nawet w zimie, co zresztą gospodarze udowodnili w telewizji :P), to bez prądu już trudniej chociażby zorganizować koncert 🙂 A tych, proszę Państwa, w Grzegorzówce tego lata mogliśmy naliczyć przynajmniej kilka – przed nami przynieśli tu swe dźwięki m.in. Jurkiel z Czarkiem z zespołu Słodki Całus Od Buby,  Caryna czy zespół Hern. Nic dziwnego, w takich okolicznościach przyrody sama przyjemność grać, zwłaszcza, że chętnych nie brakowało i miejsca pod zadaszeniem szybko się zapełniły. Zaraz zaraz, tak szybko autor przeszedł prawie do samego występu, a przecież działo się dużo więcej ciekawych rzeczy jeszcze zanim w ogóle nasz zespołowy bus zaparkował przed chatką. Kluczowe słowa „w ogóle” i „zaparkował” musimy przedzielić słowem „nie”, ponieważ ciszoBĘC (a masz! specjalnie za robienie nam ciągle „bęc” w drodze) nie dał rady pokonać bieszczadzkich dróg wolnego ruchu, a zwłaszcza jednej „malutkiej” kałuży, którą na szczęście specjalnie dla nas najpierw wypróbował znany w okolicach jako „Pijany Kierowca Jeep’a” 😉 – Jędrzej Molczyk
grzegorzówka jedrus
Wtedy właśnie zobaczyliśmy, że w miejscu gdzie jego Jeep Renegade delikatnie muska taflę wody (lub jak w piosence zespołu Daab – „wodę tafli” ;P) w naszym aucie wlałaby się do środka, a w ramach koncertu wręczylibyśmy obecnym ręczniki, szmatki, gąbki, mopy i, przy wspólnym śpiewaniu szant, przez resztę wieczoru wycieralibyśmy sprzęt do sucha ;P

grzegorzowka pakowanie
Zmieniliśmy taktykę i już zaczęliśmy przepakowywać wszystko do renegata, aby na raty przewieźć graty (rymy składam, jak Mickiewicz… Aaa… to już było) aż tu nagle zjawił się inny wojownik bieszczadzkich szos. Okazało się, że Miron („to wbrew pozorom imię, a nie ksywa” :P) swoim ogromnym dostawczym busem Crafterem jedzie właśnie do Ali i Grzesia i chętnie nam pomoże. Troszkę w ciemno zaufaliśmy nieznajomemu, jednak zapewnił nas, że jechał tą trasą już nie raz i spokojnie przejedzie przez tę małą, jak sam określił, „plamę”. Rzeczywiście po przepakowaniu do tego olbrzyma Miron z lekkością się rozpędził i zniknął nam z oczu. Na dowód tego, że nawet nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia odjeżdżającego dostawczaka, nie umieścimy takiego zdjęcia ;P
Poszliśmy więc na piechotę w stronę chatki, mając nadzieję, że spotkamy jeszcze naszego nowego znajomego 🙂 Na miejscu okazało się, że Miron przyjechał na nasz koncert specjalnie dostarczyć ogromny namiot, aby Słuchacze mieli gdzie się schronić w razie deszczu, który towarzyszył nam, jak do tej pory, niemal każdego dnia, mimo iż podczas przygotowań do koncertu pogoda absolutnie nie wskazywała na najmniejsze opady.
grzegorzowka namiot
grzegorzowka scena proba
grzegorzowka majki minius
grzegorzowka scena emocjegrzegorzowka scena wieczorgrzegorzowka uklon
Po koncercie sprawdziła się przepowiednia i mogliśmy przeżyć (choć wtedy nie było to do końca takie pewne) potężną burzę. Niebo momentami jaśniało od piorunów, a grzmoty były tak głośne, że Aria (suczka gospodarzy) chowała się na poddaszu chatki w naszych posłaniach. Na szczęście zdążyliśmy zwinąć wszystkie klamoty, zanim zaczęło lać. Nie był to bynajmniej koniec wieczoru: rozmowy na ganku, śpiewanki w tipi, a także dla niektórych spanie na werandzie (pozdrawiamy zieloną ekipę ;P) ogólnie – bieszczadzki relaks.
grzegorzowka kot
ten kolega grzał nam łóżeczka 🙂
Nazajutrz Miron z powodu opadów nie mógł już tak łatwo pokonać „jeziora”, więc z pomocą UAZ’em przyjechał tubylec Andrzej i wyciągnął Craftera. Dziękujemy wszystkim pomocnym ludziom, dziękujemy Ali i Grzesiowi za gościnę, Jędrzejowi także za zdjęcia. Dziękujemy GRZEGORZÓWKA.

W Cisnej to dopiero pogoda dała nam popalić… Musieliśmy zmienić wcześniejsze plany i zamiast zagrać w stronę pola namiotowego TRAMP’u, co nieco skompresowaliśmy się w zadaszonej części, przy palenisku, gdzie można było spokojne uniknąć strumieni wody lejącej się tego dnia z nieba. Z racji tego, że zakwaterowanie mieliśmy w oddalonych Ustrzykach Górnych, to – jak na ironię – przy takiej pogodzie szukaliśmy wśród miejscowych znajomych możliwości skorzystania z prysznica 🙂 W końcu się udało, a my wróciliśmy na pole namiotowe, by wysłuchać bajek 😉
cisna-bajki.jpg
Sympatyczna inicjatywa ekipy TRAMP’a, zadbali, by umilić czas najmłodszym, gdy ich rodzice czekali na „smutny i nudny” koncert ;). Żeby było ciekawiej, jak się okazało, to właśnie te dzieciaki siedzące w pierwszych rzędach, brały najbardziej czynny udział w koncercie i odważnie śpiewały razem z nami. Po drugie przez cały koncert mieliśmy wrażenie, że to jedyni nasi słuchacze, gdyż przez cały występ sceniczne oświetlenie dawało nam prosto w oczy i nie widzieliśmy nic poza trzeci rząd. Po trzecie z racji używania odsłuchów dousznych poza własnymi instrumentami i głosami słyszeliśmy niewiele, tyle co właśnie z najgłośniejszych gardeł umiejscowionych w pierwszych rzędach, do nas dobiegało. À propos mamy nawet gotowe rozwiązanie, abyśmy mogli podczas koncertu również Was dobrze słyszeć, to wystawiamy dodatkowy mikrofon, skierowany w stronę publiczności i każdy z nas może sobie dostosować ile chce z tego mikrofonu słyszeć w swoim odsłuchu. UWAGA!!! Nie stosować w przypadku obecności dzieci na koncercie! (czyli u nas prawie zawsze;P). Przytoczymy pewną sytuację.
Uwaga! wskazówka dla reżysera – obraz się rozmywa, słychać szum fal… 🙂
źźźziU Miało to miejsce na koncercie w Poznaniu, bodajże w grudniu 2016. Piękny klimat, świeczki, ludzie zasłuchani, rozśpiewani. Tu właśnie pojawia się słodka kilkulatka, widzi mikrofon, więc podchodzi i śpiewa radośnie do tego mikrofonu 🙂
Dodać należy, że mikrofon „ambiensowy” jest wysterowany niezwykle czule, bo musi zbierać dźwięki z całej sali…wyobraźcie sobie jak zabrzmiała nam w uszach śpiewająca do niego z całą mocą kilkulatka… 😀
źźźziU… wracamy do 25 lipca 2017 🙂 Dopiero jak po koncercie włączono światła na widowni okazało się, że jest wypełniona do ostatniej ławki, a przyjazna atmosfera bynajmniej nie zakończyła się wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Kolejny raz tego wieczoru to właśnie najmłodsi wiedli prym i prosili nas o autografy i wspólne zdjęcia 🙂 Cisna – dziękujemy!

Po spakowaniu manatków, udaliśmy się na nocleg do „Naszego Drugiego Bieszczadzkiego Domu” czyli Zajazdu pod Caryńską, gdzie Seba i Jacek, mimo iż mieliśmy zagrać u nich dopiero pojutrze, przygarnęli nas i gościli przez 3 dni. Jako że w biesach nasze przebiegi pomiędzy koncertami zacieśniły się do ok. godzinnych podróży, mogliśmy sobie pozwolić, by nie iść tak od razu spać… ;P Kolejny dzień zaczęliśmy skoro świt ok 13tej ;P zanim pojechaliśmy do Wetliny na koncert, czekała nas podróż do Łopienki, gdzie w towarzystwie Chrystusa Bieszczadzkiego mieliśmy zostać współsprawcami małego podstępu 🙂 Otóż pewien młodzieniec namówił nas, abyśmy pomogli mu zrobić niespodziankę dla swojej świeżo upieczonej narzeczonej (która de facto w momencie naszego wyjazdu do cerkwi, jeszcze nie zdążyła odpowiedzieć na to najważniejsze pytanie). Wzięliśmy więc instrumenty w ręce i pod słynną lipą uczciliśmy wraz z przyszłymi nowożeńcami ten wyjątkowy dzień. (co się stanie gdy nie każdy muzyk dostanie zajęcie można zobaczyć na filmie ;P)
lopienka mlodzi
lopienka czarno biale
lopienka mlodzi i zespol

Ani i Grześkowi życzymy cudownej miłości, mamy nadzieję, że przyczyniliśmy się do wyjątkowości tych chwil spędzonych w Łopience, ozdobionych naszymi dźwiękami. Wszystkiego najpiękniejszego! Do zobaczenia 🙂
lopienka zyzy i mlodzi

Po tej pełnej wzruszenia przygodzie wracamy na Ziemię 😉 jako że przegapiliśmy śniadanie udaliśmy się od razu na obiad, tradycyjnie już do Chaty Wędrowca na naleśnika giganta, obowiązkowo popitego kofolą 😀
Tym razem to naleśnik był sprite a my pragnienie ;P
wetlina nalesnik gigant
Dalej było już łatwiej 😉 W Wetlińskim PTTKu graliśmy już tak wiele razy i można powiedzieć „za kadencji” przeróżnych rezydentów. Obecny opiekun, Piotrek „Rożek” Rojek, na szczęście wkłada w to miejsce całe serducho i mogliśmy je odhaczyć na naszej letniej mapie miejsc do zagrania i zapamiętania 🙂 Mimo iż pogoda tylko czekała aż zaczniemy rozstawiać sprzęt,
wetlina chmury
a chłód znad rzeczki robił nieśmiałe podchody, to przygotowania do koncertu odbywały się w pozytywnym nastroju. Z racji tego, że drewniana scena, wysłużona przez lata eksploatowania, odeszła już na emeryturę (czyt. wejście na nią groziło zrobieniem sobie kuku, więc obsługa ją zdemontowała) zaadaptowaliśmy sobie nowe miejsce do grania. wetlina scena
Mimo zimnego wieczoru, gorące przyjęcie Słuchaczy (których okazało się, jak naliczyła ekipa schroniska, ok. 300 ) spowodowało, że grało nam się świetnie i dobry humor nie opuszczał nas i wszystkich obecnych ani na chwilę. Na koncercie był obecny również pan, który był maszynistą  „Przemyślanina” – pociągu legendy, znanego z anegdoty Michała, wg której pociągiem tym turyści mają nieprzyjemność podróżowania w warunkach delikatnie mówiąc „mało higienicznych”. Pan ten potwierdził publicznie autentyczność i zasadność w.w. opowieści, może i ku przestrodze, jednak cośmy przeżyli to nasze ;P Dziękujemy Wetlina. Wieczór spędziliśmy już w zajazdowych łóżeczkach – tym razem grzecznie ;P
W końcu, po dwóch noclegach, przyszedł czas na koncert w najbardziej gościnnych progach Bieszczadów w Zajeździe pod Caryńską w Ustrzykach Górnych. O tym miejscu już wiele dobrego zostało opowiedziane, to tutaj odbyły się dotychczasowe zloty Ciszaków, to tu zawsze jesteśmy po królewsku goszczeni przez Sebastiana i Jacka niezależnie czy przyjeżdżamy z koncertem czy tylko na kawę, to tutaj jest kulturalne centrum Bieszczadów (świadczy o tym chociażby bogaty terminarz).
ustrzyki-plakat-koncerty.jpg
Jak zwykle nie zawiodła ani frekwencja, ani pogoda, ani atmosfera a ludzie w zajeździe jeszcze długo po koncercie świetnie się bawili 🙂
ustrzyki widownia
ustrzyki ilona i skrzypek
Niestety, następnego dnia musieliśmy opuścić gościnne progi Zajazdu, a także nasze ukochane góry. Dodatkowo dobił nas jeszcze pokładowy GPS bezlitośnie pokazując ile jeszcze mamy przed sobą drogi, chciało się rzec: do diabła z taką podróżą (patrząc na ilość kilometrów – dosłownie ;P)
jagodna gps
Gdy tylko pomyśleliśmy sobie, po co udajemy się w tak daleką podróż humory nam wróciły 🙂 Przed nami bowiem Trzecie – Letnie Spotkanie Ciszaków w Jagodnej. Z powodu turystycznego zgiełku w Ustrzykach, musieliśmy zmienić dotychczasową lokalizację zlotów. Zloty to oczywiście, poza naszymi koncertami, uczta muzyczna w postaci gości. Tym razem ku naszej uciesze, zaproszenie przyjęły prawdziwe żywe legendy Krainy Łagodności – Wolna Grupa Bukowina oraz Bez Jacka. Pierwszego dnia mieliśmy rozpocząć wieczór, jednak nasi goście z WGB zechcieli wracać do domów jeszcze tego wieczora, więc zmieniliśmy na ich życzenie kolejność i zagrali pierwsi. Niesamowite jest uczucie, gdy spełniają się, niegdyś nierealne, marzenia i możemy dzielić scenę z absolutnymi gwiazdami, jak dzieci cieszyć się siedząc w pierwszym rzędzie chłonąć każdy dobrze znany dźwięk.
jagodna wgb scena
Po tych wielu godzinach spędzonych w drodze, poprzedzonych długą trasą koncertową, ten prawdziwy balsam dla duszy tchnął w nas ostatki sił, abyśmy mogli godnie zaprezentować Wam tego wieczora piosenki również z nadchodzącej płyty – po to przecież tyle razy je myliliśmy, znaczy się ogrywaliśmy, w bieszczadach ;P
jagodna cjt scena

Na szczęście energii płynącej od Was wystarczyło jeszcze i na po koncercie. Gdzie indziej jak nie na zlocie nie musimy uciekać zaraz po występie, więc na ile forma pozwala, współtworzymy wieczór czy to na śpiewankach, rozmowach czy ogólnie wspólnym byciu. Następnego dnia tradycyjnie czekała na chętnych wyprawa na szczyt…
widok
jagodna wycieczka widok
jagodna wycieczkowicze
jagodna robimy zdjecia na szczyciejagodna wycieczka
chociaż tym razem był on mocno umowny 😉
jagodna-wycieczka-szczyt.jpg
Po powrocie można było się pokrzepić przepysznymi schroniskowymi potrawami, my szczególnie upodobaliśmy sobie słynne racuchy z jagodami
jagodna racuchy jagody
Także doznania związane z zamawianiem jedzenia zapadają na długo w pamięć. W skrócie wygląda to tak, że oczekującego na posiłek wywołuje po imieniu pan z megafonem wbudowanym w miejscu, gdzie przeważnie znajduje się głośnia – zdecydowanie nie da się przeoczyć ani przespać swojego zamówienia ;P
Oczekując na nadejście muzycznego wieczoru, można było się odprężyć przy rozmowie, czy pójść na spacer po okolicy.
jagodna owcejagodna michal i dziecijagodna amciujagodna namion koszulki
albo spotkać mniej zmechanizowaną odmianę Harley’owców – Rowersów ;P
jagodna rowersi

Na tym zlocie wszystko wydawało się podwojone. Podwójne porcje żywieniowe, koncerty, nawet przez chwilę myśleliśmy, że naszego Junka ktoś skserował ;P
jagodna klon juna
Drugiego wieczoru chcieliśmy zaprezentować Wam kolejną porcję premierowych utworów, jednak na Wasze życzenie zagraliśmy również te, które zabrzmiały poprzedniego dnia, a u niektórych z Was zauważyliśmy nawet – jeszcze nieśmiałe – próby śpiewania 🙂 Starsze utwory znacie doskonale i na zlotach, to już chyba tradycja, możemy w ogóle nie śpiewać – doskonale nas w tym wyręczacie 🙂
jagodna 2 cjt scena
Dziękujemy za tak mocne wsparcie i wiarę. Po nas kolejna legenda, grupa Bez Jacka. Mimo iż z tym zespołem znamy się bliżej (Zbyszek Stefański nagrał z nami nową wersję utworu Sen Natchniony, którego słów jest autorem), to wysłuchaliśmy koncertu z pełnym podziwem dla kunsztu artystycznego mistrzów. Podobnie jak Wolna Grupa Bukowina, Bez Jacka przywołuje u nas młodzieńcze wspomnienia, gdy zdzieraliśmy kasety magnetofonowe z ich nagraniami – nie dało się powstrzymać i razem z pozostałymi uczestnikami zlotu odśpiewywaliśmy kolejne piosenki. Zbyszek prowadził koncert w sposób jednocześnie wzniosły i dowcipny, poważne zapowiedzi przeplatał anegdotami m.in. o basistach (na co oko przymykał nawet odpowiedzialny za niskie tony Wojtek Sokołowski), a często nawet na swój temat :). Horacy przez cały koncert prowadził muzyczny dialog ze skrzypaczką Dorotą (podobno był to jej drugi występ z zespołem, w co trudno było uwierzyć czując niesamowitą chemię między muzykami), niekiedy nawet ich instrumenty „kłóciły się ze sobą” – magia…
jagodna bez jacka na scenie
Po koncercie obowiązkowo odbyły się śpiewanki, na których udzielali się ku naszemu zaskoczeniu chętnie Dorota i Horacy. Przepiękne zakończenie trudnej, ale przyjemnej pierwszej części wakacyjnej trasy.
jagodna 2 podpisy

jagodna spiewanki stol
jagodna swieczka
(za zdjęcia dziękujemy Aleksandrze Kamieńskiej oraz Robertowi Mukowskiemu)
Dziękujemy za gościnę Mai Ossowskiej, a za kolejny zlot wszystkim Ciszakom – bez Waszych serduch to wszystko nie miałoby najmniejszego sensu. Jagodna dziękujemy!
Teraz powrót do domów i za chwilę druga część wakacyjnej trasy! 😀

Sesja nagraniowa w Danielce

No i stało się. Przyszedł czas, by sfinalizować wiele miesięcy przygotowań i zarejestrować piosenki na najnowszą płytę. Pozwolimy sobie przybliżyć Wam jak to mniej – więcej wyglądało od strony realizatorskiej – może uda się Was nie zanudzić ;P Przez lata sposób pracy uległ swoistej ewolucji – jako bardzo młody zespół pierwsze nagrania realizowaliśmy w domu naszego gitarzysty Mariusza, który przez ponad dekadę, gromadząc coraz więcej sprzętu, zbudował w końcu swoje własne studio Mark Shell. Kolejne płyty nagrywaliśmy po części korzystając też m.in. ze studia Radia Koszalin, czy jak było w przypadku płyt Nasze Światy oraz Wuka – w gościnne progi Mark Shell’a wyposażenie swojego studia przywiózł ze sobą, realizator tychże, Tomek Fojgt. Tym razem wpadliśmy na pomysł, by zabrać ze sobą cały sprzęt potrzebny do nagrań (w tym miejscu chcemy podziękować Piotrowi Iwankowi za pożyczenie mikrofonów) i na dwa tygodnie z dala od cywilizacji, zasięgu, internetu i obowiązków domowych zaszyć się w uroczej chatce w Beskidzie Żywieckim 🙂
chata
Zaczęliśmy się zjeżdżać trochę na raty od niedzieli 25 czerwca. Najpierw Mariusz z Michałem musieli rozładować kilkaset kilogramów ekwipunku, który wypełniał po brzegi naszego Ciszobenca. Następnego dnia dołączyli Darek i Mateusz, aby (po ustaleniu które pomieszczenia zaadaptujemy do nagrań) resztę dnia spożytkować na rozstawianie sprzętu, zbudowanie reżyserki (przemeblowaliśmy sypialnię, aby realizator miał miejsce do pracy), okablowanie itp.
kuchniastanowisko
salon przed rozstawieniem perkusji:
salon
i po:
ustawianie-perka.jpg
W ramach kolacji odpaliliśmy grilla, by w pięknych okolicznościach przyrody i towarzystwie gospodarza Jacka Krzanowskiego, Basi „Mrufy” Thomas oraz czworonogów – Bery i Cookie’go, zanim rzucimy się w wir pracy ponapawać się wakacyjnym wieczorem 🙂

pieski-i-basia.jpg
Wtorek zleciał nam na dalszym rozkładaniu sprzętu i ogarnięciu logistyki całego procesu nagrań – zanim gospodarze wyjechali Jacek poinstruował nas m.in. co robić w razie awarii wody, gdzie wyrzucić śmieci oraz gdzie uciekać w przypadku odwiedzin wilków 😉 Gdy dołączyły do nas Ola z Iloną ustaliliśmy najważniejszą rzecz – przerwę na obiad ;P , kolejność rejestracji poszczególnych instrumentów, plan działania itd., a także kto na jakim instrumencie będzie nagrywał:
mariol wiola
yyy… pudło Mariusz! ;P
mariol zmienia struny
teraz lepiej
W środę rano w końcu zaczynamy – na pierwszy ogień perkusja 🙂 Zanim zostanie zarejestrowana pierwsza nuta najwięcej czasu wymaga przygotowanie instrumentu i pomieszczenia w którym będziemy nagrywać. Należy sprawdzić, jak dźwięk się rozchodzi i czy ewentualnie istnieje potrzeba zminimalizowania niechcianego pogłosu, zmieniliśmy nieco wystrój salonu – trzeba było porozkładać dywany i przykryć okna zasłonami 🙂 Następnie, chyba najbardziej znienawidzone przez wszystkich perkusistów, strojenie bębnów.
zyzy stroik
W przeciwieństwie do naszych poczynań koncertowych, gdzie z racji tego, że Mateusz gra na elektronicznej perkusji i nie ma takiej potrzeby, w studio nie ma przebacz i każdy poszczególny bęben musi brzmieć idealnie. Nawet pojedyncza niedokręcona śrubka powoduje nieprzyjemny dla ucha dysonans i trzeba zapobiec sytuacji, w której po wielu godzinach nagrywania instrumentu nie okazało się, że tego nie dopilnowaliśmy i całą robotę trzeba zaczynać od nowa.zyzy stroi gary
ta mina mówi wszystko o tym żmudnym procesie, prawda? ;P

Gdy już w końcu się udało nastroić i omikrofonować perkusję, zaczęliśmy nagrywanie. Aby nagranie miało „więcej duszy” podczas rejestrowania śladów perkusji do nagranej wcześniej przez Mariusza gitary (tzw. pilota), Darek, pozostając w reżyserce, grał razem z Mateuszem, dzięki temu można było na bieżąco wymyślać różne urozmaicenia, zagrywki czy akcenty.
bas
Na posiłek wybraliśmy się do pobliskiej wsi Ujsoły do pani Basi, która podczas całego naszego pobytu w Danielce, raczyła nas pysznymi, domowymi obiadkami
obiad darek zyzy mariol
Po takiej regeneracji mieliśmy siły, by pracować do późna. Jeszcze tylko podstawowe sprawunki i można działać.
zakupy ilona zyzy
Tak minął pierwszy dzień (i noc) nagrań 😀
Czwartek. Aby narzucić sobie pewną dyscyplinę i podział obowiązków, kto nie był w tej chwili zaabsorbowany nagraniami mógł np. pojechać na pobliską stację (aby nie lokować produktu nazwijmy ją „Wróblen”) po kawę dla wszystkich 🙂
kawa mariuszek
Będąc w nieustającej trasie, uzależniliśmy się już od tego napoju i nawet spędzając czas stacjonarnie w studio, działamy jedynie na nasze ulubione, czarne paliwo 🙂pilot mariol i darek
Po tej kawie zaczęliśmy grać chyba jednak trochę za szybko, ale Mateusz dawał radę ;P
zyzy golas 2
Podczas przerwy obiadowej nie przeczuwaliśmy, jak potoczy się dalsza część dnia…
chmury
Pogoda diametralnie się zmieniła i nad Danielką przeszła silna burza, która powaliła kilka drzew, a jedno z nich pechowo zerwało kable zasilające okoliczne domy 😦 Po powrocie do naszej chatki okazało się, że nie ma prądu i musimy poczekać na naprawę kilka godzin. drzewo na kablachPrzymusową przerwę spędziliśmy na zajęciach w podgrupach: Michał z Junkiem wybrali się na wycieczkę krajoznawczą na Rycerzowąjuno w gorach
gdzie napotkali stado owiecowce
gdzie jest wally
pamiętacie „gdzie jest Wally?” oto wersja z naszym psiakiem ;P

Junek stał się bohaterem tej wycieczki, początkowo bowiem urocze zwierzątka najwidoczniej wszystkie chciały zmieścić się na zdjęciach robionych przez Michała i zaczęły na niego napierać. Wtedy nasz dzielny Golden przybył na ratunek swojemu panu i rozgonił towarzystwo (jak plotka głosi – powiedział im, że w pobliskim markecie jest lanolina w promocji ;P)
Reszta dla zabicia czasu początkowo zaczęła poszukiwania jakichś planszówek lub  innych form zbiorowej rozrywki, nie wymagających prądu, czy zasięgu internetu (na szczęście „za naszych czasów” takie były). Po jakimś czasie Mateusz, Ilona i Ola zajęli się aranżowaniem jednego z utworów na instrumentach nie zasilanych prądem, a zarówno Darek, jak i Mariusz spożytkowali czas wolny na spacer po okolicy (tak na prawdę na poszukiwanie zasięgu ;P)
teczakladkarzeczka
Pod wieczór awaria została usunięta i mogliśmy powrócić do pracy
elektrycy
W piątek zmęczenie materiału zaczęło dawać nam się we znaki po raz pierwszy. Mateusz z racji wymagającego fizycznie instrumentu musiał robić sobie coraz częstsze przerwy, więc zmieniliśmy odrobinę taktykę i w te przerwy wpasował się Darek. Aby zachować odpowiednią dynamikę w nagraniach, zanim zaczniemy rejestrować pozostałe instrumenty, musi być nagrana sekcja rytmiczna – wtedy efekty są najlepsze. W związku w tym basista z perkusistą od tej pory nagrywali na zmianę, a pozostali mogli wspierać ich pomysłami, bądź zająć się czymś równie pożytecznym 🙂
michal maluje bencasardynki

Sobota okazała się dość zabawnym dniem. Z dzisiejszej perspektywy tak jest (opis powstaje kilka tygodni po sesji nagraniowej), choć wtedy nie było nam do śmiechu. Po (rzekomym) zakończeniu nagrywania sekcji rytmicznej okazało się, że nigdzie nie możemy znaleźć jednego z utworów… Po długich i bezowocnych przeszukiwaniach dysku twardego podjęliśmy decyzję, że trudno, ale trzeba nagrać go jeszcze raz.
nie nagrywam juz

Czy poprzednia wersja byłaby lepsza, nie dowiemy się nigdy, na pewno nagrywana w silnych emocjach piosenka „Żółte Tulipany”, swoją moc i poniekąd dzisiejszą postać otrzymała właśnie przez tę przygodę. Po drugie Michał wybrał się, standardowo już, samochodem po kawę i wrócił po prawie 2 godzinach – „na zimno jeszcze lepsza!” ;P trafił bowiem na procesję z okazji nocy Świętojańskiej i nie mógł jej ominąć na wąskiej drodze. Tego dnia postanowiliśmy też dać dzień wolny pani Basi i zamiast na obiad wybrać się jak zwykle do Ujsołów, wysłaliśmy do Rajczy Michała po legendarną już pizzę z pizzerii Tre Monti, którą to, z powodu weekendowego natężenia ruchu na drodze, zjedliśmy no… „średnio ciepłą” ;P
Niedzielę rozpoczęliśmy od odsłuchania wszystkich nagrań jeszcze raz – najlepiej w relaksujących okolicznościach.
czesanie
zyzy fryzy
Musieliśmy być absolutnie pewni, że nie będzie potrzeby dogrywania już perkusji, gdyż trzeba było ją uprzątnąć i w to miejsce zbudować stanowisko dla gitary (nie ma możliwości ponownego ustawienia i omikrofonowania wielkiego zestawu perkusyjnego bez różnicy w brzmieniu). Swoją drogą trzeba przyznać, że to osobliwe doświadczenie przez 2-3 godziny wsłuchiwać się w:
bum cyk bum cyk bum cyk…
– Czekaj! Przewiń! Coś tam było!
 bum cyk bum cyk bum cyk…
– O tu! bum cyk jest dobrze, czy nie tak?
– Pewny jesteś, że coś nie tak? Nie słyszałem, przewiń jeszcze raz
 bum cyk bum cyk bum cyk…
– Nie, zdawało mi się. Dobra, puść dalej
 bum cyk bum cyk bum cyk…

Gdy ustaliliśmy, że jest ok, do roboty zabrał się w końcu Mariusz. Dotychczas całe dnie spędzał za konsoletą, jedynie klikając coś tam, stukając w klawiaturę (pewnie tylko dla efektu, że coś robi) i gapiąc się w monitor.
rezyserka mariol

Nic dziwnego – na koncertach też wiecznie zapatrzony w ten swój tablet ;P To oczywiście żarty. Mariusz, jako realizator, odpowiadał za wszystko od strony technicznej. Odpowiednie okablowanie, rozstawienie i dobranie mikrofonów, wyszukanie brzmień itd. Zadbał o odpowiednie warunki pracy, aby pozostali mogli skoncentrować się wyłącznie na tym, aby dobrze zagrać czy zaśpiewać. Więcej szczegółów nie podamy, bo tylko on się na tym zna 😛
mariol-nagrywa-e1503408425841.jpg
Ze względu na fakt, iż nie mógł jednocześnie nagrywać i realizować, odpowiedzialni za naciskanie przycisku REC i STOP byli w tym czasie na zmianę Darek i Mateusz 🙂
Pozostali, aby nie hałasować, mieli czas wolny 🙂

darek rezyserka
ilona zyzy schody
Nagrywanie gitar jest procesem dosyć czaso- i pracochłonnym, gdyż na Mariusza barkach (a raczej nadgarstkach) spoczywały partie, nie tylko jego, ale także te, które na koncertach gra Michał. To kolejna ciekawostka dotycząca nagrywania. W przeciwieństwie do koncertów w studio nawet identyczne partie zagrane przez innego gitarzystę brzmią odmiennie, więc wszystkie zagrywki muszą wyjść spod tej samej ręki – inaczej nie pasują do siebie 🙂 Na tym etapie utwory nabierają najwięcej kształtu i wpada najwięcej pomysłów. To tu powstają możliwości, w którą stronę możemy poprowadzić daną piosenkę. Warto więc było poświęcić czas i wysiłek, aby wypróbować różne warianty i wybrać te, które nam najbardziej odpowiadały i otworzyły drogę dla instrumentów melodycznych i wokali. Dziewczyny, na przykład, wpadły na pomysł pewnej zagrywki i musiały nad nią popracować w spokoju i odosobnieniu 🙂
ola ilona pisza letnikow
Także Mateusz nagrał partię gitary w utworze „Splątanie”
zyzy gitara
Poniedziałek oznaczał ciąg dalszy dla gitar, więc, korzystając z tej okazji, Mateusz pojechał do domu do Krakowa. Ilona z Olą również postanowiły odpocząć trochę od siedzenia w studio i wybrały się na wycieczkę na Słowację. Darek z Mariuszem, korzystając w „wolnej chaty”, w ciągu kolejnych dwóch dni mogli się skupić na gitarach. Michał natomiast dał im wolną rękę i ograniczył się jedynie do pilnowania, aby chłopaki nie za bardzo przypomnieli sobie czasy, gdy grali heavy metal ;P
co, nawiasem mówiąc, nie do końca mu się udało…
darek kostka

Wykorzystując moment, gdy Michał musiał wyprowadzić Junka na spacer, zarejestrowaliśmy „odrobinę” elektrycznych gitar i tak dla urozmaicenia… a z resztą – przekonacie się sami, słuchając nowej płyty 😀
Wtorek minął nam na kolejnym mozolnym odsłuchiwaniu dotychczasowych poczynań i burzy mózgów odnośnie tego, które partie gitar zostają, co zmienić, albo jak to później zaśpiewać, skoro tak to teraz brzmi 🙂 Widzicie, mimo iż pracowaliśmy nad tym materiałem już od kilku miesięcy, co widać choćby po wcześniejszych wpisach na blogu, to i tak sporo się zmienia podczas nagrywania. Mariusz zakończył nagrywanie gitar, niestety ze znaczącymi stratami dla zdrowia (do wesela się zagoi ;P)
mariol opatrunek
Środa – wróciły dziewczyny, więc dzień ten poświęcony został na nagranie instrumentów melodycznych, a wieczorem, gdy dołączył do nas Mateusz, podjęliśmy nieśmiałe próby nagrywania wokali.

Nastał czwartek – dobre to wieści i zarazem złe, został bowiem jeden (!) dzień na nagranie wszystkich wokali. W ogólnym skrócie – zdążyliśmy, chociaż było ciężko i czasami nerwowo, ale akurat emocje okazały się tu bardzo przydatne 🙂 Późną nocą wyglądało to jak jakaś sztafeta, gdy wokaliści zmieniali się co chwila przy mikrofonie, aby dopasować głosy w chórkach 🙂 Parafrazując tekst z tytułowego utworu najnowszej płyty – „Nieobecność” śpiewaliśmy sobie pod nosem „tak długo trwa, tak długo trwa – nagrywanie” ;P Miał miejsce jeszcze jeden skandal obyczajowy, mianowicie tym razem nawet Darek został zagoniony do siteczka ;Pdarek wokal
To oczywiście incydentalna sytuacja w przeciwieństwie do nominalnych ciszowych wokalistów, którzy włożyli mnóstwo wysiłku i serducha by nadać jakość partiom wokalnym. Więcej zdjęć z tego ostatniego wieczoru nie mamy, ponieważ pewne studio filmowe odkupiło od nas wszystkie – prawdopodobnie zostaną wykorzystane w najnowszym horrorze pt. „Atak Zombie 8” ;P
W piątek musieliśmy już pozbierać wszystkie zabawki i opuścić Danielkę. Mamy nadzieję, że efekty naszej pracy, które usłyszycie już na jesień oddadzą to, jak my się czuliśmy w tym pięknym miejscu.
przejasnienie 2
przejasnienie
Po drodze pożegnaliśmy panią Basiępani Basia
i ruszyliśmy do miejscowości Cisowica, by na zakończenie tej przygody zagrać na weselu Anety i Staszka. Dziwnym uczuciem było, po niemal 2 tygodniach obcowania z zupełnie nowym materiałem, wrócić do naszych starszych piosenek 🙂wesele scenawinietkawesele backstage
Zaraz po naszym krótkim występie, goście weselni wrócili na salę, by świętować, a my w pośpiechu spakowaliśmy sprzęt – po pierwsze już zaczynało padać, a po drugie Darek i Mariusz spieszyli się na pociągi do swoich domów. W tym miejscu pożegnaliśmy się i trzy samochody wyruszyły w trzy różne strony Świata… Yyyy jak się za chwilę okazało, jednak tylko dwa z nich, ponieważ Benc „przypomniał” sobie, że dawno się przecież nie psuł, więc najwyższa pora, by to nadrobić ;P Michał zatem poczekał chwilę na lawetę, która przyjechała już po dwóch godzinach i… okazała się totalnie niedopasowana do gabarytów Benca (!)
laweta
więc wystarczyło poczekać kolejne 2 godziny, by w końcu można było zakończyć interwencję.laweta wlasciwa
Taka oto przygoda na zakończenie. Wróciliśmy do domów, by chwilę odpocząć przed wakacyjną trasą, na której przedpremierowo będziemy próbować nowe utwory aby w pełni przygotować je do jesiennej premiery – nie możemy się już doczekać! 😀

Czerwiec 2017

Czerwiec rozpoczęliśmy od Poznania. Gdy rozpakowaliśmy sprzęt w DK Słońce, pamiętając przygody ze stycznia, najpierw sprawdziliśmy, czy tym razem są z nami statywy od lamp – były ;P No, to o tyle spokojniej mogliśmy rozpocząć przygotowania do koncertu – tym bardziej, że pomagała nam niezawodna Sławka Grzęda :*
poznan slawka
Nie obawialiśmy się też o frekwencję, stolica Wielkopolski bowiem zawsze jest synonimem dużego zainteresowania naszą twórczością oraz żywiołowością podczas koncertu, mimo iż gramy tu co miesiąc – góra dwa 🙂 Do udziału zaprosiliśmy Kasię Abramczyk, aby (po stołecznej) i poznańska publiczność miała możliwość poznać jej muzykę. Nie wiadomo jak to robicie, ale chyba żaden artysta nie może się u Was czuć niedoceniony, tak przynajmniej wynika z naszego doświadczenia 🙂
poznan widownia

poznan kasia i majkipoznan scena
zdj. Marek Remisiewicz

Po koncercie zespół pojechał na nocleg do Michała, Darek natomiast prosto ze sceny udał się w pośpiechu do podpoznańskich Koziegłów, do których właśnie tego dnia się przeprowadzał. Dziękujemy Poznań.

Sobotni poranek był bolesny bardzo :/ Trzeba było wyjechać już o 8 rano, by na spokojnie dotrzeć do Bukowiny Tatrzańskiej o w miarę przyzwoitej porze. Mimo iż niektórych ciężko było zwlec z łóżka (podobno spanie jest przereklamowane ;P), mocna kawka, (a zaraz potem druga i ew. trzecia), szybki orzeźwiający prysznic i w drogę. Najgorzej ma zawsze kierowca ;P pozostali mogą sobie odespać co nieco
zyzy na lezaco
(zwłaszcza jeśli Juno udostępnił miejsce)
no może poza jedną dyżurną osobą, która musi co jakiś czas budzić siedzącego za kółkiem Michała, zwłaszcza przed zakrętami 😉 Ale od czego jest pokładowy „dżipi es”, który, głosem Krzysztofa Hołowczyca, zawsze o nich nas poinformuje; przeważnie wygląda to tak: „za 500 metrów przygotuj się do skrętu w prawo – skręć w lewo” ;P Wesoło musi być.

bukowina tatrzanska benc
bukowina tatrzanska widokibukowina tatrzanska 1

Schronisko Głodówka to miejsce dobrze nam znane, w tych „piknych Panocku ze hej!” okolicznościach przyrody koncertujemy dość często, tym razem dostaliśmy zaproszenie na urodziny Jarka Janasa 🙂 główny bohater tego wieczoru, zaplanował wiele atrakcji, w tym także występ kapeli góralskiej, która zagrała przed namibukowina tatrzanska gorole
bukowina tatrzanska scena gorole

lokalizacja sceny nieco nas zaskoczyła ;P

bukowina tatrzanska widowniabukowina tatrzanska scena
niemniej niż jeden nietypowy gość
bukowina tatrzanska lisek
podobno stały bywalec, ale w sumie nie ma co się dziwić, Głodówka jest miejscem przyjaznym zwierzętom nawet nasz znajomy misio znalazł zatrudnienie jako DJ ;P
bukowina tatrzanska mis dj

Koncert był dość nietypowy, sam solenizant postanowił nie tylko w trakcie podzielić się ze zgromadzonymi własnymi wierszami, to na dodatek odważnie wykonał z nami piosenkę „Bo Tak Cię Kocham” dedykując ją swej Ani.bukowina tatrzanska mariol i ilonabukowina tatrzanska minibukowina tatrzanska zyzy i majki

Po koncercie uroczysta kolacja z obowiązkowym tortem i odpoczynek po tym długim dniu w podróży.tort
Za to śniadanie z takim widokiemmm…

bukowina tatrzanska sniadanie
i w drogę na niziny do naszej ukochanej Zatoki w Bydgoszczy.

Każdy, kto śledzi poczynania naszego zespołu wie, że u Ani i Janusza czujemy się jak w domu, zresztą atmosfera koncertu za każdym razem jest niemal domowa, bo i Słuchacze niezwykli 🙂 Kolejny raz poprosiliśmy Kasię Abramczyk o wystąpienie z nami i trzeba przyznać, że patrząc na dotychczasowe koncerty, to właśnie bydgoska publiczność pozwoliła jej rozwinąć skrzydła, nie pozostawiając ani śladu tremy.
bydgoszcz kasia
Kasia nawet zaprosiła Michała do zaśpiewania w duecie

Kopia bydgoszcz kasia i majki.jpg

Czekała nas też niespodzianka, otóż Nasz Przyjaciel – Roman Leppert poprosił nas, abyśmy pozwolili mu pod koniec koncertu wejść na scenę i powiedzieć parę słów do mikrofonu. Jako że mamy do Niego pełne zaufanie, nie obawialiśmy się jakiegoś skandalu, a jedynie, że z właściwym dla siebie fasonem i polotem, znów nas wprowadzi w jakieś zakłopotanie ;P Jak sam powiedział, przy naszej ostatniej wizycie w marcu, strzelił gafę (choć w naszym odczuciu nie ma to absolutnie takiego wymiaru) i „przegapił” okazję,  dlatego chce nam wręczyć urodzinowy prezent 😀
bydgoszcz prezent majkibydgoszcz prezent
zawartością owych „sksypecków hej” jest oczywiście, zapamiętany z zapowiedzi piosenek, „element baśniowy”. Dziękujemy Romanie, element ten przyda się zapewne podczas prac nad nową płytą 😉 Po wzruszającym (jak zawsze w Zatoce) koncercie – tradycyjna kolacja z Gospodarzami i czas na powroty do domów. Dziękujemy Bydgoszcz.

Drugi weekend czerwca zaczęliśmy od odwiedzin w maleńkiej Kobylance niedaleko Szczecina. Zdziwiło nas, jak prężnie działa niepozorny z wyglądu dom kultury w liczącej niespełna 4 tysiące mieszkańców miejscowości.

kobylanka baner
kobylanka widowniakobylanka scena

Co chwila mają miejsce przeróżne wydarzenia kulturalne, w tym także koncerty m.in. Sklepu Z Ptasimi Piórami, Jackpot, czy raptem tydzień wcześniej Domu O Zielonych Progach. Za te zabiegi odpowiedzialny jest Mariusz Skóra, który w tym roku przejął obowiązki dyrektora obiektu i od razu zapragnął zaszczepić mieszkańcom miłość do Krainy Łagodności. Trzeba przyznać, że udało się niesamowicie, bowiem za każdym razem zainteresowanie jest ogromne, a ilość uczestników dorównuje wielkim metropoliom. Biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców, na koncercie pojawiła się 1/40 ogólnej liczby, a odnosząc to np. do takiej Warszawy, musielibyśmy zagrać na stadionie narodowym i to z odsłoniętym dachem ;P
Mariusz obiecał, że następnym razem zagramy w niedalekim amfiteatrze umiejscowionym na… wodzie 🙂 Trzymamy za słowo, póki co, będziemy to miejsce wspominać bardzo dobrze, a ekipę Ośrodka Kultury podziwiać za profesjonalizm i wielkie zaangażowanie. Dziękujemy Kobylanka.

Sobotę postanowiliśmy poświęcić na dopracowanie piosenek na najnowszą płytę. W tym celu wynajęliśmy nieopodal Łodzi uroczy domek
sesja parzniewice jezioro i domek

by doskonale przygotowani do kempingu ;P
sesja parzniewice recznik
w ciszy i spokoju skupić się na tworzeniu (mimo iż Cisza i spokój nigdy nie idą w parze ;P). Pozwoliło nam to robić sobie krótkie przerwy na świeżym powietrzu, by na chwile się zrestartować w relaksujących okolicznościach przyrody – zwłaszcza Junek poczuł więź z naturą.
sesja parzniewice junek
Nawet sąsiad, kiedy przyszedł zapytać, co mu podjada krzaki, zobaczywszy naszego Wiecznego Szczeniaka, uśmiechnął się, machnął ręką i życzył miłego dnia 🙂
sesja parzniewice domek 2sesja parzniewice grill zyzy ilonasesja parzniewice domek4sesja parzniewice domek3sesja parzniewice domek

Jak od dawna wiadomo, w pracy najważniejsza jest przerwa, także pod wieczór na chwilę odłożyliśmy muzykę na bok i zajęliśmy się sportem. Konkretnie piłką nożną, a jeszcze konkretniej oglądaniem meczu Polska-Rumunia. Przy okazji kibicowania, rozćwiczyliśmy gardła, więc o mocne wokale na nadchodzącej płycie możecie być spokojni 😉 Po meczu, pokrzepieni wygraną naszej reprezentacji, zasiedliśmy znów do pracy – z doświadczenia wiemy, że najlepsze pomysły przychodzą nocą 🙂
sesja parzniewice zyzysesja parzniewice gramy
Tym samym zakończyliśmy etap przygotowań do nagrań – pozostało nam (oraz Wam) czekać na rezultaty 🙂

W niedzielę pojechaliśmy do miejscowości Kosina. Po drodze chcieliśmy się zaopatrzyć w najnowszą składankę hitów:
muzyka na focha
ale woleliśmy jednak przeanalizować jeszcze zarejestrowany dzień wcześniej materiał

sesja parzniewice na lapku

Będąc już w Kosinie, zanim dotarliśmy na miejsce koncertu, ksiądz Piotr Krzych zaprosił nas na poczęstunek na plebanię 🙂 Bez pośpiechu wypiliśmy kawkę, bowiem plan festynu rodzinnego, na którym mieliśmy zagrać, był dość napięty i scena okazała się zajęta aż do samego koncertu, nie było więc, nie tyle potrzeby, co możliwości ustawić się na spokojnie.
kosina widowniakosina tancerkikosina stolikikosina orkiestra
Na szczęście udało się pójść na kompromis i postanowiliśmy sprzęt rozstawić w poprzek tak dużej sceny, podczas trwania koncertu zespołu Mimo Wszystko.
kosina ustawianiekosina scena
Udało się tym samym posłuchać twórczości chłopaków, bądź co bądź zbliżonej gatunkowo do nurtu, w jakim i my się poruszamy. Bardzo była to kolorowa impreza i każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Nieco starsze dzieciaki na przykład, pod okiem strażaków, ćwiczyły gaszenie pożaru makiety domku, a najmłodsi oglądali Juna, który siedząc w Bencu, w ten upalny dzień spokojnie napawał się dobrodziejstwem klimatyzacji 🙂
kosina junek
kosina sekcjakosina majki
zdj. Rafał Czepiński
Bardzo nas ucieszył widok rosnącej liczby zainteresowanych naszym występem. Mariuszowi udało się nagłośnić nas w tym miejscu bardzo dynamicznie, aż sami się zdziwiliśmy skąd ta moc 🙂 Bardzo żywiołowy koncert pełen „pałera” i dobrej zabawy. Po naszym występie na scenie zainstalował się jeszcze jeden zespół, tym razem proponujący muzykę bardziej do tańca. My niestety nie skorzystaliśmy z możliwości oddania się radosnym pląsom na parkiecie, czekała nas bowiem jeszcze długa droga powrotna do domów. Ksiądz Piotr nie chciał nas wypuścić z pustymi brzuchami, daliśmy się więc zaprosić na wspólną kolację 🙂
kosina pamiatkowe
Jeszcze pamiątkowa fotka i do wozu! Dziękujemy Kosina.

Zakończenie półrocza odbywa się przeważnie na boisku szkolnym. Tak się złożyło, iż nasz ostatni weekend koncertowy pierwszej połowy 2017 roku, zaczął się występem w Golczewie, na boisku właśnie 🙂
golczewo scena
Pogoda była już mocno wakacyjna, nic więc dziwnego, że najpierw skierowaliśmy się nad wodę 🙂
golczewo jeziorogolczewo jezioro 2golczewo pomost
do dyspozycji faceci mieli również siłownię pod chmurką, ale umówmy się – nie było na to czasu ;P
golczewo silownia
Aktywność fizyczna w naszym przypadku odbywa się poprzez nieustanne rozkładanie i składanie sprzętu 🙂 gdy już wszystko było gotowe do próby dźwięku, nagle znikąd pojawili się pierwsi słuchacze, niezwykle zainteresowani tym, co się dzieje na scenie a najbardziej faktem, że na scenie leży piesek 🙂
golczewo maluchy
przywykliśmy już do tego, zwłaszcza wśród harcerzy, nasz koncert miał bowiem uświetnić zlot okręgu północno zachodniego. Harcerze przyzwyczaili nas również do tego, że podczas koncertu nie ma taryfy ulgowej – każdy skacze, tańczy, tupie, śpiewa i klaszcze (przepraszam – harcerze nie klaszczą, tylko biją brawo 😉 )
golczewo widownia
Baterie na cały weekend naładowane, pozostało „tylko” spakowanie sprzętu
golczewo scena i benc
(przez chwilę kusiło nas, by zabrać ze sobą również całą scenę ;P)
i fru do Poznania na nocleg, by rozbić na dwie części drogę, następnego dnia bowiem czekał nas występ w odległym Beskidzie Żywieckim. Dziękujemy Golczewo.

W schronisku na Markowych Szczawinach zagraliśmy poprzednim razem w kwietniu 2016 roku. Jakaż to była przygoda drodzy Państwo! 🙂 Ciszobenc nie dałby rady przebyć tej trudnej drogi, musieliśmy więc skorzystać z pojazdu dostosowanego do górskich warunków drogowych. Podjazd wymagał nie lada odwagi z naszej strony – za to doświadczenie kierowcy, nabyte przez lata, pozwoliło zapewne odbyć tę podróż zrelaksowanym. My drżeliśmy nie tylko o życie, ale i o sprzęt, ten bowiem spoczywał na pace landrovera, zabezpieczony na słowo honoru, a nachylenie miejscami sięgało, tak na oko, 45 stopni, choć w naszym odczuciu, był to idealny pion, a kwietniowa, górska pogoda dodawała tylko elementu grozy ;P Na szczycie, ku naszemu zdziwieniu, odnotowaliśmy, że niczego z naszych klamotów nie brakuje, co po jakimś czasie, zostało zweryfikowane przez uprzejmego turystę, który z uśmiechem wręczył nam znalezioną na szlaku, „lekko” tylko zabłoconą, torbę należącą do Mateusza ;P Drugie podejście do koncertu na północnym stoku Babiej Góry zaplanowaliśmy w kwietniu tego roku, jednak wtedy pogoda nie dała nam wyboru i musieliśmy to przełożyć.
markowe szczawiny kwiecien.jpg
Wróćmy teraz do 16 czerwca tego roku 🙂 Tak jak poprzednim razem, wszystko z pokładu Benca przełożyliśmy do schroniskowego pojazdu.
markowe szczawiny landrovermarkowe szczawiny pakowaniemarkowe szczawiny rover
Chłopaki postanowili na wszelki wypadek zrobić sobie pożegnalne zdjęcie 😉
markowe szczawiny zyzy i mariol
Zdobyte doświadczenie nie pomogło nam niestety odbyć podróży pod schronisko bezstresowo i tapicerka landrovera na zawsze zachowa odciśnięte ręce członków Ciszy. Swoją drogą wielkie gwiazdy muzyki mają swoje aleje a my – proszę 😀
markowe szczawiny 2 klasa
markowe szczawiny3
Na szczęście tym razem dotarliśmy bez najmniejszych strat w sprzęcie, czy bagażu 🙂

Na salę koncertową zaadoptowaliśmy jadalnię, więc podczas próby z głośników nie dobiegały jedynie dźwięki ciszowej muzyki, bardziej był to kolaż w postaci: „Siedząc Na Swym Pniaczku Jak… ZAMÓWIENIE 23 ! ! !” albo „Gdy Już Będziemy… FRYYYT – KIII ! ! !” ;P
markowe szczawiny widownia
Ogromne wrażenie wywarli na nas ci, którzy specjalnie podeszli do schroniska, by posłuchać naszej twórczości w górskich okolicznościach i zaraz po występie wracali na dół – wielkie WOW! Sama atmosfera koncertu była dość luźna i swobodna, a ci, którym mało było biesiadowania, zostali przy stolikach do wczesnych godzin porannych. My też postanowiliśmy odrobinę się zrelaksować 🙂
markowe-szczawiny-mariol-kapsle.jpg
Świt zaskoczył nas trochę brutalnie, w pośpiechu zapakowaliśmy wszystko do landrovera (podziękowania dla chłopaków z ekipy schroniska za pomoc!), by załapać się na transport w dół. Jak to się mówi: „psy szczekają, karawana jedzie dalej” ;> Dziękujemy Markowe Szczawiny.

Jedziemy do Woli Rzeczyckiej. Po raz pierwszy zagraliśmy tu w 2015r. Tym razem przyjęliśmy zaproszenie od SZCZEPU ZHP „BIESZCZADNICY” z okazji ich 25 lecia. Legendarną już gościnę księdza Marcina Hejmana (choć sam prosił by zwracać się do niego po imieniu 🙂 ) najbardziej pamięta Junek, bowiem dwa lata wcześniej, nie tylko my, ale także nasz piesek dostał lepsze warunki noclegowe i poczęstunek niż niejedna gwiazda ma zastrzeżone w swoim „rajderze” 🙂 Niestety nasz maskotek nie mógł nam towarzyszyć podczas całej trasy, my za to chętnie daliśmy się rozpieszczać, zwłaszcza kulinarnie ;P Ksiądz Ma… tzn. Marcin to przesympatyczna postać, ciągle na pełnych obrotach, dwoił się i troił, by tylko nam czegoś nie zabrakło, musieliśmy go przekonywać, by wreszcie sobie usiadł, odpoczął i porozmawiał z nami, że już na prawdę mamy wszystko, czego nam trzeba 😀
Nie tylko gościna zapadnie nam na długo w pamięć. Harcerze bardzo aktywnie spędzali to popołudnie
wola rzeczycka plener5wola rzeczycka plener3wola rzeczycka plener
dla każdego coś miłego, ale wiadomo – lubią też pośpiewać. Zanim na scenie zabrzmiała Cisza, odbyło się wiele małych występów, a nawet usłyszeliśmy Chrystusa Bieszczadzkiego, oto fragment:
Chrystus Harcerski 🙂
wola rzeczycka boiskowola rzeczycka 7wola rzeczycka 1
Najbardziej jednak wzruszający był hart ducha druha, bowiem, mimo iż pogoda w połowie koncertu skłaniała nas do przerwania, większość ze zgromadzonych nadal się świetnie bawiła. Stojąc w strugach deszczu, wywołali nie jeden, a dwa bisy, co nas kompletnie zaskoczyło i dało niesamowitego „pałera” 🙂 Tym razem to dla Was od nas Be – eR – A – Wu – O ! ! ! … 🙂

Po przepysznej kolacji udaliśmy się na nocleg w dość nietypowym, aczkolwiek niesamowitym miejscu 🙂
wola rzeczycka galeriawola rzeczycka galeria3wola rzeczycka galeria 1wola rzeczycka galeria 2
Przy śniadaniu spotkaliśmy ks. Grzegorza Kasprzyckiego, który wrócił z misji w Papule – Nowej Gwinei, posłuchaliśmy więc ciekawych opowieści m.in. o tym, że świnia kosztuje równowartość naszej średniej krajowej i jest obowiązkowym prezentem na wesele 🙂 zobaczyliśmy różne pamiątki, w tym odpowiednik męskiej bielizny (ciekawskich odsyłamy do wyszukiwarki do hasła „tykwa z nowej gwinei”;P). Zabawne, że gdy graliśmy tu dwa lata temu, ks. Grzegorz właśnie się szykował do tej wyprawy; można by za niego powiedzieć „wyjeżdżam – jest Cisza, wracam – znowu oni” ;P Za zaproszenie i gościnę dziękujemy Dorocie Nieznalskiej oraz oczywiście Marcinowi 😀 Wola Rzeczycka – Dziękujemy!

Jedziemy do Kozienic. Ostatni czerwcowy koncert miał charakter charytatywny. Chętnie wspieramy różne inicjatywy niesienia pomocy drugiemu człowiekowi, tym razem była to akcja „Ida Czerwcowa. Stop rakowi piersi”. Koncert, mimo ograniczenia czasowego, spowodowanego mnóstwem innych atrakcji towarzyszącym tej dwudniowej imprezie, był miłym zakończeniem pracowitego pierwszego półrocza. Wyjątkowo bez perkusji, w sali o świetnej akustyce, można było dać się otulić delikatnie dźwiękiem. Istne wyciszenie. Jeśli myślicie, że przed nami wakacje i odpoczynek to musimy Was jednak zaskoczyć 😉 Teraz pora na ciężką, ale też przyjemną pracę nad nową płytą, którą nagramy w niezwykłym miejscu. Po raz pierwszy zdecydowaliśmy się zrezygnować z typowego studia i na 2 tygodnie przenosimy cały sprzęt do klimatycznego domku w Danielce. Mamy nadzieję, że te okoliczności, daleko od domów, pozwolą nam skupić się na muzyce i uwolnią nowe pokłady kreatywności. Przekonacie się już na jesień, a wcześniej obiecujemy zamieścić relację z pracy nad tą płytą. Do przeczytania!

 

 

Maj 2017

Majówka trwa w najlepsze 🙂 Właśnie z okazji tego najbardziej wyczekiwanego przez Polaków weekendu zagraliśmy na plenerowej scenie w Ełku. Jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, przeogromny wachlarz atrakcji dawał każdemu możliwość wybrania rozrywki dopasowanej do gustu (tuż przed naszym występem na przykład odbyło się przedstawienie teatralne dla dzieci),elk widownia 2
tym bardziej ucieszył nas fakt, że sporo osób zainteresowanych było naszą muzyką i nie wybrali np. spaceru po watę cukrową ;P Dopiero co zakończyliśmy przed paroma dniami intensywny kwiecień z niezwykle kreatywnym pobytem w Dłutówku, a już  szykowaliśmy się, by ponownie zająć się pracą nad nowymi utworami, jeszcze „tylko” jeden koncert do zagrania po drodze 🙂
Jedziemy więc na nocleg do Gdańska, by następnego dnia zagrać w Sopocie, gdzie do Topos Cafe zaprosili nas Stefan i Ada.  Najlepsze są dni, gdy człowiek wstaje wypoczęty i w dobrym humorze. O ile z tym pierwszym różnie, to bywa to dobry humor zawsze można sobie zorganizować już od śniadania, np. w windzie 🙂 Wyobraźcie sobie, że w hotelu, w którym nocowaliśmy, (w pokoju na 3 piętrze) odkryliśmy, że nie musimy wcale przebyć tej drogi pieszo, skoro można wjechać. Tym bardziej nie ma problemu, gdy wyraźnie jest napisane, że udźwig tej maleńkiej windzi, czy też windziuni, równa się 225 kg a trzech facetów do niej wsiadających waży spokojnie ponad 80kg każdy 😀
sopot winda
to były najdłuższe i, ze względu na odgłosy pracującego ostatkami obrotów silnika, najgłośniejsze 3 pietra do przebycia w historii…
Po pośniadaniowej sjeście mogliśmy sobie pozwiedzać Sopot – nie często mamy na to czas. Zawsze od znajomych słyszymy, że tyle przecież jeździmy po kraju, więc zapewne atrakcje turystyczne mamy już obcykane w każdym mieście w Polsce i moglibyśmy pisać przewodniki. Wystarczy choćby poczytać niniejszego bloga, by wywnioskować, że owszem, ale przewodniki po salach koncertowych 🙂 Poznawanie uroków tego nadmorskiego kurortu uległo znacznemu przyśpieszeniu, gdy nastąpiło oberwanie chmury :/ nasze zwiedzanie ograniczyliśmy więc do kawiarni. Gdy dotarliśmy w końcu do Toposa, okazało się, że wbrew oczekiwaniom (wynikającym z  opowieści znajomych) to urokliwe miejsce wcale nie jest takie małe (grywaliśmy na ciaśniejszych scenach 😉 ), za to niezwykle klimatyczne. Nic dziwnego, że odbywa się tu mnóstwo koncertów, a na ścianie pamiątkowej widnieją podpisy dobrych znajomych Artystów ze scen dużych i małych.

sopot barsopot kawiarnia

sopot logosopot topossopot scenasopot widownia

Wam to miejsce widocznie także przypadło do gustu, wnioskujemy tak z atmosfery, jaką stworzyliście podczas koncertu 🙂 W trójmieście nie mogło obowiązkowo  zabraknąć na koncercie naszych Przyjaciół Gosi i Roberta – dzięki za pomoc! 😀

Następnym razem, jeśli nie z koncertem, to na pewno zajedziemy tu na kawę, jak tylko znajdziemy chwilkę będąc przejazdem 🙂 Dziękujemy Sopot.

Kolejnego dnia jedziemy do Kazimierza Dolnego. Podczas 6 godzin spędzonych w podróży, troszkę się niekiedy dłuży i każda forma odreagowania jest dozwolona

droga
można na przykład pobawić się w chowanego 😀

zyzy koc edit.jpg

À propos kreatywności. Na miejscu okazało się, że są aż dwa miejsca o nazwie Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu, przynajmniej wg naszego gps’a, który nie omieszkał doprowadzić nas złośliwie oczywiście do tego drugiego ;P
Na szczęście okazało się, że zdążyliście się nacieszyć i pięknym miastem i piękną pogodą i udało Wam się to pogodzić z perspektywą spędzenia 2 godzin z nami 🙂 Nam niestety nie było dane wyjść do miasta po koncercie, musieliśmy bowiem udać się na noc do miejscowości Sadurki, gdzie mieliśmy kontynuować prace nad nową płytą. Podziękowania dla Sławka Sobotki za pomoc w organizacji tego koncertu. Dziękujemy Kazimierz Dolny.

Od samego rana wzięliśmy się do roboty 😉 Pierwszym dźwiękiem powstałym tego poranka był niestety odgłos płaczu Ciszobenca, który już dawno (czyt. od miesiąca) się nie psuł, więc najwyższa pora
sadurki awaria
Michał pospieszył więc do mechanika, a reszta skupiła się na rozwiązaniu kluczowej kwestii: pogoda nie pozwalała nam się zdecydować, czy będziemy pracować na tarasie, czy zamknięci w 4 ścianach
sadurki weranda
sadurki zyzysadurki mariol
Przez cały dzień udało się nie tylko nadać kształt kilku utworom (nie zawsze szło jak po maśle),
sadurki opornie
ale także skorzystać z uroków domku, na obiad odpaliliśmy sobie grilla

sadurki grillsadurki jedzenie

i można pracować do późnych godzin nocnych 🙂
sadurki 1

Po jednym dniu przerwy od koncertowania pojechaliśmy do Lublina, by zagrać koncert charytatywny pod hasłem: „wyGRAJ! z nami”. Dochód z koncertu w całości został przeznaczony na zakup pomocy, które przyczynią się do poprawy warunków nauki w Szkole Podstawowej w Mariance i pomogą uczniom w wyrównaniu szans edukacyjnych. Zagraliśmy w podziemiach Amfiteatru Na Poczekajce
lublin scena pustalublin cien zyzy
Bardzo interesująco przedstawiała się garderoba ;P
lublin konfesjonal
„ach ta dzisiejsza młodzież” tak pochłonięci komórkami, że nie zauważyli konfesjonału 😀
Po udanym koncercie, czas na pamiątkową fotkę z Gosią Stec – inicjatorką naszego w nim udziału
lublin pamiatkowe
i z powrotem do dom… no właśnie… Byliśmy tak zaaferowani pomocą w koncercie, że użyczyliśmy swojego sprzętu nagłośnieniowego i nie mogliśmy go po naszym występie spakować, gdyż program imprezy trwał dalej 😛 Nic w tym oczywiście nadzwyczajnego, chętnie służymy pomocą, nie wzięliśmy jednak pod uwagę faktu, że w sumie to bardzo się spieszymy, ponieważ część z nas musi dotrzeć jeszcze tego wieczoru do Warszawy na pociąg ;P Nieźle się musieliśmy nagimnastykować, by zgrać w czasie spakowanie sprzętu i wyjazd o czasie, który pozwoli nam zdążyć. Nie pierwszy raz u nas wszystko dzieje się na wariata i zdążyliśmy się przyzwyczaić do braku czasu, choćby na normalny, zdrowy posiłek. Z ratunkiem przybyły Panie z organizacji koncertu, które zapakowały nam chyba wszystko co tylko było do jedzenia – na wynos 😉 Jechaliśmy z duszą na ramieniu, chyba pierwszy raz  kibicując postępującemu opóźnieniu pkp ;P
Nawiasem mówiąc zdążyliśmy na ten pociąg, ale przez stolicę śmignęliśmy tak szybko, że aparat nie zdążył nawet złapać ostrości ;P
lublin narodowy wawa
Ola i Mateusz szczęśliwie już w pociągach, reszta męskiego składu mknie do Poznania by już po godz 3 w nocy/rano położyć się spać ;P
Dziękujemy Lublin.

Do Świętna na Festiwal Piosenki Religijnej wybraliśmy się po weekendzie wolnego, na zaproszenie Jurka Luftmanna. Ciszobencowi widocznie za mało było odpoczynku i został jeszcze w samochodowym spa, musieliśmy więc użyć środków transportu zastępczego 😉
kolejno:
ekipa Mazdymazda ilona zyzy.jpg

Peugeot Partner’a
partner majki minius

i maleńkiego Volkswagen’a Beetle’a
beatle mariol darek.jpg
(zasilanego power bankiem? ;>)

Program imprezy zawierał wiele atrakcji dla dzieci, nic więc dziwnego, że i my pozwoliliśmy sobie na odrobinę beztroski ;P
swietno slimakiswietno mariol maskotki
swietno zyzy lalka edit
Warto wspomnieć o warunkach akustycznych 🙂 Wyobraźcie sobie, że zagraliśmy na scenie pod wielkim dachem obitym blachą, który na każde uderzenie stopy od perkusji reagował głośnym „BUUUUM” 🙂 Dla chętnych – odgłos ów można odtworzyć za pomocą kija bejsbolowego zastosowanego na blaszanym garażu sąsiada ;P Spowodowało to wiele zabawnych sytuacji, zwłaszcza w momentach, w których Mateusz wydawał dźwięk jako jedyny i właśnie na stopie.
swietno ze sceny

Przed nami na scenie zaprezentował się również zespół złożony z samych księży
swietno ksieza
oraz wielu młodych wykonawców konkursowych. Po koncercie udaliśmy się na nocleg do hotelu, który położony był w samym środku lasu, co oznaczało niemal zerowy zasięg. Aby nawiązać chociaż chwilowy kontakt z naszymi bliskimi, trzeba było przebyć daleką drogę przez spowity mrokiem gąszcz, dając się otoczyć zewsząd odgłosami dzikich i na pewno krwiożerczych (w naszym odczuciu) zwierząt – z resztą nie zawsze osiągając cel 😉 i pomyśleć, że nie tak dawno ludzie żyli bez komórek… Pozbawieni zdobyczy nowoczesnej technologii poszliśmy spać i dopiero w porannych promieniach słońca dostrzegliśmy jak ładnie wygląda miejsce w którym nocowaliśmy…
swietno hotel4swietno hotel3

swietno fontannaswietno stolikiswietno droga pswietno droga lswietno taras

No to w drogę!
swietno hotel partner.jpg
Dziękujemy Świętno.

Wróciliśmy do Reduty Banku Polskiego w Warszawie. Niezwykle często gramy w tym historycznie naznaczonym miejscu, akurat stolica konkuruje z Poznaniem pod względem zainteresowania naszymi koncertami. W obydwu miastach możemy grać co miesiąc i zawsze jest dla kogo (a poza tym, zawsze czeka tu na nas Jędrzej Molczyk ze swoim przepysznym chlebem domowego wypieku) 😉  Tym razem postanowiliśmy zrobić Wam małą niespodziankę i zaprosiliśmy do udziału Kasię Abramczyk, z którą poznaliśmy się przed laty, grając wspólne koncerty.
wawa kasiawawa kasia usmiechwawa uscisk
Kasia powróciła na sceny Krainy Łagodności po niemal 5 latach spędzonych w klasztorze karmelitanek. Wcześniej znana jako liderka zespołu Myśli Rozczochrane Wiatrem Zapisane, teraz występuje solo z autorskim repertuarem. Cieszymy się bardzo, że swoim występem nie tylko urozmaiciła warszawiakom ten wieczór, ale wzbudziła też ogromne zainteresowanie swoją twórczością, którą chętni mogli zabrać ze sobą do domów w postaci jej pierwszej solowej płyty. Kolejną niespodziankę przygotował Sławek Sobotka – manager Reduty, który dla każdego uczestnika przygotował poczęstunek w postaci pysznego deseru 🙂 Stolica, jak zawsze, oznacza gorące przyjęcie i koncert w mega przyjaznej atmosferze.
wawa zyzy gitarawawa mini usmiechwawa majkiwawa mariol spiewwawa zyzy gitara 2wawa scenawawa miniwawa ilona mariolwawa zyzy
Możecie być pewni, że nie zmniejszymy intensywności grania w Wawie – za dobrze się u Was czujemy 🙂
Dziękujemy Warszawa.
wawa uklon

Ostatni weekend maja był dla nas dość sentymentalną podróżą. Zaczęliśmy od koncertu w rodzinnym mieście czwórki z nas – Kołobrzegu. Ponownie na miejsce wydarzenia wybraliśmy Karczmę Solną usytuowaną na wyspie solnej – niegdyś miejsca poboru przez kołobrzeżan solanki do kiszenia ogórków 😉 Zaskoczyło nas jak niektórzy dosłownie traktują temat naturalnych źródeł energii tego uzdrowiska ;P
kg prad
Grając w Kołobrzegu mamy okazję przedstawić swoją twórczość naszym rodzinom, najbliższym i starym znajomym – zawsze jest nam miło zobaczyć znajome twarze tym bardziej, że porozjeżdżaliśmy się już po kraju i na co dzień każdy z nas mieszka w innym mieście 🙂 kg majki
kg z gorykg wozkg gora
Dziękujemy Kołobrzeg.
Następnego dnia sentymentalnej podróży ciąg dalszy – jedziemy do Gryfic. To tu właśnie, przed 14 laty, miał miejsce pierwszy w historii koncert zespołu Cisza Jak Ta. Choć skład występujący wtedy pod tą nazwą niczym nie przypomina dzisiejszej Ciszy, to jednak łezka w oku się kręci 😉 Jakże długa i kolorowa za nami droga, pełna przygód przyjemnych i tych mniej, wzlotów, upadków, zmian personalnych, chwil wzruszenia czy zwątpienia.  Długo by rozmyślać, może zostawimy to na jakąś okrągłą rocznicę 😉 Wracając do rzeczywistości, zagraliśmy w Miejskiej Bibliotece Publicznej na zaproszenie pana Przemysława Kubalicy i niech Wam się nie kojarzy to z miejscem nieadekwatnym wydarzenia. Podróżując po Polsce zauważyliśmy tę dziwną zależność, że im mniejsza miejscowość, tym większe zaangażowanie właśnie pracowników takich miejsc. Co z tego, że biblioteka – to nie można zorganizować koncertu? Otóż dla chcącego nic trudnego i tego właśnie dowiodła ekipa Biblioteki, pokazując swoje zaangażowanie.
gryfice banergryfice gablotka
Mimo konkretnej reklamy, obawialiśmy się, czy ktoś przyjdzie w tak piękną pogodę do zaciemnionej czytelni, sami czuliśmy błogie rozleniwienie

gryfice ilona mini backstage
więc na wszelki wypadek przygotowaliśmy się na publiczność zastępczą ;P
gryfice mariol kukla
Niepotrzebnie – wszystkie przygotowane miejsca zostały zajęte. Koncert na pełnym luzie zakończył się losowaniem upominków wśród publiczności, które mięliśmy zaszczyt przeprowadzić 🙂

Galeria z tego wydarzenia do obejrzenia tutaj

Dziękujemy Gryfice.

Następnego dnia koncert został zaplanowany na późny wieczór, więc pomyśleć by można było, że dane nam będzie pospać, otóż nie :/ Zostaliśmy zaproszeni do miejscowości Pionki w okolicach Radomia, więc czekała nas 7 godzinna wyprawa co oznaczało wyjazd o 9.
Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w ciekawym miejscu 🙂
pionki obiad bron 4pionki obiad bron 3pionki obiad bronpionki obiad bron2
(przynajmniej mieliśmy pewność, że mięso jest świeże ;P)
W Pionkach mięliśmy zagrać z okazji ślubu Basi i Kuby, który odbywał się podczas 35 Puszczańskich Harców 🙂 Młodzi poznali się w harcerstwie i podobno zakochali przy naszej piosence… Niesamowite to uczucie, gdy nasze utwory w jakiś magiczny sposób mogą doprowadzić do połączenia dwóch osób 🙂 Tym milej nam było przyjąć zaproszenie na tak ważne wydarzenie. Jako że cała impreza odbywała się w lesie, zaproszenie przyjęły także komary w liczbie absurdalnej i mieliśmy wrażenie, że najbardziej ucieszyły się z naszego przybycia, mimo iż na terenie obozu obecnych było jeszcze ok 500 harcerzy.
pionki krąg
Co chwila musieliśmy przerywać rozkładanie sprzętu, by się schować do samochodu z wyłączeniem Mariusza, który jako nasz akustyk/inżynier dźwięku miał najwięcej roboty ze wszystkimi kablami i, opatulony od stóp do głowy, musiał dzielnie odpierać ataki krwiopijek 😉
pionki backstage
Na przyśpieszenie ruchów Mariusza, harcerze przygotowali kawę w odpowiedniej ilości ;P
pionki kawa

Na szczęście, po zapadnięciu zmroku wszystkie komarzyce poszły spać i mogliśmy z Wami spokojnie stworzyć odpowiedni nastrój Młodej Parze
pionki swiatelkapionki mlodzi na sceniepionki mlodzi
Basi i Kubie życzymy wszelkiej pomyślności na nowej drodze życia i dziękujemy Pionki.
Po koncercie udaliśmy się na nocleg do pięknej Tawerny Stawiskiej, gdzie o poranku nasz Junek zażył sobie orzeźwiającej kąpieli
pionki rano junopionki rano juno staw
a i my mogliśmy przed wyjazdem na chwilę poupawać się piękną niedzielną pogodą
pionki rano hotel zyzyrelaks mini ilona

Jedziemy do Dąbrówki. Niezwykłe wrażenie robi cała ta maleńka miejscowość. Jakby nie było tu zwyczajnego gospodarstwa, tylko każdy dom miał jakąś specjalizację. Ktoś ma konie, ktoś ma kozy a ktoś jeszcze coś innego, cała społeczność zajmuje się agroturystyką. Nawet miejsce w którym graliśmy pełne było różnych ciekawych eksponatów
dabrowka 1dabrowka backstagedabrowka muzeumdabrowka muzeum 2dabrowka plener2dabrowka plener 6dabrowka stwordabrowka zegar

Znaleźliśmy pretekst do odpoczynku 😛

dabrowka strefa ciszydabrowka relaksdabrowka chustawkidabrowka juno w wodzie

Na zapleczu spotkaliśmy dwie młode artystki 😉
dabrowka na zapleczu
Przed nami wystąpiły dzieciaki z odbywających się tu warsztatów wokalnych i, szczerze mówiąc, poziom wykonań był tak wysoki, że trochę obawialiśmy się, że przy nich wypadniemy blado ;P Pewnie dlatego część zespołu udała się wtedy na spacer po okolicy z  Robertem Niedziałkiem, który to zaprosił nas na ten koncert.
dabrowka wycieczkadabrowka mrowiskodabrowka kozydabrowka kozy 2dabrowka karmieniedabrowka 12
dabrowka pomnik
dabrowka supportdabrowka scena
Dziękujemy Dąbrówka. To był już ostatni majowy koncert.
Do zobaczenia w czerwcu!

Kwiecień 2017

Do Łodzi zawitaliśmy 6 kwietnia, można powiedzieć, po drodze w góry. Aby oszczędzić naszym organizmom szoku, przenosząc się nagle z naszych nadmorskich wiosek w bieszczadzkie klimaty, postanowiliśmy jeszcze spotkać się z Wami w połowie drogi 🙂 Tak oto zawitaliśmy w znajome mury niedawno odnowionego Keja Pub, zaskakując nieco godziną przybycia właściciela – Krzyśka Zendeła, bowiem nie zdążył nawet pozbierać prania ;P pranie
To oczywiście żart, bowiem na zdjęciu widoczne są elementy wystroju tego klimatycznego miejsca, które Krzysiek idealnie odświeżył i dał nowe życie ratując jego reputację po poprzednim właścicielu. Sięgając kilka lat wstecz, możemy przytoczyć Wam historię o naszym pechowym w tym miejscu koncercie, na którym akustyk dał taki popis umiejętności, że był to jego ostatni występ w Kei. Na szczęście są to już tylko wspomnienia i przy obecnej formie pubu sytuacje niemożliwe do powtórzenia. Powtórzyła się za to sytuacja, że zainteresowanie koncertem było tak ogromne, że trzeba było nieźle przemeblować Keję aby wszystkich pomieścić. Na szczęście się udało i mogliśmy wraz z Wami chłonąć bardzo luźną atmosferę, jak się okazało wielu z Was wybierało się z nami w Bieszczady następnego dnia 🙂
lodz scena fot Paweł Partyka
zdj. Paweł Partyka

Po koncercie wyruszyliśmy w drogę, żeby podróż w Bieszczady rozbić na dwa krótsze etapy. Zanim jednak wyruszyliśmy, mieliśmy spakować cały sprzęt do Ciszobenca, więc Michał wybrał się po nasz samochód na parking by podjechać możliwie jak najbliżej drzwi celem ułatwienia pakowania. No ale nie mogło być normalnie ;P Po ok pół godzinnej nieobecności wreszcie się zjawił po raz kolejny udowadniając, że pośpiech nam nie służy, gdyż w całym tym zamieszaniu nie wziął ze sobą nawet komórki a co za tym idzie GPS’a. Ulice Łodzi po zmroku okazały się mylące dla bądź co bądź doświadczonego kierowcy, jak na złość gdzieś zapodziały się wszystkie posiadane mapy tego miasta i w dodatku nie było nawet kogo zapytać o drogę 😛 Taką oto wesołą przygodą żegnaliśmy się z Keją 🙂
Dziękujemy Łódź

Jedziemy w Bieszczady!
Aby w miarę dokładnie opisać Drugie, Wiosenne Spotkanie Ciszaków czyli Zlot w Ustrzykach Górnych (choć wiadomo, że trudno opisać takie wydarzenie słowami) musimy na wstępie wyjaśnić co to takiego, po co, dlaczego i komu to w ogóle potrzebne 🙂
Cofniemy się zatem do genezy pierwszego Zlotu który odbył się w grudniu 2016. Otóż w całym naszym cygańskim życiu (lub jak niektórzy ładnie nazywają: na artystycznej drodze) ze względu na zabójcze tempo często przeskakujemy z koncertu na koncert przemierzając setki kilometrów wzdłuż i wszerz całego kraju i niestety brakuje nam czasu by się po tych koncertach z Wami spotkać, porozmawiać troszkę dłużej, zwyczajnie nacieszyć po zejściu ze sceny tą wspólną chwilą. Pomyśleliśmy więc, że moglibyśmy spróbować stworzyć takie okoliczności, no a jak to w Ciszy bywa długo się nie zastanawialiśmy (co często przynosi różne skutki) i za słowami poszły czyny. Najważniejszym był wybór miejsca całej imprezy. Jako, że na muzyce to my może i mniej lub bardziej jeszcze się znamy to już na organizacji zlotów nie i tu z pomocą przyszli nasi serdeczni Przyjaciele Sebastian Skórka i Jacek Skórka :), którzy zgodzili się nasz Zlot zorganizować w swoim Zajeździe Pod Caryńską. Bardzo nas to ucieszyło, ponieważ wielokrotnie gościliśmy u chłopaków nie tylko z koncertami, czy też będąc w Bieszczadach przejazdem jako zespól, ale także indywidualnie. Oczywiście jako, że to wydarzenie miało być podziękowaniem dla Was za ogrom wsparcia jaki do nas płynie i aby było to coś więcej niż tylko zwykły koncert, wspólnie z braćmi postanowiliśmy zrobić imprezę dwudniową z mnóstwem atrakcji muzycznych oraz wszelakich. Radował nas fakt, że będziecie mogli odczuć wyjątkową gościnność, której my zawsze doświadczamy. Zawsze jednak gdzieś głęboko czuliśmy obawę, że ta nowa formuła naszego spotkania z Przyjaciółmi zespołu nie przypadnie Wam do gustu i na Zlocie będziemy bawić się sami z ekipą Zajazdu 😉 Stety okazało się tak, że zainteresowanych było więcej niż miejsc noclegowych w Zajeździe i już obawialiśmy się, że i tak znajdą się szaleńcy którzy przyjadą choćby mieli rozbić namiot w śniegu, ale spokojnie. Sebastian i Jacek to menadżerowie „nie z pierwszej łapanki” i specjalnie dla Was włożyli ogromny wysiłek aby dla każdego znaleźć nocleg gdzieś w okolicy.
Tak więc, opisując już w skrócie Pierwsze Zimowe Spotkanie Ciszaków:
Przede wszystkim ogromny wkład i zaangażowanie licznej ekipy Zajazdu, przepyszne jedzenie i cudowna gościna. Wystąpiliśmy dla Was dwukrotnie a razem z nami zagrali nasi muzyczni przyjaciele – Grzegorz Śmiałowski, Rafał Nosal, Tomek Lewandowski, Mariusz Dziob oraz Mariusz Czak a także – na stworzonej spontanicznie wolnej scenie – wielu innych. Było zimowe wyjście w góry, nocne śpiewanki i rozmowy do rana. Otrzymaliśmy ręcznie zdobioną gitarę autorstwa Krzysztofa Skubika. Był Anioł Szemkel stworzony przez Caryńskie Anioły 🙂 Co nas ogromnie cieszy zawiązało się między Wami wiele nowych znajomości. Tak oto Pierwsze Zimowe Spotkanie Ciszaków mogliśmy uznać za udane 😀
Udało nam się odgrzebać nawet kilka zdjęć 🙂

2534

Naturalnym było, zorganizowanie kolejnego, tym razem wiosennego zlotu 🙂 Jak to w sporcie „zwycięskiego składu się nie zmienia” tak więc oczywiście wydarzenie postanowiliśmy powtórzyć w tym samym miejscu. Chcieliśmy dopracować imprezę aby jeszcze bardziej Was zadowolić, ale zadanie to nie było łatwe. Już na samym początku nie ułatwiała nam tego pogoda, bowiem okazało się, że gdy byliśmy jeszcze w drodze, pierwsi uczestnicy powiadomili nas o śniegu padającym (w kwietniu!) w Bieszczadach  :O Tym samym można rzec zimowy zlot przeszedł płynnie w wiosenny 😉 Ustaliliśmy więc, że pod dachem przecież nie powinno padać czyli nie ma problemu 😉 Na powitanie dla każdego z uczestników Jarek Tao Gonzo przygotował prezent w postaci ręcznie malowanego na drewnie w kształcie serca anioła 🙂 Tym razem postanowiliśmy sami zainaugurować muzyczną część wieczoru. Na szczęście okazało się, że nie potrzebujecie żadnej rozgrzewki i od pierwszej piosenki przejęliście na swe gardła wszystkie wokalne kwestie. Zadanie to było dodatkowo utrudnione przez Michała, który nie zapowiadał utworów tytułami, jedynie lekko zarysował ich treść abyście nie zdążyli otworzyć ściąg z tekstami 😉 Daremny to był trud z naszej strony bowiem na zlot przyjechały osoby doskonale przygotowane i znające naszą radosną twórczość chyba bardziej niż my sami. Dusza się raduje, gdy można poczuć się na scenie tak swobodnie jak wtedy z Wami. Można zupełnie odpłynąć i nie przejmować się czy gdzieś się człowiek pomyli czy zapomni słów – wszystko wybaczycie a w razie potrzeby dośpiewacie za nas 🙂 Jeśli macie ochotę powspominać trochę (lub jeśli nie byliście a chcecie zobaczyć jak było) dzięki, jak zwykle na takie okoliczności doskonale przygotowanemu, Robertowi Mukowskiemu możecie wrócić na chwilę do tego koncertu:
Cisza Jak Ta koncert – II Zlot Ciszaków
Po nas na scenę postanowiliśmy zaprosić Artystę, którego piosenki są bardziej znane niż on sam 😉 Leonard Luther, bo o nim mowa, podczas występu przytoczył nawet historię jak kiedyś w pociągu zaśpiewał jedną z autorskich piosenek w towarzystwie, na co jedna ze słuchających pań powiedziała mu „Leonard lepiej to śpiewa” 🙂 Jak my to dobrze znamy… W końcu w Ciszy najbardziej rozpoznawalny jest zawsze Junek 😉 Koncert Leonarda przepełniony był humorem, ale też zadumą, słowa lekkie przeplatały się z tymi pełnymi mądrości. Zresztą możecie się przekonać sami:
Leonard Luther koncert – II Zlot Ciszaków
Świetnie wprowadził wszystkich zgromadzonych w śpiewankowy nastrój i zaraz po oficjalnej „scenicznej” części szybko przemeblowaliśmy z waszą pomocą dolną salę by, przy wspólnym, oświetlonym jedynie blaskiem świec stole, wszyscy chętni mogli pograć i pośpiewać co tylko dusza zapragnie.
spiewanki.jpg
zdj. Jarek Tao Gonzo
Aby nikt nie mógł się tłumaczyć, że nie śpiewa bo nie zna słów przygotowaliśmy specjalne śpiewniki będące zbiorem, naszym zdaniem „najśpiewniejszych” piosenek 🙂 Gitara wędrowała z rąk do rąk, zewsząd padały tytuły proponowanych pieśni i każdy mógł usłyszeć swoją ulubioną, gdyż gitarzystów było tylu, że jak nie jeden to drugi znał akurat „tę piosenkę”. Dopiero wczesnoporanna pora i przymus pobudki na górską wyprawę skłonił poniektórych uczestników do zakończenia wieczoru, choć byli też zawodnicy hardkorowi, którzy dzielnie walczyli podobno aż do śniadania ;P
Następnego dnia po śniadaniu, chętni (czyt. Ci którzy przeżyli nocne śpiewogranie) Zlotowicze udali się wg planu na kilkugodzinną wyprawę na szlak.

Ponad pięćdziesięcioosobowa grupa Ciszaków, pod kierunkiem naszych Bieszczadzkich Aniołów – Magdy i Gibona – przeszła szlakiem na Kolibę, przez mały i duży szczyt Połoniny Caryńskiej i zeszła szczęśliwie – po uszy w wiosennym błotku do Ustrzyk Górnych.

Pozostali regenerowali siły w zajeździe, ew. udali się na spacer po okolicy. Byli też tacy, którzy od samego rana złapali za gitary i nie pozwalali by choć na chwilę zamilkły śpiewy. Po powrocie naszych śmiałków ze szlaku, czekała na wszystkich nie lada uczta – dzik z rożna. Ekipa zajazdu z Jackiem na czele, w odpowiedniej oprawie częstowali Gości pyszną obiadokolacją.
jacek i dzik.jpg
Właśnie takie przywiązywanie uwagi do, wydawać by się mogło „szczegółów”, stanowi niesamowitą atmosferę tego miejsca. Po posiłku, ogrzaniu i w zasadzie po tym na co kto miał ochotę ;P nastąpiła wieczorem kolejna część muzyczna. Wystąpili dla Was Krzysztof Jurkiewicz oraz Czarek Rogalski czyli reprezentacja zespołu Słodki Całus Od Buby. Jurkiel znany jest z wnikliwej obserwacji rzeczywistości i mądrych, poetyckich tekstów przeplatanych niezwykłą dawką humoru, często prosto z życia wziętych sytuacji z iście teatralną prezentacją tychże. W końcu jest to Artysta na którego piosenkach wychowali się najstarsi członkowie Ciszy i nie wypominamy tu absolutnie wieku Krzyśkowi, jedynie podkreślamy Jego zdobyte wieloletnim scenicznym stażem doświadczenie 🙂 Na drugiej gitarze towarzyszył mu Czarek, na co dzień śpiewający basista (no i co Darku – można?! ;P) Słodkiego Całusa, idealnie uzupełniając harmonie wokali i gitar. Panowie pokazali też, że mają zdrowy dystans do własnej twórczości, kilkukrotnie obracając w żart drobne pomyłki Czarka (prztyczek w nos za autohejt redaktora ;P). Jurkiel dodatkowo spowodował uśmiechy na naszych ciszowych twarzach opowiadając o każdym z nas krótką anegdotę i podobno to nie prawda, że naszych imion uczył się na pamięć po drodze przeszukując internet 😉
jako ciekawostka – Michał pozwolił sobie na mały support, zapraszamy do obejrzenia:
SCOB koncert – II Zlot Ciszaków
Po ich występie i krótkiej przerwie na podłączenie się (co przy sześciu instrumentach i pięciu wokalach chwilę trwa a nad czym ubolewamy, ale niestety jest to konieczne abyśmy mogli zaprezentować choć odrobinę profesjonalny występ) zajęliśmy scenę. Drugiego wieczoru to Wy wybraliście co mamy zagrać tworząc swoisty koncert życzeń. Głośno odetchnęliśmy z ulgą gdyż na całe szczęście w głosowaniu wybraliście akurat te utwory, które jeszcze pamiętamy jak zagrać ;P co, trzeba przyznać, przy ponad 100 tytułach w ciszowym repertuarze ma nie lada znaczenie (a coraz młodsi to my nie jesteśmy ;D). Ten koncert był jeszcze bardziej luzacki niż poprzedni. Żadnego skrępowania ani tremy to wszystko zasługa atmosfery, która przypomina bardziej jam session z przyjaciółmi niż koncert.
Cisza Jak Ta drugi koncert – II Zlot Ciszaków
Po występie tak jak dzień wcześniej zaplanowaliśmy dla chętnych śpiewogranie i mimo iż większość mogła być zmęczona po górskich przechadzkach to chyba jednak z rozbiegu zostaliście aby jeszcze z nami na koniec pośpiewać znów do wczesnych godzin porannych. Rano przyszedł niestety czas na pożegnania, lecz już wtedy wiadomo było, że będziemy kontynuować nową tradycję takich spotkań z Wami. Podsumowując – Drugie, Wiosenne Spotkanie Ciszaków przerosło nasz oczekiwania. Przynajmniej w naszym odczuciu daliście nam mnóstwo radości i wzruszeń a pozakoncertowe bratanie się jest niezastąpioną wartością, nieporównywalną z jakimkolwiek, choćby najbardziej udanym koncertem. To dzięki Wam wiemy, że to co robimy liczy się nie tylko dla naszej zespołowej siódemki. Właśnie organizując taki zlot staramy się podziękować Wam za wsparcie i trwanie z nami, za dobre słowo po koncertach, na powtykanych za wycieraczkę zespołowego busa karteczkach i na stronach internetowych. Za to, że mamy dla kogo grać i tworzyć. Za umożliwienie zorganizowania obydwu zlotów w Zajeździe Pod Caryńską dziękujemy Jackowi i Sebastianowi w tym również za organizację oraz przebieg tej imprezy, ale przede wszystkim za serducho i ugoszczenie wszystkich Ciszaków po waszemu chłopaki; Paulinie za przepiękną oprawę i za to, że właściwie we wszystkim na tym i poprzednim wydarzeniu miała swój udział;

anioł
Całej ekipie zajazdu za zaangażowanie i ogrom pracy jaki wykonaliście w ciągu tych dwóch dni – chapeau bas 🙂 Jarkowi Tao Gonzo za trud włożony w to by każdy z uczestników mógł zabrać ze sobą swojego anioła; Artystom, którzy przyjęli nasze zaproszenie, Leonardowi, Krzyśkowi oraz Czarkowi; Wszystkim, którzy poza sceną stworzyli wielką, wspólną orkiestrę podczas nocnych śpiewanek; Magdzie i Gibonowi, za poprowadzenie najtwardszych zawodników zlotu przez górskie szlaki; Robertowi za wytrwałość i cierpliwość w rejestracji koncertów 😉 oraz każdemu z Was, który najmniejszym choćby gestem przyczynił się do tego by nasze spotkanie było takim jakim było 🙂

Początkowo termin „Ciszak” odnosił się do kogoś z zespołu, dziś my sami nazywamy tak każdego z Was. Dziękujemy Ciszaki za to, że jesteście.

publika.jpg

Na koniec wspominkowo dzięki uprzejmości Elwiry Sztorc, Jarka Gonzo oraz Roberta Mukowskiego kilka zdjęć ze Zlotu:
zyzytrufelmini2ilona2scenazyzy3darek2
mariolilona majkimini3junek


scob

wyprawa2wyprawawidokw gorach2