Kwiecień 2018, czyli wesoło musi być ;)

Tak się porobiło z tą pogodą, że nie wiosna, ale lato, zastąpiło zimę srogą 😀 (nie była taka mroźna, ale potrzebowałem do rymu ;P)
Kolejny miesiąc wojaży rozpoczynamy 1 kwietnia koncertem w Wąchocku (tak, w tym) i to w nie byle jakich okolicznościach. Występ nasz miał uświetnić hucznie obchodzone urodziny sołtysa (!) i od razu po przyjeździe pracownik tamtejszego domu kultury ostrzegł nas całkiem serio, żebyśmy przypadkiem nie opowiadali kawałów o Wąchocku (ciekawe czemu mu przeszło przez myśl, że moglibyśmy mieć taki zamiar ;P) żeby sołtysa nie rozzłościć. Sam jubilat natomiast, jak się okazało, jak z rękawa sypał dowcipami o wszystkich innych miastach oraz ich mieszkańcach, jakoś tak na przekór ;). W takiej wesołej atmosferze przygotowania do koncertu odbyły się bez przeszkód i to właśnie uśpiło naszą czujność. Nie zdążyliśmy zagrać nawet pierwszej piosenki do końca, gdy wysiadł prąd. Po chwili okazało się, że usterka jest nie do naprawienia i na twarzach zgromadzonej Publiczności zauważyliśmy malujący się wyraz dezaprobaty. Kompletnie nie wiedzieliśmy co zrobić, nie byliśmy przygotowani na to, aby zagrać bez prądu i w tym momencie pojawia się ON… Sołtys we własnej osobie, w sombrero na głowie, z megafonem w ręce zaczął radosny zaśpiew ze znanej wszystkim piosenki: (o zgrozo…) „Ja, Uwielbiam Ją…” Tłum momentalnie podłapał i los naszego występu już wydawał się przesądzony, ale to jeszcze nie wszystko… Pani, która wcześniej witała gości, którzy przyszli na koncert, teraz w sztucznych wąsach (skąd ona je tak nagle wytrzasnęła?!?!) wyciąga banjo i zaczyna grać razem z sołtysem! Na dodatek nagle zza sceny wybiega tuzin klaunów i zaczyna żonglować łopatami, a za nimi na białym rumaaaakuuu….

Ekhem…

No dobra, w tym miejscu się zatrzymamy, bo i tak już nie wierzycie w ani jedno słowo 😉 Oczywiście to wszystko to bajka – żart wymyślony z okazji Prima Aprilis HAHA ;P
(powinniście zauważyć, przecież w Wąchocku nie ma sołtysa tylko rządzi burmistrz)
Zacznijmy więc jeszcze raz, na poważnie 😉
Trasę zainaugurowaliśmy 6 kwietnia w Hanulinie, gdzie zagraliśmy w kościele.
hanulin kosciol 2
Wybraliśmy to miejsce nie przypadkowo – wszystko po to, by autor się wyspowiadał za to całe heheszkowanie i wprowadzanie w błąd Czytelników (to też zmyśliłem, ale obiecuję że już będę pisał wyłącznie prawdę, jeszcze tylko opowiem Wam, jak kiedyś nam wcięło playback, który zaczął lecieć od tyłu i, aby nie dać po sobie poznać, koncert musieliśmy rozpocząć od ukłonu…) Nie no dobra, dość! Same fakty od tego momentu ;P Przyjęliśmy zaproszenie ks. Marka Naglera, który okazał się bardzo ciekawą postacią, o etykiecie dalece odbiegającej poza codzienne postrzeganie osoby duchownej (na plus oczywiście 🙂 ) Marek jest nie tylko zaangażowany w propagowanie dobrego wizerunku Kościoła, (nieco nowoczesnego wizerunku, przez co nie zawsze spotyka się to z aprobatą niektórych) i bardziej otwartego na np. koncerty; jest także zapalonym malarzem. Dostaliśmy w prezencie wizerunek zespołu jego autorstwa
hanulin-obraz-od-marka.jpg
i już autor (czyli le moi) miał się obrazić za pominięcie, ale okazało się, że postać basisty została wyrażona na osobnym dziele sztuki – i to w towarzystwie anioła 😉
hanulin owca aniol
Przed koncertem skorzystaliśmy z gościny i zjedliśmy razem obiad na plebani, podziwiając pozostałe obrazy księdza (oraz na wygłupach – można przecież np. jak nikt nie patrzy wypróbować wszystkie znalezione gwizdki – kogutki)
hanulin kominek
<Ty normalny jesteś?! Weź to zostaw! Jeszcze popsujesz!>
Sam koncert został pięknie przygotowany
hanulin sprzet
<nie, no nie przez nas, czytajcie dalej>
hanulin proba
była profesjonalna ekipa oświetleniowa, która w bajeczny wręcz sposób ukazała piękno wnętrza świątyni – już na próbie mieliśmy pewność, że będzie mega <J.C. approved>
hanulin proba swiatla
jeszcze tylko małe zamieszanie w garderobie – zakrystii
hanulin ministrant
i możemy zaczynać 🙂
hanulin scenahanulin zyzyhanulin olahanulin koncerthanulin majkihanulin mariolhanulin ilonahanulin darekhanulin koncert 2hanulin uklon
<te piękne zdjęcia pochodzą z bloga ks. Marka – dziękujemy za udostępnienie>
Początkowo baliśmy się, czy wypada w kościele nawoływać Słuchaczy do wspólnego śpiewania, ale skoro na mszy też się śpiewa, to chyba można – a jak się okazało, nawet za bardzo nie trzeba było namawiać 🙂
Po tym wzruszającym koncercie, otrzymaliśmy kosz kwiatów oraz statuetkę nawiązującą do okładki płyty Nieobecność,
hanulin statuetka

którą w imieniu Burmistrza, wręczyła pani Sekretarz gminy. Jeszcze tylko pamiątkowa focia z „autorem całego zamieszania” ks. Markiem
hanulin marek
i można się udać na mały afterek ;P Na nocleg, a wcześniej wspólną kolację, zaprosili nas Alicja i Maciek Bacińscy – dziękujemy za sympatycznie spędzony wieczór oraz gościnę. Dziękujemy Hanulin.

Pokrzepieni śniadaniem, które przygotowali nam Gospodarze, wyruszyliśmy do Nowej Dęby. Podczas podróży towarzyszył nam największy samochodowy odświeżacz powietrza na świecie ;P
nowa deba kwiaty
Żeby zmieścić ten pachnący podarunek, rozważaliśmy kto z nas pojedzie autobusem, ale koniec końców jakoś się pomieściliśmy. Przyjemne zapachy i piękna pogoda umilały nam tę długą podróż nie mniej niż podziwianie widoków.
nowa deba zameknowa deba zamek ruiny

Szkoda, że w nieustającej podróży, poza nielicznymi wyjątkami, nie mamy czasu na zwiedzanie tak ciekawych miejsc. Taki paradoks. Znajomi często nam mówią: „Tyle podróżujecie, jak to musi być fajnie ciągle zwiedzać”. Jasne… Niestety w większości przypadków nasz wycieczkowy program wygląda następująco: przyjazd – „wow jakie fajne miejsce!” – „dobra, bierzemy się za sprzęt!” – rozkładanie gratów – koncert – pakowanie – nocleg – wyjazd w kolejne miejsce. Tyleż atrakcji 🙂 „Piękny parking był przy hotelu, nieprawdaż?” ;P Często o zabytkach, czy innych miejscowych ciekawostkach, więcej poczytamy w folderach informacyjnych, albo tak chętnie wręczanych nam przez pracowników instytucji kulturalnych albumach, niż w rzeczywistości 😉 No, ale czasami niezapomnianych wrażeń dostarczają nam same okoliczności koncertowe. Tym razem takowym elementem będzie wesoła ekipa oświetleniowców. Przesympatyczni, bądź co bądź, panowie Kamil i Michał, dwoili się i troili, aby zagrać światłami. Tyle tylko, że… nie znali kompletnie repertuaru 😀 Stworzyło to mnóstwo komicznych sytuacji, aby Wam nieco zobrazować: wyobraźcie sobie jak w kulminacyjnym momencie utworu Mariol wycina mistrzowskie (nieco powolne, jak to przystało na Mariola, ALE MISTRZOWSKIE!) solo na gitarze, a tu cała scena spowita w ciemności i ten meeega mocny słup światła… na Michała… ;D Albo Ola łamie męskie serca swoim wokalem, a panowie szukają światłami odpowiedzialnej za te dźwięki osoby – i znajdują!… w momencie, gdy piosenka się skończyła ;D Albo energicznie zmieniające się światła przy najsmutniejszej balladzie ;D To tak jakby oglądać w telewizji wyścig żółwi z podkładem dźwiękowym z relacji Dariusza Szpakowskiego z meczu. Żeby nie było – nie mamy pretensji – wesoło musi być ;P Nowa Dęba – Dziękujemy. Po koncercie okazało się, że organizator zorganizował (masło maślane) no dobra ZADBAŁ O wypasiony hotel ze wszystkimi bajerami: basen, siłownia, sudoku, wykałaczki, pościel, okna, pojedyncze łóżka, ciepła woda… Nie no żartuje, naprawdę był do naszej dyspozycji nocleg na wysokim poziomie a my… pojechaliśmy na noc do Starachowic 😛 Wszystko dlatego, że rano już o 08.30 (słownie o ósmej w mordę jeża za jakie grzechy trzydzieści) czekała nas próba przed Harcograniem.
starachowice proba
<tak wczesna pora spowodowała mniej więcej takie zamieszanie, że, jak widać, coś mogło pójść nie tak podczas porannej toalety  (jak to „nic nie widać”, spójrz jeszcze raz, Drogi Czytelniku, na fryzurę Mateusza) ;P>
starachowice scena (2)
Wiem, drodzy Harcerze, że na tym blogu ciągle piszę, że na koncertach, zamiast słuchać, zawsze klaszczecie, tańczycie, skaczecie – wiem! Ale są jakieś granice okrucieństwa przecież… Próba tak wcześnie?… No dobra, już nie będę tak pisał… Wygraliście… (taki się teraz malutki autor zrobił – tyci tyci…) Ach! No już tacy są ci nasi kochani harcerze i co zrobisz, jak nic nie zrobisz 🙂 Trzeba ich kochać takich jacy są, więc kochamy 🙂 Jako, że z harcerstwa właśnie wywodzi się poniekąd nasz zespół, nie przeszkadzało nam specjalnie także, że poczęstowali nas śniadaniem na… korytarzu 😀
starachowice-sniadanie-2.jpgstarachowice sniadanie
poczuliśmy się trochę, jak w Big Brother’ze 😉
Przy okazji okazało się, że brać harcerska całkiem zaradnie eliminuje problem marnowania żywności
starachowice-ogloszenie.jpg

Po próbie i śniadanku mogliśmy posłuchać wykonawców konkursowych ze, szczerze mówiąc, bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Usłyszeliśmy nie tylko naszą „Wyspę” (co było bardzo przyjemnym wyróżnieniem), ale także inne, bardziej poważne, utwory z naszego nurtu, m.in. Brocken z repetuaru Naszych Przyjaciół z zespołu Na Bani. Na naszym koncercie harcerze znów skakali, tańczyli, klaskali ;P pięknie współtworzyli atmosferę i szybko minął ustalony czas występu, ale nie pozwolili nam tak szybko uciec, wywołując nas dwukrotnie na bis.
starachowice uklon
<zdj. Dariusz Sznajder>
Po wszystkim czekał na nas kolejny poczęstunek, lecz przez to, że graliśmy dłużej niż zakładaliśmy, trzeba było już wyjechać, aby każdy zdążył na swój pociąg do domu (no cóż, albo jedzenie albo muzyka ;P)
Na pożegnanie ze Starachowicami spotkaliśmy się z widokiem ciekawego muralu
starachowice garaze
kurcze takie trochę piękne, trochę straszne – jak słuchać gry basisty jednocześnie na niego patrząc ;D
Po drodze czekały nas jeszcze większe chwile grozy! Niestety nie działała klimatyzacja. Znaczy się działała, ale dziwnie – rozkręcona na maksa dawała dużo hałasu, ale mało chłodzenia, co w perspektywie nadchodzących upałów raczej nie nastawiało optymistycznie, tym bardziej, że samochód jest (był do tej pory) sprawny i nie przejawiał skłonności swojego poprzednika. Spokojnie, okazało się, że najwyraźniej, o dziwo, wystarczy filtr zamontować prawidłowo zamiast odwrotnie i już wszystko działa, jak powinno 😀

Dziękujemy Starachowice.
Ponarzekałem na brak możliwości zwiedzania to mam… Zamek w Reszlu 😀

reszel-caly-zamek-e1527670286125.jpg
Po prostu pięknie… Tym razem muzyka grała rolę drugoplanową, zauroczeni bowiem tym miejscem byliśmy nie tylko my, ale wszyscy, przybyli z pobliskich miejscowości, Słuchacze. Jesteśmy już po wstępnych rozmowach z szefującym tu Bartkiem i wszystko wskazuje na to, że nawiążemy jeszcze współpracę w przyszłości, planując trochę większą imprezę (co poniektórzy domyślą się o jakie wydarzenie chodzi… 😉 Ale co tu dużo gadać, zobacz(y)cie sami:
reszel okolice zamku
reszel dziedziniec

powitanie mieliśmy zacne

reszel armatareszel stryczek
<to jest scena?…>
<a nie! Tu jest :)>
reszel scena
reszel wieza
reszel biblioteczkareszel kominek
reszel widok na reszelreszel widok na dziedziniec
Nawet pokoje, w których spaliśmy, miały zachowany klimat średniowiecznych izb – wszystko w drewnie, na dole miejsce dla relaksu (ława, telewizor), a łóżka znajdowały się na piętrze, więc na spoczynek trzeba było iść po schodach 🙂 Zapierające dech w piersi widoki, mieliśmy do dyspozycji cały następny dzień, więc zaraz po śniadaniu skorzystaliśmy, tym razem na maksa, z możliwości zwiedzania tej maleńkiej, uroczej miejscowości oraz samego zamku 🙂

reszel sniadanko
<widoczne na ścianach rysunki to nie jakieś bohomazy najmłodszych konsumentów czy akt wandalizmu, tylko wpisy pamiątkowe gości, w których gronie znalazło się sporo znanych osobistości ( – ma ktoś mazak? 😉 >
reszel uliczkireszel studnia
reszel kosciolreszel saturator
<a tu ciekawostka – saturator do wody święconej – na wynos ;P>
zamkowe lochy skrywały nie lada atrakcje
reszel krzesloreszel krzeslo 2
<szkoda, że kustosz nie zgodził się pożyczyć „krzesełka” na scenę dla Mariusza ;P>
reszel iron maiden
<coś dla fanów zespołu Iron Maiden – urządzenie o nazwie „żelazna dziewica”>
reszel flet
[Flet hańby – „Instrument, zakończony obrożą, zakładano na szyję a palce unieruchamiano za pomocą specjalnych zacisków. Karano w ten sposób fałszujących muzyków <powinni mieć sześć sztuk…> oraz osoby źle zachowujące się w kościele.”] <Ciekawe czy jest też „bas hańby” „albo „perkusja hańby”… ;P>

reszel ostatnia czarownica
Rekwizyty tej wystawy, robią ogromne wrażenie, a pomysłowość (pomijając już uzasadnienie „wyroków”), jaką wykazywali się uwcześni kaci – przerażająca… Po tej lekcji historii przyszło nam się pożegnać z Reszlem. Dziękujemy Markowi za zaproszenie, a Bartkowi za gościnę po królewsku i do zobaczenia!
reszel wyjazd
<jak się okazało, po sąsiedzku znajduje się taka oto ciekawostka :)>
reszel jezioro juno
Jedziemy do Ełku.

Po drodze oczywiście obowiązkowo trzeba było zatankować
kawka
<przyzwyczailiśmy się już do pełnych nienawiści spojrzeń, gdy blokujemy ekspres do kawy na pół godziny, ale trudno – bez czarnego paliwa nie pojedziemy dalej ;P>

W Starym Spichlerzu graliśmy już bodajże dwukrotnie, znaliśmy więc specyfikę tego miejsca 😉
elk stary spichlerz
Zanim rozpoczęliśmy próbę, spotkaliśmy się z paniami Moniką Drobińską oraz Magdaleną Gardocką, aby nagrać krótki filmik dla fundacji Odpowiedzialni Za Marzenia cieszymy się, że w tak napiętym grafiku, przynajmniej tak krótką formą, mogliśmy wesprzeć działanie tej inicjatywy 🙂
elk pamiatkowe
Klimatyczne wnętrza spichlerza przywołują bardziej biesiadne niż poetyckie skojarzenia i w takiej atmosferze przebiegł też sam koncert 🙂
elk scena
Chmielne śpiewy rozbrzmiewały jeszcze długo po występie, a rozmowy ze Słuchaczami przeradzały się w opowieści zawierające niemal cały życiorys opowiadającego (czy słuchający tego chciał czy też nie ;P) Dziękujemy Ełk za mnóstwo kolorowych doznań 😉 Na dokładkę, następnego dnia czekała nas poranna zaprawa fizyczna, której w wojsku nie powstydziłby się oficer – służbista, stawiający sobie za punkt honoru wyrobienie krzepy u podwładnych żołnierzy <tak – z własnego doświadczenia autora>. Okazało się bowiem, że główne drzwi spichlerza są zamknięte i musieliśmy dźwigać cały sprzęt naokoło, przedzierając się przez część hotelową budynku i jego sieć korytarzy (i to z drugiego piętra). Baliśmy się, że dziewczyny wyrobiły sobie mięśnie tak bardzo, że na scenie zmiażdżą swoje delikatne instrumenty ;P Alternatywnie mogliśmy poczekać ok. 1,5 godz. na właściciela z kluczami, ale nie było na to czasu, gdyż śpieszymy się do Białegostoku. Postanowiliśmy już tradycyjnie zmienić klimat <autor marnie wysilił się na odniesienie do nazwy lokalu, która brzmi ZMIANA KLIMATU przyp. Alter Ego Autora ;D> i przy okazji dostrzec parę nowych aspektów tego miejsca. Od naszej ostatniej wizyty przebudowano nieco scenę oraz garderobę
bialystok zmiana klimatu
jak wiadomo, lokal ma bogate tradycje koncertowe oraz doświadczenie organizacyjne, zamontowano więc „malutki” zegar, aby dyskretnie przypominał artystom o punktualnym rozpoczęciu koncertu
bialystok zegar
oraz taką oto adnotację przed wejściem na scenę
bialystok pamietaj
Przesiadując w garderobie i patrząc na plakaty reprezentantów przeróżnych gatunków muzycznych (zwłaszcza dalece odbiegających od Krainy Łagodności), którzy także tu zagrali, nachodziły nas ciekawe refleksje:
– WOW! T.Love tu grali! Ciekawe czy Muniek siedział na tej kanapie?!
– WOW! Czesław Śpiewa! Ciekawe czy Mozil pił z tego kubka?!
– WOW! Behemoth! Ciekawe czy Nergal w tej toalecie…
OK DOŚĆ ! ! ! Zapraszamy Państwa dalej ;D
Jak tradycyjnie pokazała licznie zgromadzona Białostocka Publiczność, nie tylko na rockowe wydarzenia znajdzie się wielu chętnych przyjść do Zmiany Klimatu, dziękujemy za to 🙂 Przemiłym akcentem było wręczenie nam przepysznego tortu przez jedną ze Słuchaczek, a właściwie jego połowy, ale był naprawdę dobry, więc przynajmniej wiadomo gdzie się podziała reszta ;P Dziękujemy Białystok.

Po koncercie udaliśmy się do Łomży na nocleg. Tego dnia dostaliśmy zaproszenie od naszych Zlotowców na prywatną imprezę w Starym Bosewie, a jako, że nie wszyscy z zespołu mogliśmy sobie na to pozwolić, to reprezentacja w osobach Mariusza i Michała wyruszyła w imieniu reszty uczestniczyć w tym spotkaniu 🙂 Nie dość, że Zloty Ciszaków organizujemy aż 5 razy w roku to, jak się okazuje, niektórym jest mało i urządzają sobie takie minizloty sami 😀 Z opowieści naszych reprezentantów mogę jedynie skrócić, że było śpiewankowo, przyjacielsko i baśniowo (zapewne przez „element wiadomo jaki” ;P)
bialystok stare bosewo ogniskobialystok ekipa minizlotu 2bialystok ekipa minizlotu

No ale koniec tego dobrego i następnego dnia, trzeba było się wziąć ostro do roboty.
Najpierw trafiliśmy pod zły adres (wg gps’a tu był dom kultury ;P) już się cieszyliśmy, że tak blisko mamy ze sprzętem:
lomza zly adres
a tymczasem…
docelowy adres wyglądał mniej zachęcająco a właściwie nie tyle sama sala, co perspektywa wnoszenia gratów na drugie piętro po schodach pożarowych ;P
lomza schodylomza z gory
w środku było już o wiele przyjemniej i nie tylko ze względu chłodniejsze powietrze 🙂
lomza sprzetlomza proba (2)lomza mikser
<na zdj. widoczne stanowisko oświetleniowców – Jerzego i Łukasza – dziękujemy za świet(l)ną oprawę chłopaki!>
lomza proba
można było się zrelaksować w garderobie i trochę powygłupiać
lomza zabkilomza piano 2lomza ilona
 ….
UWAGA ! ! !

Wrażliwych Czytelników prosimy o przewinięcie dużo dalej, gdyż zdjęcie znajdujące się poniżej może być dla niektórych szokujące!
Otóż…

lomza mariol
;P

Na koncercie zjawili się uczestnicy wspomnianego minizlotu wręczając nam Złotą Płytę (!)
lomza zlota plyta
Rzekomo jest prawdziwa – czyt. można ją odtworzyć na gramofonie – nie będziemy sprawdzać, pozostanie w takiej pięknej postaci w ramce 🙂
Jesteście mega kochani, Kochani!
lomza ekipa

Dziękujemy za ten prezent, obecność i wsparcie :* Aż żal było się rozjeżdżać do domów po tak wzruszającym koncercie. Dziękujemy za zaproszenie panu Bernardowi i do zobaczenia Łomża!

Kolejny tydzień zaczynamy od wizyty w Domu Środowisk Twórczych w Kielcach (za udostępnienie sali dziękujemy panu Ryszardowi Pomorskiemu). Wnętrza Pałacyku Zielińskiego wyglądają bardzo artystycznie 🙂
kielcekielce 2kielce pieckielce scena
Niestety nagłe pogorszenie zdrowia wykluczyło z udziału w całej trasie Ilonę, więc razem z Wami, nagraliśmy jej krótki filmik z tego występu i wysłaliśmy wraz z tak wieloma życzeniami powrotu do zdrowia, że starczy jej na jakieś 20 lat do przodu 🙂 Korytarz DŚT stanowi swoistą aleję Gwiazd, trochę czasu zajęło obejrzenie zdjęć tych wszystkich występujących tu wcześniej Artystów 🙂
kielce hall of fame
Po koncercie udaliśmy się z grupą znaną ze Zlotów na wspólną kolację, jakże pełną śmiechu. Otóż już po drodze, na rynku okazało się, że w Kielcach można zagiąć czasoprzestrzeń ;Pkielce malpka
Dotarliśmy w końcu do lokalu, w którym mieliśmy rezerwację i, gdy już praktycznie kończyliśmy zamawiać, pani kelnerka krzyknęła coś w rodzaju „KUCHNIA MI WYSZŁA!!!” i pobiegła za dwoma mężczyznami którzy właśnie opuścili knajpę. Po chwili wróciła i oznajmiła nam, że to byli kucharze, którzy pod nieobecność szefa najwyraźniej skrócili sobie godziny pracy i, że już niestety nic dziś u nich nie zjemy 🙂 Uśmialiśmy się i ruszyliśmy dalej na poszukiwania. Jak się szczęśliwie okazało, trafiliśmy do bardzo fajnego lokalu, więc gdyby nie wcześniejsza sytuacja może nie byłby to tak udany posiłek 😀
kielce kolacja
Po tym przemiłym afterku udaliśmy się w końcu na nocleg, gdzie czekała nas kolejna przygoda, już spieszę z wyjaśnieniem:
Wiecie jak w Indiach polują na małpy? Czytałem, że wystarczy przywiązać  do drzewa kokos w wydrążoną dziurą, do środka którego wrzuca się kawałek banana. Dziura jest na tyle duża, by małpia łapka weszła bez problemu do środka, jednak na tyle mała, że już nie wyciągnie zaciśniętej pięści w której trzyma zdobycz. Podobno wbrew logice małpka nie oswobodzi się, bo to by oznaczało pozostawienie banana w środku. No cóż, w recepcji hotelu przygotowano wersję „na muzyków” ;P
kielce sloik
kielce magnolia
<hotel nosił nazwę „Magnolia” więc mieli ozdoby w postaci tej rośliny, taki mała sprawa a jaka pomysłowa, prawda? 🙂 >
Następnego dnia po oswobodzeniu MG-iego ze słoika ;P ruszyliśmy na Markowe Szczawiny. Droga wiodła przez chyba najdłuższą w Polsce wieś  – Zawoja – gdzie domostwa znajdują się po dwóch stronach jezdni a pasy dla pieszych usytuowano dosłownie aż co kilka kilometrów. Wyobraziliśmy sobie jak u rodziny, która nie mieszka w pobliżu takiego przejścia, mama wysyła dziecko do sąsiada naprzeciwko po szklankę cukru i mówi: „Tylko weź kanapki na drogę i szalik, bo jutro ma być chłodno” ;D
Stromy podjazd do schroniska jest oczywiście zbyt trudną przeszkodą dla zespołowego busa, a sprzęt trzeba jakoś na górę teleportować, w tym celu (tak jak w przeszłości) skorzystaliśmy ze schroniskowego transportu, lecz tym razem za więcej punktów Nie było bowiem plandeki, która zabezpieczyłaby nasze graty przed bezpowrotną wycieczką w przepaść :O markowe pakowanko
markowe wjazdmarkowe strumyk
<i te pełne nienawiści spojrzenia tych, którzy pieszo musieli się tu wdrapać – w stronę wjeżdżających samochodem „wygodnickich” nas>
markowe powitanie
no cóż, niestety w ofercie sklepu zabrakło plecaków o pojemności pozwalającej na spakowanie wszystkich gitar, kolumn, wzmacniaczy, miksera, statywów… ;P
markowe zewnatrzmarkowe publicznosc
Mimo iż zagraliśmy w osłabionym składzie (bez Ilony oraz Zyzego, który nie mógł uczestniczyć) koncert nie był słabszy, był po prostu inny 🙂 Musieliśmy siłą rzeczy dostosować wybór piosenek do możliwości wykonania w takim składzie oraz skorzystać z pomocy małej Weroniki, poznanej chwilę wcześniej dziewczynki, która zaczepiła Michała słowami „- chciałam Panu zaśpiewać piosenkę”. Wiktoria tak uroczo zaprezentowała utwór „Bo Tak Cię Kocham”, że postanowiliśmy dołączyć ten wykon do programu koncertu 🙂
Małą fotorelację przygotował dla nas Piotr Krzynowek – dziękujemy
markowe szczawiny 1markowe szczawiny 6Markowe szczawiny 2markowe szczawiny 5markowe-szczawiny-3.jpgMarkowe szczawiny 4
Dziękujemy Markowe Szczawiny.
Ostatni koncert kwietnia zagraliśmy w Ośrodku Kultury w Będzinie.
bedzin sala

bedzin-sprzet-gitarowy.jpg
Dołączył do nas Zyzy i podczas próby, mimo końcówki weekendu, mieliśmy jeszcze siły na wygłupy, np. zrobić zdjęcie – robieniu zdjęcia – robiącemu zdjęcie ;P

 

 


Długi, przed samym koncertem, raczył się wzmacniającym drinkiem wg własnej receptury 😉
bedzin mg drink

Najwyraźniej wziął sobie do serca hasło „pij mleko, będziesz wielki” ;P
Mimo przepięknej pogody, sala nie świeciła pustkami, a my mogliśmy zakończyć koncertowy miesiąc bardzo udanym występem. Dziękujemy Będzin.
No i cóż Drodzy Czytelnicy, tak jak na wstępie, patrząc na pogodę w tym roku, zima przeszła płynnie w lato, więc przynajmniej w sercach i głowach niech zapanuje wiosna – wesoło musi być! 😀
Dziękuję za uwagę i do przeczytania w następnym miesiącu!

Reklamy

Marzec 2018, czyli „a miało być tak pięknie…”

Witam! <chociaż nie, takie sformułowanie jest podobno niegrzeczne (przynajmniej tak ustaliliśmy ostatnio w rozmowie podczas podróży z koncertu na koncert), niby sugeruje traktowanie z wyższością rozmówcę; no chyba że „witam w moim domu” to wtedy jak najbardziej na miejscu i wydźwięk zawiera szacunek i przyjazne zamiary> No dobrze, taki wstępniaczek mi wyszedł trochę filozoficzny <raaaany… co Wy sobie pomyślicie, że jakie my tematy mamy do rozmów w trasie…> no, ale w końcu zamiast suchej relacji z tras koncertowych można poruszyć różne aspekty 😉 Żeby jakoś tu jednakowoż zawrzeć co zawarte być winno zacznijmy od pierwszej – i to nie byle jakiej – daty.
8go marca zagraliśmy w Bydgoszczy, poniekąd przeżywając małe deja vu, gdyż rok temu również świętowaliśmy Dzień Kobiet w Zatoce u naszych Przyjaciół Ani i Janusza.
W pierwszą podróż w tym miesiącu wybraliśmy się nowym Ciszobencem
stary vs nowy
naszego już wymęczonego „staruszka” musieliśmy wysłać na zasłużoną emeryturę 😉 Wszystko ze względów logistycznych – potrzebne były większe gabaryty, aby pomieścić coraz więcej gratów i osób ;P
jedziemy nowym autem
Sala, jak zwykle, przygotowana była perfekcyjnie przez niezawodną ekipę Zatoki
bydgoszcz
Tym razem, świętowanie przybrało niespodziewany obrót i okazało się, że za sprawą Przyjaciela Zespołu – Romana Lepperta – nie tylko piękniejsza część Ciszy mogła się poczuć wyjątkowo. Jako że w tym roku obchodzimy „okrągłą” – piętnastą – rocznicę na scenie, Roman postanowił (nie pierwszy raz zresztą) wpędzić nas w zakłopotanie i zorganizował nie tylko niespodziankę w postaci przepięknego, ogromnego tortu, ale również zupełnie niespodziewany mini koncert Leonarda Lutra z piosenkami będącymi interpretacjami wierszy Aleksandry Bacińskiej, do których i my postanowiliśmy onegdaj napisać ciszową muzykę. Dzięki temu, Słuchacze mogli doświadczyć, jak różnie artyści obrazują dźwiękiem te same słowa 🙂 My w czasie tegoż występu, zajęliśmy się częstowaniem wszystkich gości pysznym tortem (informacja potwierdzona w 100%, zniknął bowiem w mgnieniu oka):
bydgoszcz tort swiece
i w tym miejscu chcemy serdecznie podziękować Asi z ekipy Zatoki, która wzięła na swoje barki ciężar pokrojenia tego olbrzyma (mam nadzieję, że opuchlizna już zeszła i odzyskałaś czucie w ręce?) ;P

Na szczęście, od naszych Ukochanych Przyjaciół z Trójmiasta, dostaliśmy drugi tort, który cichaczem wciągnęliśmy w garderobie 😉

bydgoszcz tort

W Zatoce zawsze czujemy się wyjątkowo, nie tylko ze strony niezawodnych Przyjaciół, ale także i Słuchaczy, którzy zawsze chętnie włączają się do śpiewania, współtworząc z nami niezapomniane chwile 🙂 Dziękujemy Bydgoszcz.

Żal było opuszczać gościnę u Ani i Janusza, no ale kolejne miejsce czeka 🙂
W drodze do Strzelna dopisywały nam doskonałe humory, co zaakcentował, między innymi, mijany gdzieś po drodze, taki oto szyld 😀

yapa w drodze
„…Bo Fantazja Jest Od Tego…”
Bardzo przyjemny Dom Kultury, luźna atmosfera, wygłupy w garderobie, sympatyczni panowie Piotr i Arek z obsługi, zasłuchana Publiczność.
W takich krótkich słowach można streścić ten kameralny koncert 🙂
Właśnie w chwili pisania tego sprawozdania słucham słów Grabaża: „…Nie Warto, Nie Liczy Się…” i tak sobie pomyślałem w kontekście do właśnie naszych koncertów: jak to jest, że gramy na ogromnych scenach na przemian z kameralnymi salami na dosłownie 40 osób? Czy nie wolimy tylko tych większych? Często nas Słuchacze o to pytają i odpowiedź poznali na pewno ci, którzy mieli okazję nas widzieć i słyszeć w „skrajnych warunkach”. Mamy ogromną radość z takiego zróżnicowania, dzięki temu nie popadamy w rutynę, mamy ciągłą frajdę z grania i brakuje miejsca na nudę 🙂 Czasem także oznacza to również, że są trudniejsze koncerty, gdzie zdążymy na ostatnią chwilę, mamy problemy techniczne i prawie nikt nie przyszedł na występ, a następnego dnia wszystko pięknie przygotowane, idealna akustyka, pełna sala i przygotowani z godzinnym wyprzedzeniem chill’ujemy w pięknej garderobie. Każdy koncert warto zagrać! Dla każdego słuchacza, skoro poświęcił swój czas, warto zagrać! Mamy za sobą w przybliżeniu 900 koncertów i każdy z nich był maleńką cząstką, składającą się na to kim dziś jesteśmy. Przecież koncert to emocje, które przepływają w obydwie strony. Ciągle się uczymy na błędach, ciągle stajemy się lepsi, proces twórczy trwa. Podejmujemy decyzje i ponosimy ich konsekwencje.
No, przynudziłem trochę, wracamy więc do relacji 🙂

Po koncercie w Strzelnie, jeszcze tego samego dnia, jedziemy na Yapę do Łodzi!
To właśnie tu w 2007 roku docenili stającą w konkursowych szrankach młodziutką Ciszę zarówno członkowie Jury jak i yapowa Publiczność: zdobyliśmy Wielkiego Szlema, czyli Grand Prix, Nagrodę SKPB oraz najważniejszą – Nagrodę Publiczności, co dało nam ogromnego kopa do dalszej podróży ścieżkami Krainy Łagodności 🙂 Cieszyliśmy się więc na sentymentalny powrót, po dwuletniej przerwie na ten najważniejszy dla nas festiwal. Michał poinformował nas, że noclegi mamy w akademiku, który organizatorzy nazwali żartobliwie „hiltonem” 🙂 hehe nie przeszkadzało nam to, nawet wspominając poprzednie edycje festiwalu, gdzie także „spaliśmy” w akademikach, w których przez całą noc słychać głośną muzykę. Przeważnie dlatego, że i tak na Yapie „spanie” oznacza „całonocne przesiadywanie w Cottonie” 😀 Jakże ogromne było nasze zdziwienie, gdy na miejscu organizatorzy poinformowali nas z całą powagą, że noclegi mamy w hotelu Hilton, takim prawdziwym, a całe to zamieszanie z akademikami wynikało po prostu z tego, że nie spodziewaliśmy się gościny z takim rozmachem… No trudno – bierzemy ;P yapa hotel powitanieyapa sypialnia
Po zameldowaniu udaliśmy się jeszcze „na chwilę” do Cottona przywitać się tylko ze znajomymi, która to chwila, jak można się domyślić, „leciutko się przeciągnęła” 😉
yapa widok z kladki
Warunki noclegowe wykraczały skalą poza nasze postrzeganie, wszystko było „na bogato”,
yapa hilton korytarz
chociażby takie niespodzianki podczas śniadania jak miód prosto z plastra 🙂

yapa plaster
No ale to duży i poważny festiwal i z samego rana (czyt. po południu) czekała nas próba dźwięku, dawno bowiem minęły imprezowe czasy, gdy mogliśmy sobie pofolgować i bez jakiegokolwiek przygotowania wejść na scenę i z hasłem „jakoś to będzie” zagrać byle jak. W przerwie między występami, jak uzgodniliśmy z organizatorami, będziemy mieli czas, by zapewnić sobie warunki umożliwiające nam zaprezentowanie się godnie w koncercie wieczornym wymagającej Yapowej Publiczności.
yapa proba
W 99% przypadków, jak wiecie, całe nagłośnienie (wliczając kluczowe dla wykonawcy odsłuchy), oprawę i oświetlenie koncertów przygotowujemy sami, tu jednak ze względu na rozmach i napięty grafik festiwalu zaufaliśmy ekipie odpowiadającej za te najważniejsze aspekty techniczne Yapy i oddaliśmy wszystko w ich ręce. Zdążyliśmy wszystko przygotować i ze spokojem mogliśmy uczestniczyć w pozostałych koncertach, pozwiedzać zatokę sportu i w relaksujących warunkach doczekać naszego wyjścia na scenę 🙂 <jeśli chodzi o sytuacje ze zdjęcia, to oczywiście pełniliśmy rolę obserwatorów :P>yapa sciankayapa scianka 2yapa scena
W końcu nadeszła pora naszego występu i już przebierając nóżkami za kotarką odliczaliśmy sekundy do spotkania z Wami 😀
yapa przed wyjsciem na scene
Weszliśmy na scenę przykryci gradem oklasków a także papierowych samolotów – zwariowana yapowa Publiczność 😀 W doskonałych humorach podłączyliśmy instrumenty, konferansjer Bartek Zgorzelski zapowiedział: „przed Państwem – Cisza Jak Ta!” i … zapadła cisza…
Dosłownie ! ! !
Niestety ku naszemu przerażeniu i niedowierzaniu z przygotowanych odsłuchów nie dopływał do nas nawet procent dźwięku… Próbowaliśmy coś zaradzić, prosiliśmy obsługę techniczną, będącą na scenie o zareagowanie na tę sytuację, przecież wszystko było przygotowane kilka godzin temu. Próbowali i nic z tego… Przez kilka minut gapiliśmy się na siebie bezradnie prosząc, by akustyk odpowiedzialny za scenę przywrócił te ustawienia, które przecież wspólnie przygotowaliśmy, po to przecież wcześniej stawiliśmy się w umówionym miejscu o umówionej godzinie i razem pracowaliśmy, by wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Niestety przez dłużący się w nieskończoność czas, z coraz bardziej zniecierpliwioną Publicznością przed nami, udało się jedynie ledwo co „wrzucić” do odsłuchu przynajmniej swój instrument i wokal, by w jakikolwiek sposób uratować tę katastrofę. I to nie do końca, gdyż potrzebujemy także słyszeć siebie nawzajem, do tego każdy w innym stopniu potrzebuje inny instrument czy głos. Np. wiadomo, że Michał będzie potrzebował najgłośniej słyszeć swój głos oraz swoją gitarę, a mniej gitary Mariusza i na odwrót. Nie może być wszystko wszędzie, bo robi się chaos. Do zgromadzonej Publiczności dobiega dźwięk z zupełnie innymi proporcjami, więc nie słyszycie tego, co my na scenie. Dodatkowo frustrująca jest sytuacja, gdy nie słysząc swojego głosu, wokaliści nie mogą zweryfikować czy śpiewają czysto, czy trzeba troszkę niższy lub wyższy dźwięk z siebie wydobyć, by dopasować się do pozostałych – Wy słyszycie, że wokalista fałszuje… Basista nie słysząc perkusisty, stara się patrzeć mu na ręce i jakoś trafiać w odpowiednie miejsce – Wy słyszycie nierówno grający zespół… Dochodzi do tego uczucie niepewności, co Wy słyszycie, a czego nie. Nie da się wyobrazić co słyszy druga osoba, samemu słysząc coś innego (tak to działa: wyobraźmy sobie, że np. słuchając muzyki na słuchawkach, krzyczymy, mimo iż nie ma potrzeby przekrzyczeć tego, co tylko my słyszymy, prawda?). W konsekwencji, w odczuciu Publiczności, na scenie zespół prezentuje się słabo. Czyja to wina? Zespołu? My byliśmy na próbie, przygotowaliśmy wszystko jak trzeba, co się stało z ustawieniami? Jak można było dopuścić do takiej karygodnej sytuacji? Publiczność nie musi się znać na tej niełatwej sztuce przygotowania sceny i na tych wszystkich technicznych aspektach koncertu. Publiczność odbiera i ocenia końcowy efekt wspólnej pracy zarówno zespołu jak i (w tym przypadku) akustyków i oświetleniowców, przypisując najczęściej całe „zasługi” kompleksowo zespołowi. Publiczność nie musi się znać.
Drodzy Organizatorzy, niestety przy całej wspaniałości pięknego festiwalu, będącego dla nas bardzo ważnym elementem zespołowego życia, tego dnia poczuliśmy się zwyczajnie w świecie oszukani… Nie pierwszy raz zresztą, gdyż w poprzednich latach zdarzały się już takie potknięcia, tym razem jednak miarka się przebrała. Drogie hotele, catering, garderoby, oświetlenie, nagłośnienie, transmisje na cały świat, ogromny wysiłek tak wielu wolontariuszy i pracowników festiwalu, cały ten rozmach tego dnia został w naszym odczuciu zaprzepaszczony przez jeden kluczowy element. Czy naprawdę tak trudno było dopilnować, by zespół, od którego, zarówno Publiczność, jak i – nie ukrywajmy – Wy, oczekujecie profesjonalizmu i jakości, mógł oczekiwać profesjonalnej obsługi technicznej? To wszystko było przecież zrobione kilka godzin wcześniej i zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach… Tym bardziej boli, że sami zapewniając całe techniczne zaplecze na pozostałych ponad 120 koncertach w roku, odpowiedzialność za porażkę ponosimy w 100% my. Tego dnia zawierzyliśmy komuś z zewnątrz, mając na uwadze zapewnienia Organizatorów, że wszystko będzie profesjonalnie przygotowane… W naszym odczuciu jest to brak szacunku nie tylko dla nas, ale także dla Publiczności… Czy było warto? Odpowiem tak:
widząc i słysząc takich ludzi pod sceną
yapa ciszaki
warto było zacisnąć zęby i „jakoś” zagrać, złość chowając przed niczemu nie winnymi Słuchaczami. Powrócę do tego co pisałem wcześniej – zawsze warto zagrać. Dla takich właśnie ludzi jak wtedy, pod yapową sceną, zapatrzonych w nas i kochających nas mimo tego, iż w tamtym momencie chcieliśmy być gdzieś indziej… Tylko dzięki Wam, zostaliśmy na scenie, mimo tego jak zostaliśmy potraktowani. Dziękujemy bardzo za ten prezent, który dostaliśmy od Was po zejściu ze sceny
yapa-podziekowanie.jpg

Warto także uczyć się na błędach i wyciągać wnioski. Po koncercie zastanawialiśmy się czy inni Artyści, czy to zaproszeni czy konkursowi, mieli tak samo „godne” warunki zaprezentowania się na scenie. Może mieli lepiej/gorzej, może im to nie przeszkadza, może podzielają nasze zdanie, ale nie chcą się wychylać, by nie stracić przywileju grania na Yapie… Drodzy czytelnicy, wybaczcie mi, za te wszystkie gorzkie słowa, jednak ten blog powstaje właśnie po to, byście poznali jak jest na prawdę, co się kryje za kulisami naszego koncertowego życia i, jak widać, nie zawsze jest jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać i nie na wszystko można to oko przymknąć. Może właśnie dzięki temu przelaniu „na papier” odczuwanego żalu będzie można się oczyścić ze złych emocji. Wielka szkoda, że takimi właśnie emocjami mogliśmy się tamtego pamiętnego dnia pożegnać z Yapą… Ten wielowarstwowy, piękny i przepyszny „tort”, został na koniec ozdobiony skwaśniałą bitą śmietaną, wielka szkoda…

W niedzielę, wybraliśmy się do Chojnic, pełni nadziei, że tym koncertem jakoś ukoimy nadszarpnięte nerwy 🙂 Tym razem zarówno noszenie ciężkiego sprzętu dłuuuugim korytarzem i na 2 piętro, jak i mozolne podłączenie wszystkiego przebiegało w radosnym poczuciu, że mimo iż to nie jest najlżejsze zajęcie pod słońcem, to wszystko kontrolujemy my i jak coś będzie nie tak, to tylko z naszej winy 🙂
chojnice-korytarz.jpgchojnice scena 2
I wcale nie mamy wygórowanych wymagań co do warunków, np. w garderobie 🙂
chojnice prasujemy
chojnice stylistka Ilona
chojnice backstage
Koncert „na osłodę” okazał się bardzo przyjemnym zakończeniem weekendu i trochę jak pisałem wcześniej – może być i 40 osób, ale to zawsze są TE osoby, to dla Was gramy 🙂 Dziękujemy Chojnice.

Gdy przykre wspomnienia z poprzedniego weekendu odeszły już nieco w niepamięć, pora rozpocząć kolejną trasę. 15tego marca jedziemy więc do miejscowości Gołańcz. Od razu między nami, a pracownikami Ośrodka Kultury wytworzyła się wesoła atmosfera, którą dodatkowo swoją osobą podsycił Andrzej Połczyński – dyrektor. Dzieci mają ADHD, a Pan Andrzej, no cóż jest bardzo… energiczny 🙂 Bardzo pozytywna i rozgadana postać, gdy zapowiadał nas na scenie, każdego wymienił z imienia i nazwiska, a także dorzucił parę słów „od siebie” i tak oto dowiedzieliśmy się m.in., że Ilona jest zapaloną Psycholożką (nie widziałem jej w płomieniach, a Wy? ;D ), a Mariusz studiował farmację na Akademii Muzycznej 😀 Podczas występu, gościom została zaserwowana kawa, a przekornie jeszcze przed nim, z głośników leciała muzyka relaksacyjna (Skąd wiem, że taka? Ponieważ tę samą składankę puszczam mojemu psiakowi, jak się denerwuje ;P) Andrzej był prawdziwą Gwiazdą wieczoru, obsługiwał też oświetlenie i np. z braku tzw. stroboskopu, szybko wyłączał i włączał odpowiednie przyciski by stworzyć pożądany efekt – Można? Można! 😀
golancz
Sala okazała się doskonale wygłuszona i, gdy w którymś utworze następowała chwilowa pauza, na spowitej mrokiem widowni można było niemal usłyszeć bicie serca. Mimo, iż wśród Publiczności przeważała „już najbardziej dojrzała młodzież” koncert przebiegł na wesoło i nakręcił nas bardzo pozytywnie na całą trasę 😀 Przypisujemy tę zasługę w większości Panu Andrzejowi i, dziękując mu za zaproszenie, życzymy innym instytucjom kulturalnym takiego wyluzowanego Dyrektora 😀
Na noclegu Trufelek, zapewne stęskniony za stadem, nieustannie łaknął pieszczot
golancz darek trufel

w przeciwieństwie do Junka, który zdaje się miał inne potrzeby

golancz juno sie chowa
<„gasić mi tu światło i kończyć te pieszczotki!”> ;P
Dziękujemy Gołańcz.

Jedziemy do Ostródy. Środek marca, więc pogoda nie była wielce rozpieszczająca, ale za to można było zobaczyć np. pięknie zamarznięte jezioro 🙂
ostroda jezioro
Przed koncertem udaliśmy się na posiłek do baru mlecznego w stylu siermiężnego PRLu, a naszą uwagę przykuła jego niezwykła reklama
ostroda-barpolonez.jpg

Nasz nowy pojazd, chcąc – nie chcąc, szybko dostosowaliśmy (albo raczej sam się dostosował) do trybu podróży i już podczas drugiego wyjazdu zaliczył uszczerbek na samochodowym zdrowiu ;P
ostroda lusterko
<„sam się dostosował”- jasne, samo się zahaczyło o bramę wjazdową…> ;P
Na zaproszenie Artura Munje zagraliśmy kolejny raz w sali kameralnej amfiteatru. Cechami charakterystycznymi tegoż obiektu są po pierwsze – wysuwane ze ściany trybuny z siedzeniami, które kiedy są złożone, wyglądają jak… kacze dzioby (!?) ;P
ostroda trufel

oraz garderoba oddalona od sceny na tyle, że jeśli ktoś z nas w trakcie koncertu będzie miał potrzebę po coś się wrócić, to zdąży już tylko na bis 😀 Sam koncert, jak zwykle w Ostródzie, był bardzo przyjemny, różnica była tym razem taka, że zagraliśmy w poprzek sali, a nie jak do tej pory – na scenie. Tym razem to Publiczność patrzyła na nas z góry 😉 Po koncercie dostaliśmy niezwykły (chodzi oczywiście o opakowanie, a nie zawartość ;P) prezent od Ewy Maruszak – dziękujemy! (pyszny ;P) 🙂
ostroda prezentostroda prezent 2
Już na noclegu oddaliśmy się wieczornemu chill out’owi w wersji bardzo grzecznej:
ostroda nocleg
<nie przecierajcie ekranu – Zyzy naprawdę czyta Dziewczynom bajkę…> ;P
Poranek zaczął się bardzo przyjemnie, z racji, że była to agroturystyka, dostaliśmy prawdziwe wiejskie śniadanko, z jajecznicą „na bogato” w roli głównej. Jej przepis zawierał m.in. cebulkę, boczek, kiełbaskę, szczypiorek, vegetę… brakowało tylko smaku jajek… 😀 Dziękujemy Ostróda.

Jedziemy dalej, a naszym celem jest Dąbrowa Białostocka. Po drodze jednak nastąpiło coś, czego się nie spodziewaliśmy… W okolicach miejscowości Buniaki, zobaczyliśmy błąkającego się przy drodze, wielkiego psa (!), który zachowywał się tak, jakby chciał dosłownie wskoczyć do przejeżdżających z dużą prędkością samochodów… Wiedzieliśmy, że takiego spotkania zwyczajnie by nie przeżył, więc postanowiliśmy zawrócić i jakoś zareagować. Piesek był bardzo przestraszony, jednak podszedł do nas, wyglądał na zadbanego i bardzo łagodnego, podejrzewaliśmy więc, że może się oddalił zbyt od domu i zgubił.
ciszka
Nie mieliśmy za dużo czasu, spieszyliśmy się przecież na koncert, jednak nie mogliśmy go tak zostawić na pastwę losu, wzięliśmy więc, jak się okazało – suczkę, na pokład benca i pojechaliśmy do pobliskich domów popytać, czy ktoś ją zna, szuka, czy komuś nie uciekła. Po wielu bezowocnych próbach okraszonych rozmową w stylu:
„- dzień dobry, znaleźliśmy przestraszonego, zabłąkanego psa przy drodze, może pan zerknąć czy go poznaje? A może to pana piesek?
– paaaanie toć to nie mój, mój jest tam! Ni poznaje, ni wim czyj to…”
wyczerpały nam się pomysły. Tym bardziej, że wszystko wskazywało na to, że ktoś ją po prostu przy tej drodze porzucił ;( … Spróbowaliśmy jeszcze dodzwonić się do jakiegoś schroniska w okolicy lub do straży miejskiej, ale nikt nie odbierał (sobota) lub nr był nieaktualny. Ostatnią opcją jaka nam przyszła do głowy było podjechać do schroniska, którego adres znaleźliśmy na szybko w internecie, a które było w miarę w naszym zasięgu (już mieliśmy opóźnienie). Niestety okazało się, że pod tym adresem nie było schroniska, może było kiedyś. Nie było wyjścia, Ciszka (jak szybko ochrzciliśmy naszą sierotkę) musiała pojechać z nami. Po drodze rozmyślaliśmy, co mamy począć z nią dalej, nie mogliśmy jej zatrzymać. Wpadliśmy na pomysł, by umieścić apel na naszej stronie. Oddźwięk był natychmiastowy i chętnych do przygarnięcia Ciszki nie brakowało, co spowodowało, że mogliśmy odetchnąć i na razie zająć się nadchodzącym koncertem 🙂
Kino Lotos ma specyficzny klimat… od razu po wejściu zgodnie powiedzieliśmy na głos „ale tu pachnie starym kinem…” na co witający nas pracownik tego obiektu odpowiedział „każdy to mówi jak tu wchodzi” 😀 Wystrój wnętrza także przypominał poprzedni ustrój, pewnie dlatego, że od tamtej pory nie było tu remontu i wszystko zostało tak, jak zostało zbudowane – nam pasuje 🙂 Trochę obawialiśmy się, jak się zachowa podczas koncertu Ciszka, która została sama w garderobie (Juna z Trufelkiem, aby jej dodatkowo nie stresować, oddelegowaliśmy do samochodu i zostawiliśmy z włączonym ogrzewaniem i ulubioną muzyką :P) na szczęście była bardzo grzeczna. Po koncercie udaliśmy się na chyba najzimniejszy nocleg ever, który można było przeżyć jedynie korzystając z dodatkowego ogrzewania
dabrowa-nocleg.jpg
lub racząc się takim oto drinkiem 😉
dabrowa-drink.jpg
Dobranoc Dąbrowa.

Nazajutrz poczuliśmy ogromną ulgę, gdy zobaczyliśmy jaką metamorfozę przeszła Ciszka. Wieczorem jeszcze przestraszona, dziś już pełna życia hasała radośnie z Junkiem po lesie 😀
ciszka3ciszka2ciszka 10
mogliśmy więc spokojnie udać się w drogę do Bartoszyc. Jak się okazało, w międzyczasie udało się znaleźć naszej sierotce nowy dom, ba! I to nie jeden! 😀 Wielu z Was, drodzy Przyjaciele zespołu, zgłosiło chęć przygarnięcia Ciszki i nawet, mówiąc oczywiście z przymrużeniem oka, „zabrakło nam psów do oddania” 🙂 Niesamowite, że z tak ogromnym zaangażowaniem podjęliście działanie – nasz apel w ciągu kilku godzin, tylko na fb udostępniono 260 razy! Nie licząc już poczty „szeptanej”! Jesteśmy ogromnie wdzięczni za serducho jakie okazaliście by pomóc – BRAWO WY! Efektem tego, Ciszka znalazła nowy dom u Patrycji i Jarka Szlachcikowskich – Wam dziękujemy najbardziej ! ! ! Nie przyszło nam nic innego, jak na skrzydłach zagrać ten ostatni, niedzielny koncert i zanim rozdzielimy nasze czworonogi, dać im jeszcze trochę się sobą nacieszyć 😀
ciszka 8ciszka 7ciszka 6ciszka 1
Zazdrościmy zwierzaczkom ich energii bo naszą kondycję może zobrazować bardziej pozycja Mariusza ;P
bartoszyce mariol lezy
Wszystko dobrze się skończyło i po czwartym już w naszej historii koncercie dla wspaniałej Bartoszyckiej publiczności powróciliśmy do domów 🙂

Po zadomowieniu się Ciszki u nowej rodziny dostaliśmy zdjęcie z pozdrowieniami 😀
ciszka i patrycja

Ostatni weekend marca rozpoczęliśmy w Kotlinie. Po raz kolejny Justyna Zawieja zaprosiła nas, tym razem do świeżo wyremontowanego i wyposażonego w nowy sprzęt nagłośnieniowy, Domu Kultury 🙂 Okazało się nawet, że wysterowane nagłośnienie gra za mocno i nie da się ujarzmić najniższych basowych dźwięków :O obawiając się nieco o słuchaczy, zastosowaliśmy serwis po polsku i zwyczajnie wyłączyliśmy część głośników odpowiedzialnych za drżenie ścian 😀 Nie wiemy jak to robi Justyna, ale Publiczność w Kotlinie zawsze była dla nas życzliwa. Mieliśmy nawet podejrzenia, że to przez fakt, iż poprzednio koncerty Ciszy odbywały się pod nazwą „poezja na talerzu”, a oprócz występu byliśmy aktywnymi uczestnikami przygotowującymi przybyłym różne sałatki i inne smakołyki w ramach poczęstunku 🙂 Tym razem nie zastosowaliśmy takiej „łapówki”, a jednak licznie zgromadzeni Słuchacze w zasłuchaniu, a także zaśpiewaniu, aktywnie uczestniczyli 🙂
Jakoś tak się złożyło, że często noclegi dostarczają nam wrażeń równie pamiętnych i intensywnych, jak same koncerty i tu też nie było wyjątku. Np. podczas czynności higienicznych okazało się, że ręczniki są jakby zbyt wykrochmalone i były tak szorstkie i sztywne, że można było użyć ich bez wody, ścierając brud na sucho a na pytanie:
„gdzie mój ręcznik?” odpowiedzią było „tam stoi” 😀
Do tego łóżka były tak zapadnięte, że trzeba było pod nimi umieścić futerały od gitar, by nie dotykać plecami do podłogi 😀 Widok z okna też był ciekawy…
kotlin
bynajmniej nie na podwórko. Wesoło musi być! 😀

Jedziemy do Bukowna, które powitało nas po dwóch latach bardzo słonecznie i gorąco – w końcu już połowa marca, więc najwyższa pora 🙂 Taka pogoda sprzyja głupkowatym nastrojom, więc można było trochę się powygłupiać. Zaprosiliśmy więc (w roli supportu) liderkę popularnego w latach 80tych zespołu Banda i Wanda
bukowno wanda i banda
ciekawe czy spełni „Siedem Życzeń”? ;P
Męska część zespołu już się rozpędzała, by pozjeżdżać dla zabawy po poręczach, lecz (patrz na drobny szczegół na zdj.) okazało się, że mogłoby to być krótkie i bardzo przykre doświadczenie…
bukowno porecz 2

a Miniuś zadbała o odpowiednią oprawę podczas przygotowań sceny
bukowno mini gra
Dla tych, którzy nie wiedzą, nasza Ola poza graniem w Ciszy, pracuje również jako pani od rytmiki w przedszkolu. Niesamowite jak chwytliwe są piosenki dla najmłodszych, przyłapaliśmy się na tym, że chcąc – nie chcąc, po pojedynczym wykonaniu nam przez MiniOlę którejś, potem sami ją nucimy pod nosem. Najlepsza zabawa, gdy troszeczkę ją „po dorosłemu” przerobimy i np. takie niewinne: „…Cyk, Cyk, Cyk Na śniegu; Dzyn, Dzyn, Dzyn Na Sankach…” nabiera zupełnie innego znaczenia… ;P Dziękujemy gorąco Bukowno 🙂

Na zakończenie koncertowego marca wybraliśmy salę kina KLAPS w Grodkowie. Na pierwszy rzut oka, nie robiła ona jakiegoś spektakularnego wrażenia, dopóki nie klasnęło się w dłonie. Okazało się, że akustyka pomieszczenia jest niemal doskonała, co potwierdziło się po odbyciu próby. Nic dziwnego, że po szybkim przygotowaniu sprzętu, chętnych do „pogrania sobie” przed właściwym koncertem nie brakowało 🙂grodkow probagrodkow
Pan oświetleniowiec, który dużo jeździ po różnych imprezach w kraju i, z którym, jak się okazało, mieliśmy wspólnych znajomych choćby z festiwalu Giełda Piosenki w Szklarskiej Porębie, opowiedział nam jak to było budowane przed laty „na słuch”. Podobno właśnie klaskano w różnych miejscach sali i, na podstawie takiego „miernika”, według potrzeby wygłuszano salę. Nieistotne ile w tym prawdy, ważne, że efekt był powalający. Mogli się o tym przekonać nie tylko obecni na koncercie, ale także śledzący nasze strony na fb,  dzięki Pawłowi Lasocie oraz Rafałowi „Krecikowi” Cisowskiemu mieli oni bowiem transmisję na żywo – dzięki chłopaki! 🙂 Dziękujemy również Pawłowi za zaproszenie, a przybyłym na koncert w Grodkowie, za jakże wzruszające i energetyzujące zakończenie marcowej trasy 😀
Podczas powrotu do domów, na jednej ze stacji, wiosnę zwiastowały kwitnące petunie ;P
petunie1.jpg
Podsumowując ten miesiąc: tak to już jest Drodzy Czytelnicy w naszej nieustającej podróży, że złe chwile przeplatają się z tymi dobrymi, sytuacje dramatyczne z tymi pełnymi wiary w siłę ludzkiego serca. Czasem do tej beczki miodu wpadnie kropla dziegciu, lecz to dzięki Wam mamy siłę, by mimo kłód rzucanych pod nogi, nadal trwać. Sam czytając, co już napisałem, widzę, że nawet po najczarniejszej nocy zawsze wstaje dzień 🙂
Dziękujemy Wam za to ! ! !
Do przeczytania w kolejnym miesiącu 😀

Luty 2018, czyli wracamy SILNIEJSI!

„Jak ten czas szybko leci – pierwsza, druga, wpół do trzeciej…” – (BODO parafrazowania trzeba mieć dryg ;P). Witam serdecznie w nowym roku Drodzy Czytelnicy (i Słuchacze, bo to chyba łączy się w Waszym przypadku ;P). Po 2 miesięcznej przerwie wracamy do naszych koncertowo/wyjazdowo/lawetowych kronik z trasy. Tym razem jednak dłuższa przerwa w relacji wyjątkowo nie była spowodowana awaryjnością naszego zasłużonego Dziada Benca, tylko również zasłużonego Dzia… ekhem… ten tego, no… naszego Michała – wybacz Stary… (kurcze znów zły dobór słów ;P). Okazało się bowiem, że po Mariolu i autorze przyszedł czas, by stuningować nieco kolejnego „męskiego człon…” (nie no, to by źle zabrzmiało)  po prostu – Ciszaka 😉 Michał musiał już koniecznie poddać się długo odkładanej operacji kręgosłupa, która w dodatku się skomplikowała, w związku z czym musieliśmy opóźnić nieco start w koncertowym 2018 roku.
majki-szpital.jpg
Niniejszym na naszym pokładzie zabrakło już odpowiedniej ilości par rąk (i zdrowych kręgosłupów) do noszenia sprzętu, więc trzeba było zrewolucjonizować nasz dotychczasowy tryb wyjazdowy i ostatecznie postanowiliśmy poszukać długoterminowego rozwiązania. Pomocy zgodził się nam udzielić nasz ubiegłoroczny gość specjalny – Mariusz Grzesiek, który od teraz będzie nas wspomagał zarówno artystycznie, jak i w sprawach bardziej prozaicznych. W ciemno udał się z nami w niekończącą się trasę koncertową, nie wie jeszcze, w co się wpakował 😉 i już w ósemkę ruszyliśmy w czwartek 1 lutego zainaugurować ten rok do Wolsztyna. Początek roku, jak się okazało, oprócz zmian w składzie zespołu, przyniósł również w wizerunku niektórych i to nie do poznania 😉
zyzy was
Aby odświeżyć nieco po 2 miesiącach lenistwa nasz okręt flagowy, po drodze skorzystaliśmy jeszcze z myjni, skuszeni takim oto chwytliwym hasłem:
wolsztyn myjnia promo

Po dotarciu na miejsce, Michał dostał nakaz „nierozkładania” z nami sprzętu
wolsztyn lezy
trzeba było go zamknąć na siłę w garderobie co jak widać doprowadziło go do łez (pewnie wzruszenia, że wykazaliśmy tyle troski o niego) 😉 Niestety, wypracowane przez lata nawyki trzeba będzie zwalczać i konsekwentnie egzekwować zalecenia lekarzy.  Nam samym ciężko wyjść poza mechanizmy wyrobione przez kilkusetkrotne rozkładanie i składanie tych wszystkich zabawek – każdy wie co ma robić i zwłaszcza po koncercie sprzątanie sceny idzie nam wyjątkowo zgrabnie (no dobra, spieszymy się na kolacje, już niech będzie ;P). Pierwszy koncert, pomimo 2 miesięcznej przerwy, wyszedł bardzo fajnie – na luzie i bez większych pomyłek (albo tak nam się tylko wydawało). Wszystko zapewne za sprawą Wolsztyńskiej Publiczności, która zawsze, gdy tu wracamy, daje nam poczuć się niezwykle komfortowo. Dziękujemy dyrektorowi – Jarkowi Świrszczowi za zaproszenie.  Dziękujemy Wolsztyn.
Uśmiechnięci od ucha do ucha pomknęliśmy na noc do Poznania, by następnego dnia powrócić do Auli Szkoły Muzycznej, gdzie w grudniu zagraliśmy specjalny koncert z towarzyszeniem chóru dziecięcego.
poznan
Tego pamiętnego dnia drugiego lutego 2018r. Długi (tak nazywamy „nowego” Mariusza, bo na imię reagowali obydwaj), zaliczył pierwsze w historii swego grania w Ciszy spóźnienie, spowodowane… zatrzymaniem przez policję (żeby było śmieszniej zatrzymanie nastąpiło z powodu rozmowy telefonicznej podczas prowadzenia pojazdu – dzwonił, by poinformować nas, że już jedzie) 😀 Niniejszym potwierdził słuszność naszego wyboru, wpasowując się w nasze przygody i hasło „wesoło musi być” ;P
Gościnnie ponownie udzielił się Janek Czerneńko na drugiej gitarze elektrycznej. W grudniowym opisie wspominałem niejako żartem, że kiedyś będziemy zabierać chłopaków stale na koncerty i proszę – w połowie już wykrakałem 😉 Mimo iż zagraliśmy już bez gromadki uśmiechniętych dziewczynek ze wspomnianego chóru, Poznańska Publiczność przyjęła nas jak zwykle ciepło pokazując, że o nas nie zapomnieli.

poznan 1poznan3poznan 2
zdj. Michał Romanowicz

Nawet najmłodszy Słuchacz z uwagą i niezwykłą, wręcz niespotykaną jak na ten wiek, dyscypliną, uczestniczył w koncercie 🙂

poznan-malutki1.jpg
Dziękujemy Poznań.
W sobotę pora ruszyć do Nowych Skalmierzyc na XII Rajdo-Biwak ZHP Szlakiem Powstańców Wielkopolskich. Po dwóch dniach przygody z Ciszą, nasze szeregi niestety opuścił Długi… 😦 Może to przez rosnące oczekiwania Słuchaczy, którzy z marszu pokochali mocniejsze brzmienie Ciszy, może jakiś rockowy gigant złożył mu lepszą propozycję, a może po prostu musiał jechać na zjazd do Wrocławia, gdzie zaocznie studiuje ;P HA! Nie tak łatwo jest zakończyć wspólną drogę, gdy się już na niej znajdziesz (kto wchodzi na ring ten musi się liczyć z tym, że będą bęcki). Chwilowy brak naszego nowego kolegi oznaczał utrudnienia związane z noszeniem sprzętu, tu jednak swoją pomoc zaoferowali harcerze 🙂
nowe skalmierzyce 3nowe skalmierzyce 2
Na miejscu okazało się, że akustyk pracujący z ekipą nagłaśniającą tę imprezę obsługiwał również nasz koncert przed laty w pobliskim Kaliszu. Ciekawie było powspominać naszą ówczesną kondycję sceniczną, choć w tym temacie można dyskutować, czy ten postęp nazwać profesjonalną amatorką, czy amatorskim sileniem się na profesjonalizm ;P Jak to zwykle bywa przy takich imprezach, odznaczały się grupy zarówno słuchające, słuchające trochę, a bardziej skaczące i bawiące się oraz absolutnie wyłącznie skacząco – bawiące się 😀 Po występie również zostaliśmy wsparci przez pomocnych druhów
nowe skalmierzyce
<no ok na tym zdjęciu ich nie ma, ale to oni to wszystko przynieśli :)>
i mogliśmy udać się na odpoczynek do hotelu w Kaliszu. No właśnie, odpoczynek to słowo bardzo nad wyraz, zupełnie nie oddające istoty sprawy… Tym samym możemy przytoczyć bardzo znane w internetowym świecie memy pt. oczekiwania vs. rzeczywistość. Tak wyglądały pokoje hotelowe w ofercie:
hotel kalisz3
hotel-kalisz1.jpg
a tak widzieliśmy je na własne oczy my:

hotel3hotel2hotelhotel4
Czyli jak to śpiewał nasz kolega Bartek Kalinowski „Jeśli Zapakujesz Równo, Możesz Sprzedać Nawet G…”. Aby uciec troszkę od tej rzeczywistości postanowiliśmy wyjrzeć przez „okno do świata wymyślonego” (czyt. pooglądać telewizję),ale niestety odbiornik nie przejawiał chęci współpracy, więc Mariusz wyruszył w misję zapoznania się z problematyką niedziałającego telewizora do recepcji. Słowa pani recepcjonistki: „ja też byłam kiedyś w hotelu i też nie działał” oznaczały koniec nierównej walki o jakąkolwiek formę relaksu tego wieczora, więc „Dobranoc Państwu” 😀
Całe szczęście na zakończenie pierwszego weekendu wybraliśmy sprawdzony pub KEJA w Łodzi. Przybyliśmy na miejsce na tyle wcześnie, że postanowiliśmy jeszcze coś zjeść, więc udaliśmy się do sąsiadującej z Keją restauracji, skuszeni ofertą wykwintnej kuchni. Nieprzyzwyczajeni do takich „Ą, Ę” miejsc, nie wzięliśmy pod uwagę, że wystrój lokalu jest nieprzypadkowy i ma na celu umilić czas oczekiwania na zamówienie. No, a jak się chciało skosztować pierś z gęsi, czy udko z kaczki to i czas ten znacząco się wydłużył i, jak zwykle, przygotowanie koncertu musiało się odbyć „na wariata” 😀 Coś za coś, czyli jak chcemy mieć więcej czasu na przygotowania, znakiem tego trzeba zjeść fast food’a i najczęściej takie właśnie kryteria nami kierują przy wyborze opcji obiadu ;P Niniejszym mimowolnie zostaliśmy uczestnikami eksperymentu Agencji Żywieniowej pt. „wpływ śmieciowego jedzenia na odbiór poezji śpiewanej” ;D <Darek! Miałeś już nie zmyślać na tym blogu! To miała być poważna lektura! – Miała?!… ;P>
Zeszłoroczne koncerty w gościnie u Krzyśka Zendeła, odznaczały się 120% frekwencją. Tak było i tym razem 🙂 Wiedzieliśmy czego się spodziewać po wspaniałej Łódzkiej Publiczności i po raz kolejny nie zawiedliśmy się ani trochę. Ten koncert potraktowaliśmy troszkę jak „rozgrzewkowy” przed Yapą oraz Zlotem, wśród gości znaleźli się bowiem, rozśpiewujący swe gardła, uczestnicy obydwu tych przyszłych wydarzeń 🙂 Jak się okazało, chyba z tęsknoty za spotkaniami z Wami, dobrze nam minął ten pierwszy weekend. Dziękujemy Łódź.
14 lutego zawitaliśmy do Domu Harcerza w Gdańsku. Część mieszkalna tego miejsca została niedawno wyremontowana, jednak kondycja sali koncertowej pozostała, delikatnie mówiąc, „tradycyjna”, więc obawialiśmy się troszkę o te zabytkowe mury, przez pryzmat naszego nowego gitarzysty oraz jego głośnego instrumentu. Z powodów bezpieczeństwa zdecydowaliśmy się wypuszczać naszego Diaboła tylko na dwa numery i patrząc na pokłady energii, jakie Długi uwalnia podczas krótkiego wejścia, jest szansa, że Słuchacze nie zdążą przejść w pogo, inaczej musielibyśmy jeszcze każdorazowo zatrudniać ochroniarzy i stawiać barierki ;P Po koncercie Hendrix (alternatywna ksywka Nowego) zaczął odczuwać, co to znaczy Wasze zainteresowanie oraz wysłuchiwać, jak to „kiedyś też miałem długie włosy i jeździłem na festiwal do Jarocina, ale trzeba było się ustatkować – praca, żona, dzieci” ;P No cóż, życie Artysty nie do końca przypomina „standardowy scenariusz” i daje poczuć się trochę jak Piotruś Pan, pozwalając na szczęście zachować w duszy odrobinę pierwiastka dziecięcego 🙂 Po koncercie, tradycyjnie już, reprezentacja zespołu udała się zaliczyć chociaż chwilowy „clubbing” po rynku i lulu 🙂
gdansk pub.jpg
Nazajutrz niestety czekała nas niemiła niespodzianka :0 Okazało się bowiem, że źle dopasowaliśmy logistykę wyjazdu do godzin otwarcia naszej ulubionej knajpki i musieliśmy poszukać innej opcji śniadania. Zdecydowaliśmy się na zakup potrzebnych produktów w sklepie, jednak polityka firmy od razu przekreśliła naszą niedoszłą współpracę
gdansk prosba
nie mogąc sprostać wymaganiom, czym prędzej wyjechaliśmy ;P Dziękujemy Gdańsk.
Nie opuściliśmy jednak Trójmiasta, gdyż czekał nas koncert w Pucku, który za sprawą Gosi i Roberta Mukowskich, niniejszym do tejże aglomeracji zaliczamy, trzeba przecież jakoś usprawiedliwić ich obecność na każdym koncercie w Gdańsku (jak dzień wcześniej) czy w Gdyni ;P Po roku wróciliśmy do sali ratusza miejskiego, by tym razem zagrać walentynkowo, choć ozdoby świąteczne jeszcze nie do końca z sali zniknęły (poprzednim razem na scenie stała choinka ;P) puck
Nasi Przyjaciele włożyli ogromny wysiłek, by organizacja koncertu wypadła „perfect”, począwszy od dekoracji, wyposażenia, przywitania Gości itd. aż po wspaniałą, wspólną z Przyjaciółmi, kolację oraz nocleg (już nie wspólny) w Harcerskim Ośrodku Morskim.
puck 2
Niemałym zaskoczeniem był dla nas fakt, że w miejscu, gdzie rok wcześniej parkowaliśmy nasz samochód, obok starego budynku zdążyli wybudować nowoczesny hotel (tzn. nie Gosia z Robertem, tylko właściciele HOM’u… chociaż kto ich tam wie… wsparcie na jakie zawsze możemy z ich strony jest tak ogromne, że nie zdziwilibyśmy się, gdyby specjalnie na ten jeden koncert zbudowali hotel ;P). Nazajutrz, gdy wszyscy jeszcze spali, Długi „poszedł w długą” porobić trochę zdjęć na bloga (ma chłopak energię, by się zrywać w taką pogodę, brawka się należą)
puck parkingpuck jahtypuck spacerpuck lew
Jakby wszystkich doznań było mało, na drogę otrzymaliśmy tradycyjnie coś słodkiego (kurcze, „coś słodkiego” to mały batonik, albo czekoladka a oni nam wręczyli przepyszny tort! :D)
puck tort
Gosi i Robertowi już nie wiemy jakimi słowami możemy podziękować, by było to adekwatne do ich wkładu w ten (ale nie tylko ten) koncert. Kochani, jesteście NIESAMOWICI ! ! ! Dziękujemy Puck. Jedziemy do Działdowa (po raz drugi w historii). Pierwszą naszą wizytę w tej miejscowości w 2012 r. zapamiętaliśmy dokładnie, ponieważ koncert odbywał się w plenerze i lało, jak z cebra, a jednak zebrani pod sceną harcerze wytrwali do końca 🙂 Tym razem, jeszcze w drodze, towarzyszył nam śnieg.dzialdowo sarnydzialdowo droga

dzialdowo
Koncert przebiegł pod hasłem „walentynki”, więc siłą rzeczy zaprezentowaliśmy w większości utwory o tematyce miłosnej – spokojne, balladowe klimaty. No, ale jak się ma na pokładzie Diaboła z takimi pokładami energii, to chcąc – nie chcąc Słuchacze musieli wytrzymać też i głośniejsze numery ;P
dzialdowo diabol
Niech Was jednak nie zwiedzie aparycja „Emdżiego”, czyli z ang. MG – Mariusz Grzesiek (nie możemy się zdecydować na jedną ksywkę dla niego, więc na razie proszę zapamiętać wszystkie ;P) jest to osobnik  o niezwykle łagodnym usposobieniu, co widać choćby na tym zdjęciu (chodzi o tego z prawej)
dzialdowo powrot kot
Przy okazji przybliżmy nieco osobę Wspomnianego 🙂 Musicie wiedzieć, że posiada on wiele talentów (udziela się na gitarze elektrycznej, basowej oraz wokalnie jeszcze w innych projektach muzycznych, pracuje jako przewodnik muzealny w Spichlerzu Polskiego Rocka w Jarocinie). Jest posiadaczem Wielkiego serducha – prowadzi m.in. Warsztaty Terapii Zajęciowej dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, z którymi również gra w zespole POGO-DNI oraz udziela się w różnych inicjatywach społecznych na rzecz potrzebujących, a także obowiązkowo zasila szeregi wolontariuszy WOŚP. Do tego studiuje jeszcze Pedagogikę Specjalną we Wrocławiu, od dwóch lat uprawia slackline (koniecznie sprawdźcie sobie w necie co to za szalona dyscyplina) oraz jest Największym Przyjacielem dla swojego husky’ ego, którego nazywa Wilkiem lub Gudowskim <hehe dla Mariusza też nie możemy się zdecydować na jeden przydomek> (swoją drogą kolejny psiarz na pokładzie ;P). Przy takim natłoku zajęć, znalazł jeszcze czas, by przemierzać razem z nami ścieżki Krainy Łagodności, z czego się bardzo cieszymy i głęboko wierzymy, że Wy również będziecie 🙂 Resztę ciekawej osobowości Mariusza poznacie już w trójwymiarze 😀 – wróćmy do traski.
Jedziemy do Grodziska Wlkp., by na zaproszenie pana Waldemara Łyczykowskiego zagrać w CK Rondo. Zanim zaczęliśmy się bawić w muzykę, staliśmy się świadkami zdobycia złotego medalu przez Kamila Stocha w Pingpong Pjongczang
grodzisk skoki
Miło, że ekipa Centrum Kultury zadbała o wizję na dużym ekranie 🙂 No, ale jak zobaczyliśmy za chwilę, zadbali o dużo więcej, w garderobie czekał na nas niesamowity ze względu na trud włożony w jego przygotowanie, poczęstunek:
grodzisk kanapki
aż szkoda było po prostu je zjeść 🙂 Takie podejście do zaproszonych Artystów bardzo sobie chwalimy i nie chodzi tu jedynie o te przepyszne kanapeczki, ale ogólne podejście do współpracy oraz serdeczność, z jaką się spotkaliśmy. Junek z Truflem pozazdrościli trochę Człekokształtnym tych pyszności i postanowili prześcigać się w wykonywaniu przeróżnych psich sztuczek w celu otrzymania „smaczka” w  nagrodę 🙂 Również ze strony Publiczności mogliśmy liczyć na serdeczność, mimo iż zagraliśmy tu po raz pierwszy. Pan Dyrektor przygotował nawet mały poczęstunek dla gości, a że od dawna wiadomo, iż kawa działa średnio ośmielająco, więc na stolikach pojawiły się także, symbolicznie, lampki z winem 😀 A propos napitków, to Grodzisk do tej pory kojarzył nam się z pamiętną wodą mineralną „Grodziska”, która to za czasów naszego dzieciństwa była odpowiednikiem współczesnego „bigłyka” 😀 a 1,5 litrowe butelki były UWAGA! – zwrotne 🙂 Występowała w dwóch smakach: czysta i pomarańczowa – pewnie w latach 80 była to jedyna możliwa do uzyskania syntetycznej formy substancja smakowa
– jaki jest Twój smak dzieciństwa?
– Nie wiesz?! Syntetyczny pomarańczowy z posmakiem plastiku i nutką asfaltu
😉 Taka malutka sentymentalna podróż (czyt. ależ my jesteśmy już starzy…) ;P Dziękujemy Grodzisk.
Na deser zostawiliśmy sobie Warszawę i obowiązkowo już Redutę Banku Polskiego. My znamy ten obiekt doskonale, nasz nowy wiosłowy natomiast musiał najpierw wchłonąć odrobinę klimatu tego miejsca, po rozstawieniu sprzętu, wybrał się więc na przyśpieszone zwiedzanie 🙂
wawa mury
Mieliśmy jeszcze okazję pomóc pewnej pani w odpaleniu jej auta, w końcu nasz benc mógł się zrehabilitować po tak wielu sytuacjach, gdy sam wymagał pomocy i oddał „iskierkę samochodowego życia” 🙂
wawa auto pomoc

wawa scena
Dostaliśmy też słodki upominek od Anity i Elwiry, przepyszny serniczek, który nawet zabraliśmy ze sobą do domów, oraz „obowiązkowo” już od Jędrzeja Molczyka, tym razem nie chlebek, a ciasto 🙂 Niebywały talent fotograficzny Elwiry Sztorc, mieliście już okazję podziwiać na łamach tego bloga, okazuje się, że dane nam było poznać jeszcze jej kulinarne zdolności. Ciekawa refleksja, być może dziewczyny przeczytały właśnie na blogu o tym, że Jędrzej zawsze nam coś pysznego przygotowuje przy okazji wizyty w stolicy i postanowiły pójść w jego ślady… Dobrze więc, będę pisał o tych słodkich podarkach, będę pisał… ;P
wawa garderoba
Zespołowa „starszyzna” poznała się już na wrażliwości oraz serdeczności warszawskich Słuchaczy, Długi natomiast doznał lekkiego szoku i przy okazji nabawił poważnej kontuzji nadgarstka od ilości podpisanych płyt <haha! Przyzwyczajaj się Młody ;P>
wawa autografy dlugi

Dziękujemy serdecznie Sławkowi Sobotce z rodziną i całej ekipie Reduty za, jak zwykle, profesjonalną „robotę”. Dziękujemy Warszawa
Ostatni weekend postanowiliśmy spędzić w naszych ukochanych Bieszczadach jednak zanim pojedziemy na Zlot, po drodze odwiedzimy GOK w Sochaczewie. Ze względu na logistykę wyjazdu, potrzebowaliśmy wypożyczyć większe, bardziej niezawodne auto, wybraliśmy więc takie, którego hasło znajdujące się na karoserii zapewniało nas o słuszności podjętej decyzji 😀
zlot nie martw sie
Na pokładzie większego pojazdu rozpoczęła się integracja (nie mylić z „tradycyjnym” znaczeniem tego pojęcia – nie piliśmy akoholu ;P)
sochaczew trio
a także poza pojazdem ;P
sochaczew wc
tylko Junek nie był zadowolony, gdyż z racji ułożenia siedzeń musiał pozostać w „pierwszej klasie” odseparowany wraz z kierowcą od reszty stada
sochaczew junek
Nowy pojazd = nowy rozkład gratów, więc zarówno spakowanie tego tetrisa jak i wyjęcie wszystkiego z powrotem było nie lada zagwozdką <specjalnie zrobiliśmy zdjęcie, by po koncercie móc wszystko dobrze spakować>
sochaczew autosochaczew sprzetsochaczew sprzet jak

<jak się za to zabrać?!?!…>

sochaczew scenasochaczew widownia

Koncert z okazji 80lecia Hufca Sochaczew przebiegł, jak to zwykle bywa u harcerzy, bardzo żywiołowo (czyt. nie do końca Słuchacze siedzieli tylko grzecznie na miejscach ;P)
z wyjątkiem utworów <Michał by mnie poprawił, że PIOSENEK, no ale bloga prowadzi basista, więc… ;P>, po zapowiedzi których na sali rozbrzmiało głośne OOOooo… (czyli najbardziej znane harcerzom: Bo Tak Cię Kocham i W Naszym Niebie). Ciekawostką jest fakt, że wśród takiej rozbieganej, wydawać by się mogło – chaotycznej grupy słuchaczy, znajdzie się czasem, np. para zakochanych, których uczucie rozpaliło się przy naszej piosence <no niech już będzie wyjątek>, a którzy potem w dorosłym życiu powiedzieli sobie TAK . Kilkukrotnie otrzymaliśmy podziękowania od takich osób, co wzmocniło w nas świadomość, ze dla kogoś te kilka dźwięków może być ważną cząstką życia i warto to robić 😀
Dziękujemy Sochaczew. O poranku, po nocy spędzonej z towarzyszeniem dźwięków rozpędzonej (i to nie jednej) lokomotywy, zwlekliśmy się jakoś, gdyż pora ruszać na kolejny Zimowy Zlot Ciszaków.

sochaczew pociag
Dalej już powinno być lepiej, Juno prowadź! 😉
zlot uno nawiguje
Powróciliśmy do Zlotowych korzeni – tam gdzie się wszystko zaczęło, czyli do Zajazdu pod Caryńską w Ustrzykach Górnych. Powiem szczerze, że nie mam pojęcia jak w kilkunastu zdaniach mógłbym streścić relację z takiego wydarzenia, możecie mnie obrzucić kamieniami – nie potrafię 🙂 Patrząc po Waszych reakcjach i komentarzach pod twarzoksiążkowym wydarzeniu każdemu to sprawiło trudność. Tym razem impreza nabrała już takiego rozpędu, że niektórzy z Was przyjechali w Biesy na kilka dni przed Zlotem, urządzając nie jeden a kilka „biforków”. Niesamowite, że wychodzicie sami z inicjatywą i współtworzycie w przeróżnych aspektach to spotkanie. Nie próbowaliśmy nawet nikogo namawiać na pomoc w ozdobieniu sali – nie zdążyliśmy 🙂 Podziękowania za przewodnictwo w tej kwestii składam na ręce Moniki Sikorskiej, jednocześnie zaznaczając, iż zdaję sobie sprawę, że to robota wielu z Was (zbyt wielu, by każdego wymienić) i każdemu się takie podziękowania należą 🙂 Tym razem nasze zaproszenie przyjęli Artyści dobrze nam i Wam znani, czyli Lubelska Federacja Bardów, oraz troszkę (na razie) mniej znany Paweł Aldaron Czekalski wraz z Jarkiem „Jareckim” Poniatowskim. Panowie z Federacji oprócz wspólnego występu zaprezentowali swoje solowe programy artystyczne, które okazały się mocno różnorodne, jednak wciąż  firmowane doskonałym kunsztem artystycznym – przeplatanie się treści ważnych, naznaczonych ogromnym doświadczeniem scenicznym, ale przede wszystkim życiowym, z opowieściami bardziej na luzie, z przymrużeniem oka. Można więc było popaść w głęboką refleksję, jak i za chwilę pośpiewać radośnie z Wykonawcą. Perfekcja w każdym calu, a do tego, jak się okazało, Panowie są bardzo otwarci i chętnie uczestniczyli w śpiewankach pokoncertowych. Aldaron towarzyszył nam już od dawna w trasach, w formie audiofonicznej 🙂 byliśmy zachwyceni jego niezwykle trafnym spojrzeniem na rzeczywistość zawartym w piosenkach utworach, charakteryzujących się największym zagęszczeniem teksu na „takt kwadratowy” 🙂 i byliśmy ciekawi, jak podoła tyle treści zapamiętać i wykonać na żywo 🙂 Paweł pokazał jednak, że bez problemu opanował sztukę prowadzenia koncertów 🙂 Dość powiedzieć, że takiego pokoncertowego zainteresowania swoją twórczością (jak sam nam później powiedział) do tej pory w kilkunastoletniej karierze jeszcze nie przeżył. Sami uznaliśmy, że zasługuje na jeszcze więcej uwagi i, jako pierwszy Artysta w zlotowej historii, zaprezentuje się Wam ponownie na wiosnę 😀 Oprócz samych występów, spędziliśmy wspólnie mnóstwo godzin przy gitarze, kominku, elemencie baśniowym czy rozmowach, a najczęściej łącząc te wszystkie formy współbytowania 🙂 <no i miało być w skrócie, ale się nie udało…> Warta odnotowania była również wyprawa zimowa na szlak, grupka kilkudziesięciu najtwardszych zawodników pod przewodnictwem Magdy i Gibona zdobyła Tarczycę, Tarninę TARNICĘ! 😀 Szacun przeogromny!
Sam nasz koncert, co tu dużo pisać, morze wzruszenia. Praktycznie ciężko nazwać to naszym występem, kiedy tak aktywnie w nim uczestniczycie (niektórzy bardzo dosłownie, jak Paweł Lasota na krześle niebieskim, czy Bart „Znowu Ty?!” Kucharski z niebieskim oknem ;P)
zlot wioslazlot widowniazlot spiew 2zlot proba federacjizlot paznokciezlot pawel na krzeslezlot aldaronzlot afterekzlot spiewanki plecyzlot1

Wszystko, co dobre, jednak szybko się kończy i trzeba wracać :/ Wyjeżdżaliśmy ostatni (poza kilkoma osobami, które nie musiały jeszcze wracać do rzeczywistości), więc po pożegnaniu wszystkich Gości oraz Zyzego, który znalazł sobie podwózkę do Krakowa, wsiedliśmy do naszego Tymczasowobęca a ten… podtrzymał tradycję <pisałem coś o bardziej niezawodnym aucie?> :/ Niestety okazało się jednak, że hakuna nie matata i nie opuścimy tak prędko Ustrzyk – zepsuł się tylny most (w aucie), co wyklucza go na chwilę obecną z ruchu drogowego metodą tradycyjną.
zlot czekamy
Na domiar złego, jeśli cała sytuacja powstałaby odpowiednio wcześniej, jesteśmy przekonani, że każdy z nas znalazłby podwózkę do domu, w końcu Zlotowicze rozjechali się praktycznie po całym kraju i na pewno nie odmówiliby pomocy. Po milionie rozmów telefonicznych, przeprowadzonych między pracownikiem wypożyczalni, serwisem i laweciarzem a Michałem okazało się, że „trochę” poczekamy na transport, gdyż właściciel wypożyczalni wykupił ubezpieczenie, które nie gwarantuje podstawienia auta zastępczego na ilość pasażerów tak liczną, jaka podróżowała autem wypożyczonym (bo było tańsze). To w konsekwencji oznaczało, że (po licznych bojach i kłótniach) przyjechał po nas bus na 5 osób + kierowca oraz laweta (i z tego i tak „niech się Państwo cieszą, że aż tyle”).
zlot linkazlot hol
zlot laweta
Z racji ograniczeń (nie tylko samochodu…) laweta z Michałem oraz Junkiem na pokładzie, ruszyła w długą i powolną podróż, a reszta składu, ściśnięci niczym sardynki w drugim pojeździe 😉
zlot powrot
Pan Kamil, okazał się sympatycznym kierowcą, gdy zaszła potrzeba doładowania komórek (w końcu czekała nas prawie 10 godzinna podróż), a w aucie nie było potrzebnego urządzenia, natychmiast kupił takie na stacji „Ach! I tak miałem kiedyś sobie kupić, to się przyda” 🙂 Pozdrawiamy serdecznie. Również pozdrawiamy Sebastiana Pawełkowicza, który w środku nocy wybrał się z Warszawy gdzieś w Polskę, by zabrać zespołowe dziewczyny do Sochaczewa, skąd miały już Ilony samochodem wrócić do domów. Dzięki ogromne! 🙂 Nie pozdrawiamy za to nieodpowiedzialnego właściciela wypożyczalni, który zafundował nam takie atrakcje 😦 Równowaga musi być, skoro cały Zlot był wspaniałym przeżyciem, to na koniec musiało coś klapnąć ;P Koniec końców zakończenie lutego wyszło fenomenalnie – ekipa Zajazdu pod wodzą Sebastiana i Jacka Skórka, po raz kolejny udowodniła, że wybór miejsca był strzałem w 10. Wasze całe „jestestwo” na zawsze pozostanie w naszej pamięci, a świadomość, że ludzie pozornie nieznajomi stają się nam podczas takich spotkań bliskimi – bezcenna. Po raz kolejny dziękujemy Wam, Drodzy Ciszacy, za to, że dzięki Wam wiemy, że warto…
zlot juno
Do zobaczenia w marcu!

 

 

Grudzień, czyli „Nasza Ostatnia Prosta”

„Jak to?! Przecież kalendarzowa zima dopiero za trzy tygodnie?!”
Tak Drodzy Czytelnicy, taki widok nas zastał w Kałuszynie. Tym samym pogoda pomogła mi dopasować ostatni dzień listopada bardziej do wpisu grudniowego ;P

kaluszyn biblioteka
Ostatni miesiąc podróżowania z dźwiękami przez Polskę zaczęliśmy od maleńkiej biblioteki, w maleńkiej miejscowości w województwie mazowieckim. Godny pochwały jest fakt, że pomieszczenie do czytania można przeznaczyć również do takich wydarzeń kulturalnych, jak koncerty – wystarczy odrobina chęci 🙂

kaluszyn widownia
dzięki temu przebywając w garderobie, tak jak książkowy bohater Tytus de zoo, sami mogliśmy się troszkę „uczłowieczyć”, sięgając po wybraną lekturę 🙂 (a także po ciasta, które przygotowały dla nas panie z biblioteki, a które były tak pyszne, że zabraliśmy jeszcze na drogę :D)
kaluszyn garderobakaluszyn scena
Zanim w ten śnieżny wieczór zaprosiliśmy Słuchaczy do Krainy Łagodności, piętro niżej odbyło się jeszcze inne spotkanie kulturalno-oświatowe, z tego względu próbę musieliśmy przeprowadzić „szeptaną” i po ciemku 😉
kałuszyn scena 2
Ważne, że na ok. 3000 mieszkańców Kałuszyna, gdy tylko coś się dzieje, chętnych nie brakuje i sala wypełniła się po brzegi, goszcząc w swych ścianach także przyjezdnych gości. Dzięki Waszemu wspaniałemu przyjęciu, nie straszna nam była podróż, jaka jeszcze tego wieczoru nas czekała. Dziękujemy Kałuszyn, a my lecimy do…
Bydgoszczy! Jakby nie sprawdzać trasy, nasz pokładowy GPS bezlitośnie pokazywał jeszcze 4 godziny drogi… Wszystko to, by wstać wypoczętym już na miejscu następnego koncertu, w zaprzyjaźnionej bydgoskiej Zatoce czujemy się przecież, jak w domu 🙂 Nazajutrz, jako że po przepysznym śniadanku mieliśmy cały dzień tzw. luzu,
Bydgoszcz jesien
<po części spożytkowanego na spacer w jeszcze jesiennej aurze :)>
postanowiliśmy zmierzyć się z tematem od dawna przez nas planowanego przejścia na próby wirtualne. Aby nie przynudzać Wam tu technicznym, branżowym bełkotem żargonem – rozjaśnię nieco. W skrócie chodzi o to, by Mariusz mógł ustawić brzmienie zespołu bez naszego udziału, mając do dyspozycji nagraną już próbę, której dowolny fragment będzie mógł sobie odtworzyć w zależności od własnego „widzimisię” potrzeb ;P
Bydgoszczbydgoszcz tablet
Ma to na celu zaoszczędzenie czasu, którego „nieczęsto mamy nadmiar” (to bardzo delikatne stwierdzenie) ;), a także dać odpocząć nadszarpniętym nerwom, związanym z długim procesem werbalizowanym, np: „zagrajcie mi fragment … (tu pada tytuł, w zależności od potrzebnej na tę chwilę piosenki), ale samą gitarę i wokale dziewczyn”, „teraz sama sekcja – refren” czy „jeszcze raz” itp., a co, jak widać, absorbuje wszystkich, niezależnie od tego, czy w danym momencie ich głosy, czy dźwięki są potrzebne. Biorąc pod uwagę, że najczęściej w trakcie tego procesu (próby) jesteśmy już po kilkugodzinnej podróży, noszeniu i rozkładaniu sprzętu, a jeszcze przed odświeżeniem się, przebraniem oraz koncertem, na którym każdy ze Słuchaczy oczekuje od nas bycia w formie godnej poziomu prezentowanej twórczości, to perspektywa zminimalizowania czasu dostosowania się do akustyki pomieszczenia jest kusząca. <edit – chyba najdłuższe wielokrotnie złożone zdanie w tym roku… ;P> . Nie zakręciłem za bardzo? 😛
Bydgoszcz Juno
<„Wujek, o co Ci chodzi?! Daj lepiej jakąś kość!” – mina Junka mówi wszystko :D>
Wszystko fajnie, pięknie, ale po kilkugodzinnej pracy i nagraniu potrzebnego materiału, nasz komputer pokazał nam blue screen’a i wszystko przepadło – naturo złośliwa… Naprędce musieliśmy odbyć próbę metodą tradycyjną, gdyż nieubłaganie zbliżała się pora koncertu. Widocznie nie dana nam jest droga na skróty…
W Zatoce nie mogło zabraknąć naszych Przyjaciół, jak choćby Roberta Mukowskiego (w końcu z Pucka to rzut beretem ;P), czy Kasi i Romana Leppertów. Ci ostatni Państwo sprezentowali nam naszą pierwszą biografię ;P Nie no, nie szukajcie w sklepiku, żartowałem 🙂 Była to po prostu książka, której tytuł mógł sugerować, że jest to zapis naszego zespołowego życia, tym bardziej, znając kreatywność Romana, zrobiło nam się ciepło 😀 Po koncercie tradycyjna już kolacja z gospodarzami Anią i Januszem, podczas której nasi Przyjaciele – Karolina i Michał – przedstawili nam jeszcze nienarodzonego synka – Remika UWAGA! Jeśli po latach będziesz to czytał, to właśnie tego dnia przyszłe ciocie i przyszli wujkowie poznali Twoje imię 🙂
Bydgoszcz benc
Dziękujemy Bydgoszcz.

Po śniadaniu pożegnaliśmy Przyjaciół i pognaliśmy do odległej Nowej Sarzyny. Po drodze znów nasz odtwarzacz „wykazał się” specyficznym poczuciem humoru. Otóż, tym razem udało się nam włączyć nawet film! Wybraliśmy obraz opowiadający historię Marii Skłodowskiej – Curie, z tym że… nie mogliśmy włączyć polskiego lektora i przez pół filmu szkoliliśmy język francuski 😛 Również zabawne (albo wręcz przeciwnie), że rozpoczynaliśmy podróż, gdy na dworze jeszcze nie do końca było jasno, a na miejsce dotarliśmy już o zmroku. Mało tego, na końcowej drodze powstała gęsta mgła i całe szczęście, że graliśmy tu już przed dwoma laty – dzięki temu Michał mógł jechać na pamięć 😉
nowa sarzyna mega mgla
Dla Hufców Podkarpackich na zaproszenie Druha Damiana zagraliśmy, jako zwieńczenie festiwalu HIT. Harcerze przyłożyli się bardzo do organizacji – dostaliśmy nawet pamiątkowe kostki gitarowe 🙂
nowa sarzyna kostka
Powstała także świąteczna scenografia, dzięki czemu na scenie mieliśmy np. bałwana 🙂
nowa-sarzyna-balwan.jpg
<po prawej> ;P
Dużo radości zapewnili występujący przed nami laureaci konkursu,
nowa sarzyna za scena
a także aktywnie uczestnicząca w koncercie Publiczność 😀
nowa sarzyna widownia2
Jak to zwykle bywa na harcerskich koncertach, istny żywioł, nie do opanowania.
Będąc już na noclegu, odbyliśmy podróż w przeszłość, odnajdując w czeluściach internetu urywki koncertów Ciszy w przeróżnych personalnie odsłonach i konfiguracjach – taka sentymentalna refleksja na koniec roku: ile to już „twarzy” pokazywał ten zespół dosłownie i w przenośni… Najciekawszym typem składu marzeń było chyba zestawienie ze sobą takich instrumentów jak:
dudy galicyjskie + klarnet + djembe + harmonijka ustna + saksofon (na gitarach to każdy umie) Takie pomysły oznaczały, że najwyższa pora już iść spać, dobranoc ;P
Rankiem powstała idea, że przy okazji niniejszego bloga mógłbym przekazać ludzkości kilka tzw. life-hack’ów, oto jeden z nich: jak bez odkręcania, patrząc na baterię prysznica, poznać, który kurek jest od wody zimnej, a który od ciepłej? Otóż rurka od ciepłej powinna być bardziej „ośniedziała” <co ten porządnie orzeźwiający poranek na pewno pomoże mi zapamiętać ;P>
Dziękujemy Nowa Sarzyna
Podróżując z taką intensywnością, jak nasza, zdarza się nam niestety być też świadkami nieszczęść drogowych, tym razem, pech kierowcy tylko wyeliminował pojazd z dalszej jazdy i nic się nikomu nie stało, a on sam nie wymagał pomocy
tychy
Mogliśmy więc ze spokojnymi sumieniami kontynuować podróż do Tychowskiego Teatru Małego. Mimo iż na koncertach często „odgrywamy role niezmęczonych” ;), to na deskach prawdziwego teatru gościmy rzadko. Urzekła nas ta piękna, wielka sala,
tychy probatychy marioltychy mikser
tychy proba 2
tak więc, jak zwykle w pośpiechu, przygotować trzeba było się odpowiednio do miejsca 😉
tychy nie mam czasu
Czuliśmy się tu dobrze i możemy zaliczyć ten ostatni, niedzielny koncert do bardzo udanych, dzięki zasłuchanej Publiczności. Dziękujemy Tychy.

Kolejny weekend zaczęliśmy od koncertu w Rumii, w zaprzyjaźnionej restauracji Tequilla. Jeszcze przed wyjazdem drżeliśmy o występ, pod znakiem zapytania bowiem stała obecność Mariusza a wszystko przez 37 stopniową gorączkę – proszę się nie śmiać, dla każdego faceta to już stan prawie agonalny ;P Tak poważnie, to nasz Mariol rzeczywiście walczył z choróbskiem i, o ile bez gitary solowej jakoś jeszcze byśmy sobie od biedy poradzili, to już bez akustyka nie bardzo, a tę funkcję, oprócz grania, jeszcze ów pełni. Dlatego, zaraz po próbie, wypił gorącą herbatę i zaległ na kanapie w opakowaniu, by jakoś przeżyć do  koncertu 😉
rumia leze
Sam koncert przebiegł już w atmosferze zbliżających się Świąt 🙂 Pod koniec, gdy Michał składał Słuchaczom życzenia w naszym imieniu, nieopatrznie powiedział również „… oraz hojnego Mikołaja” no i się zaczęło… ;P Polska, jak długa i szeroka, tak, w zależności od części kraju, w której się znajdujemy, trzeba pamiętać, czy prezenty przynosi Mikołaj, Gwiazdor, Dzieciątko, Aniołek, czy może Gwiazdka 🙂 Także nie do końca było to jednogłośnie ustalone wśród Publiczności, na szczęście chwilę po tym pod sceną pojawił się tajemniczy osobnik w czerwonej czapce i z workiem na plecach 😀 Okazało się, że to przebrany nasz przyjaciel Leszek Smoczyński, który wraz z żoną Danusią przyszedł na koncert i przy okazji wręczyli nam upominki na święta – z ogromnym wzruszeniem dziękujemy! Po koncercie podzieliliśmy się na dwie grupy i część z nas pojechała do Kołobrzegu na nocleg, odwiedzić choć na chwilę rodziny. Dziękujemy Rumia.
Nazajutrz zbiórka w Szczecinie w klubie Delta. Nasza obecność w Szczecinie Dąbiu związana jest z pewnymi zawirowaniami organizacyjnymi, gdyż z różnych przyczyn, nie do końca od nas zależnych, nie udało się znaleźć odpowiedniego miejsca w centrum Szczecina. Dopiero na 4 dni przed koncertem, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i chęci pomocy Michała Giełzaka z klubu Delta, podjęliśmy decyzję, że właśnie tam zaprosimy Szczecinian. Michał mocno działa jako organizator przeróżnych wydarzeń kulturalnych w okolicy, więc i nam chętnie przyszedł z pomocą w ostatniej chwili – ogromne dzięki!
szczecin widowniaszczecin scenaszczecin po koncercie
Podziękowania należą się także Patrycji Dominiak za pomoc przy koncercie 🙂 no i oczywiście Wam Drodzy Słuchacze, za to że pomimo podania miejsca koncertu w ostatniej chwili przybyliście tak licznie i razem z nami daliście się ponieść dźwiękom Krainy Łagodności. Po występie zostaliśmy zaproszeni do Jarosława Gnasia, którego poznaliśmy przy okazji jednego z ciszowych zlotów, do 6 gwiazdkowego hotelu zaraz pod Szczecinem 😉
szczecin kolacjaszczecin lama
Mam na myśli oczywiście dom rodzinny Jarka, który wraz z żoną Olą oraz przeuroczymi córeczkami Hanią, Kingą i malutkim Grzesiem ugościli nas i przenocowali w królewskich warunkach. Spędziliśmy razem bardzo sympatyczny wieczór i do późnych godzin dyskutując i śmiejąc się naruszaliśmy ciszę nocną 😉 Jarek opowiadał z prawdziwą iskrą w oku o wielu swoich pasjach, zbiera np. stare samochody (ich stan o wiele przewyższa chociażby naszego grata benca), czy stare radia. Prawdziwy zapaleniec ;> A oprócz tego, człowiek o gołębim sercu, prowadzący także działalność wspierającą potrzebujących, o której, ze względu na nieudawaną skromność Gospodarza, nie będę więcej pisał. Nazajutrz po przepysznym śniadanku pożegnaliśmy przyjaciół dziękując za gościnę i pognaliśmy dalej. Dziękujemy Szczecin.
Śmigamy do Gorzowa Wlkp., aby w Jazz Klubie Pod Filarami, zagrać dla Was aż dwa koncerty 🙂 Okazało się bowiem, że zainteresowanie naszym występem było ogromne i nie chcieliśmy odprawić chętnych z kwitkiem. Obawialiśmy się jednak, że pod nieobecność właściciela Bogusława Dziekańskiego stali bywalcy świątyni jazzu nie będą nam przychylni, na szczęście grając mylimy się na tyle często, że wychodzi z tej naszej muzyki „niezły jazz”, więc jakoś się udało ;P
gorzow wyjscie
Trudniejszym zadaniem było w krótkim czasie ponownie zagrać energetyczny koncert, więc, gdy już pożegnaliśmy Słuchaczy, w przerwie posililiśmy się nieco, a nawet każdy pozwolił sobie na mały relaks w ramach restartu
gorzow przerwa
<Mariusz na ten przykład lubi medytować ;P>
gorzow-zaplecze.jpg

Na szczęście spadek mocy nie nastąpił, gdyż doznaliśmy od Was ogromnego „feed back’u”, który tchnął w nas nowe pokłady energii i drugi koncert okazał się bardziej żywiołowy niż się po sobie spodziewaliśmy. Dziękujemy Gorzów.

Niedziela wydawała nam się jeszcze bardziej wymagającym dniem pod względem ilości „zadań” jakie sobie wyznaczyliśmy. Po pierwsze, poranna wizyta na oddziale onkologii dziecięcej szpitala w Poznaniu, gdzie zagraliśmy piosenkę napisaną specjalnie dla małych pacjentów walczących z nowotworem. Zapragnęliśmy stworzyć specjalny „teledysk”, aby każdy z tych dzielnych dzieciaczków mógł zaśpiewać „Nie Będę Nigdy Sam” razem z Chórem Dziewczęcym Katedralnej Szkoły Muzycznej w Poznaniu. Dzięki wolontariuszom z Fundacji Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi mogliśmy połączyć te dwa, pozornie niemożliwe do połączenia światy, dzieci zdrowych oraz bohatersko broniących się przed chorobą, aczkolwiek jednakowo radosnych i pełnych Wiary, Nadziei i Miłości. Dalsza część planu przewidywała sfilmowanie wykonania tej piosenki już na koncercie z towarzyszeniem wspomnianego chóru, który przygotowały Ewa Domagała i Basia Nowacka
poznan proba dzieci <zdj. z próby, kilka dni przed występem>
Całość charytatywnie zrealizował Igor Wojtkowiak stając się wraz z nami oraz wolontariuszami ambasadorem całego przedsięwzięcia. Zobaczcie sami jak wyszło 🙂
Nie Będę Nigdy Sam
Po tym wzruszającym koncercie i chwili odpoczynku zagraliśmy drugi koncert, na który zaprosiliśmy (dla zrównoważenia towarzystwa anielskiego chóru z poprzedniego koncertu) ponownie „Diaboły z Jarocina”, czyli Długiego i Janka 😉
poznań scena
Po rockowych wersjach utworów Last Minute oraz Żółte Tulipany, nagrodzonych gromkimi brawami widać było, że taka „głośna” odsłona Ciszy jest bardzo mile widziana 🙂 Niniejszym obiecujemy zabierać nasze Diaboły w możliwie każdą trasę, oczywiście wraz z kontenerem dodatkowego sprzętu nagłośnieniowego 😉
To był bardzo trudny dzień, lecz gdy będąc już w domu odpoczywaliśmy w wygodnym fotelu – na wspomnienie tych małych, radosnych twarzy, w sercu każdego z nas pojawiło się ciepło. Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w te wydarzenia z całego serca.
poznan pianolawka
Dziękujemy Poznań.

Ostatni nasz wyjazd w tym roku, rozpoczęliśmy podróżą do Torunia. Tym razem trafiliśmy na remont ulicy, który uniemożliwił nam dojazd pod sam Dom Muz, w związku z czym, musieliśmy zaparkować nieco dalej (i niżej) i cały nasz sprzęt wnosić po ciemku, w deszczu i po śliskich schodach… Parafrazując: złe dobrego początki 😀
Przytulną salkę przy ul. Podmurnej, znamy i lubimy,
torun widownia
więc sam koncert był sympatycznym doświadczeniem. Swoją obecnością zaszczyciła nas poetka Wiesława Kwinto-Koczan, do wierszy której w całości stworzyliśmy utwory na płytę WUKA. Dziękujemy Bożenie i Agnieszce Kolczewskim za pomoc 🙂 Po koncercie i zainstalowaniu się w hotelu, wygłodniała część zespołu (czyt. faceci) udała się na polowanie na przepiękny toruński rynek. Niestety, był to czwartek i poza weekendem wszystkie możliwe miejsca o tej porze są już pozamykane, więc pospacerowaliśmy tylko 🙂torun choinkatorun nocatorun szukamy jedzenia
Na szczęście znaleźliśmy czynne delikatesy i można było jeszcze zaopatrzyć się w jakąś przegryzkę i dopiero udać się na nocleg. Rano pobudka bezlitośnie już o 7 😦 Okazało się, że w nocy w pokoju było jakieś -10 stopni, ale spokojnie… Widocznie wychodząc na przeciw oczekiwaniom klienta, specjalnie z kranu leciała tylko gorąca woda, a że człowiek nie mięta i nie musi się zaparzać przez kilka minut, poranna toaleta przebiegła bardzo dynamicznie 😉
torun rano
<zawsze są jakieś plusy, np. widok o poranku nad Wisłą>
Dziękujemy Toruń.
W drogę do Rzeszowa! Znów podobna sytuacja jak przed tygodniem w Gorzowie, zainteresowanie przerosło możliwości obiektu jeśli chodzi o liczbę miejsc, więc zdecydowaliśmy się zagrać dwa koncerty 🙂 Po drodze stwierdziliśmy, że ostatnio coś często w podróży nas spotykają różne dziwne sytuacje. Gdy GPS mówi: „zatrzymany pojazd za 2000 metrów” zastanawiamy się czego to jeszcze nie wymyśli ta drogówka, by się naprzykrzyć biednym kierowcom? Zatrzymywać za przekroczenie dozwolonej prędkości – tak; za brak świateł – jak najbardziej; ale za 2000 metrów?! Lekka przesada… ;P Byliśmy również świadkami pożaru naczepy tira (!)
rzeszow pozar
Na szczęście kierowca w porę zobaczył zagrożenie i odłączył kabinę pozostając w bezpiecznej odległości. Dalej już bez przygód zajechaliśmy pod Wojewódzki Dom Kultury. Powiem Wam, że prowadzenie bloga ma tę dodatkową zaletę, że można bez konsekwencji obijać się, podczas gdy reszta wnosi sprzęt np. na drugie piętro, jak w tym przypadku, wystarczy zająć się „sporządzaniem dokumentacji” i już mamy zwolnienie z zajęć ;P
rzeszow parking
rzeszow pajeczyna
Mariusz wpadł w ogromną pajęczynę, niczym Frodo we Władcy Pierścieni i nic dziwnego, że nie miał biedaczek siły się wydostać, podobnie jak reszta z nas, od ostatniego posiłku nic nie jadł 😉 Ola z Iloną udały się więc po posiłki (dosłownie), gdy faceci zajęli się rozstawianiem sprzętu. Mogliśmy więc zjeść chyba najlepszy kebab na świecie, przynajmniej w naszej opinii, zawsze przy okazji wizyty w Rzeszowie potwierdzanej 🙂
rzeszow-kebab.jpgrzeszow kebab zazdraszczacz
<tym razem mocno usprawiedliwione fotografowanie jedzenia ;P>
No to teraz mamy siły, by zagrać nawet i pięć koncertów z rzędu! 😉
Na występie zaskoczyliśmy Publiczność dodatkowym elementem, można nawet powiedzieć – pirotechnicznym. Mianowicie w momencie rozpoczęcia przez Olę porywającej solówki na flecie w utworze „A Jednak Ciągle Ją Pamiętasz” miała miejsce eksplozja! Element ten także nas zaskoczył totalnie 😉 Natężenia emocji nie wytrzymała jedna z lamp, co stworzyło ciekawe urozmaicenie koncertu 🙂 Po koncercie udaliśmy się na chwilowy odpoczynek do garderoby, w której w suficie był mały prześwit, przez który można było „zobaczyć się” z kimś obecnym piętro wyżej. Tak oto padło z góry pytanie
-Hej! Z której grupy tanecznej jesteś? (?!?!?…)
– Jestem z grupy Cisza Jak Ta, ale nie tanecznej tylko śpiewającej
– A haaaa… A ja jestem z tanecznej
Dzieciaki są takie słodkie 😉
Michał ledwo zdążył udzielić wywiadu redaktorowi audycji Baza Ludzi Z Mgły dla Radia Centrum, Irkowi Jareckiemu, a już trzeba było zacząć drugi koncert 🙂

Zdjęcia autorstwa Dominiki Chrapkowskiej
22-michac582-opowiada04-w-oczekiwaniu05-powitanie19-w-duecie07-aleksandra-frc485ckowiak21-cisza-jak-ta-17-12-2017
Za pomoc w koncertach pragniemy podziękować Agacie Jezierskiej oraz Asi i Gercie, a także Sebastianowi Stachurskiemu za zaproszenie.
Dziękujemy Rzeszów.
Następnego dnia wybraliśmy się do Zakopanego, aby muzycznie towarzyszyć przekazaniu Betlejemskiego Światła Pokoju. Na zaproszenie Związku Harcerstwa Polskiego zagraliśmy na tej doniosłej uroczystości w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Kościół ten miał pomieścić ponad 2000 harcerzy, a i z racji rangi wydarzenia, mieliśmy lekką tremę. Dla porównania – widok ze „sceny” podczas próby:
zakopane pusto
po której Karolina Pstrągowska w imieniu harcerzy zaprosiła nas na kolację do zakopiańskiej „karcmy hej!” 🙂 a po powrocie zastaliśmy nieco inny widok:
zakopane pelno
a i tak jeszcze „poupychano” widzów na balkonach i w pozostałych ławkach oraz po bokach „sceny”.
Na szczęście dopiero po koncercie dowiedzieliśmy się jeszcze, że całość była na żywo transmitowana w internecie ;P Koncert, mimo iż był krótki, mamy nadzieję,
rozgrzał Wasze serca, na przekór panującej temperaturze.
zakopane widowniazakopane 5zakopane 4zakopane 3zakopane 2zakopane 1
fot. Konrad Kmieć, ZHP
Dziękujemy Zakopane.
Na nocleg wybraliśmy się do Jarka Tao Gonzo, którego uczestnicy II Zlotu pamiętają, jako autora aniołów – prezentów 🙂 Jarek jest malarzem, rzeźbiarzem, instruktorem Tao Yin oraz sztuk walki, medytacji, masażystą… <to jeszcze nie koniec, ale już nie jestem w stanie zapamiętać więcej ;)>. Prowadzi też Górski Ośrodek Naturoterapii ESENCJA ZDROWIA, gdzie nas zaprosił, a do tego jest arcy ciekawą postacią. Magnetyzm Jarka powoduje, że chwila rozmowy zamienia się, nie wiedzieć kiedy, w wielogodzinną podróż w rejony dotąd nie tylko nieznane, a wręcz można powiedzieć niewyobrażalne. Nie da się tego opowiedzieć słowami, trzeba to poczuć. My poczuliśmy się nieziemsko w jego ukochanej Gonzówce 🙂
gonzowkagonzowka widokgonzowka psygonzowka 6gonzowka 8gonzowka 5gonzowka 4gonzowka 7gonzowka 3gonzowka 2gonzowka 1gonzowka cios
< poćwiczyliśmy trochę ciosy, poznane w grze Mortal Kombat, na Stefanie ;P >
Michał oraz Mariusz skorzystali także z masażu w wykonaniu naszego Gospodarza i wszelkie dolegliwości wieku starczego, jak ręką odjął 😀 Dziękujemy, Jarku, za gościnę, na pewno nie zapomnimy wizyty u Ciebie. Was również zapraszamy do Gonzówki, zerknijcie na stronę tego miejsca.
zakopane ostatnie

Czas pożegnać góry i wyruszyć do Krakowa.
zakopane droga
Obiecaliśmy jeszcze w tym roku zawitać do Klubu Akademickiego ARKA, więc właśnie tu postanowiliśmy postawić „kropkę nad i” tegorocznych wojaży koncertowych.
krakow arka
Niby nic już nas nie mogło zaskoczyć, miejsce znajome, sprzęt pewny, akustyka pomieszczenia opanowana
krakow scena
nic oprócz… no właśnie! Zignorowaliśmy czynnik ludzki! 😀 Tak oto na koncercie niespodziewanie spotkaliśmy naszych Przyjaciół Gosię i Roberta Mukowskich! (tak, przyjechali specjalnie z Pucka!). Niesamowici krejzole, przyszykowaliśmy więc zemstę…
krakow scena 2
W trakcie koncertu zaprosiliśmy na scenę zarówno ich, jak i kolejnego „ancymona” Barta Kucharskiego, którego w przeciwieństwie do nich, widok na naszych koncertach w najróżniejszych zakątkach kraju przestał już dawno dziwić, nie tylko nas, ale także innych naszych Słuchaczy. Nie bez powodu najczęściej słyszanym przez Barta zdaniem było „znowu Ty?!” 😀 mianowicie ten „szaleniec” ;P zobaczył nas w tym roku na scenie już 43 razy, co jest absolutnym rekordem! Niniejszym otrzymał od nas wyjątkowy pakiet: Tytuł Ciszaka Roku 2017, skierowanie do laryngologa, celem zdiagnozowania wady słuchu (niemożliwe, by po tylu koncertach nadal mu się podobało, widocznie coś jest nie tak ;D) oraz dożywotni zakaz stadionowy na koncerty Ciszy ;P Gosia z Robertem natomiast wygrali w tej konkurencji w kategorii drużynowej z wynikiem odpowiednio 26 i 27 koncertów, co łącznie daje niebagatelne 53 koncerty! 🙂 Wiele dobrego humoru, wzruszeń i pozytywnych emocji – tak można opisać ten ostatni tegoroczny koncert.
krakow trojka na sceniekrakow uklon
zdj. Łukasz Pająk
Dziękujemy Kraków.
Pożegnaliśmy się nie tylko z Gośćmi oraz niezawodną ekipą ARKI pod przewodnictwem Roberta „Łosia” Łosika, ale także ze sobą nawzajem. Mateusz został u siebie w Krakowie, Ilona za sterami Mazdy wraz z Olą śmignęły swoim pasem autostrady do Trójmiasta, a reszta bencem do Poznania.
krakow mazda
Ten rok w drodze był dla nas bardzo bogaty w przeróżne doświadczenia. Nie sposób któregoś wyróżnić, każde było dla nas szczególne. Ponad 130 koncertów, nagranie płyty, niezliczone wzruszające spotkania, zupełnie nowe odwiedzone miejsca, a także powroty do tych, które są już dla nas drugimi domami. Dziękujemy Wam, Przyjaciele zespołu, za wszystkie wspólne koncerty, Zloty, wzloty i upadki. Za to, że spotykamy Was coraz więcej i coraz bliżej poznajemy. Osobiście, jako autor niniejszego bloga, dziękuję za Wasze wsparcie, za komentarze i uwagi, za to, że chcecie poznać tę drugą, pozasceniczną, stronę naszego życia w trasie.
Dziękujemy za to, że jesteście!
Do spotkania gdzieś w drodze!
krakow powrot
Ciszaki 🙂

„Listopadowy deszcz” czyli poezja spotyka rock&roll’a…

Koncertowy listopad rozpoczęliśmy Zlotem Ciszaków 🙂 Piąte z kolei tego typu spotkanie z Przyjaciółmi zespołu odbyło się w dość nietypowym miejscu, w samym sercu Drawskiego Parku Krajobrazowego. Zaprosiliśmy Was do miejscowości Szczycienko do agroturystyki Ul. Brzmi słabo? To może: stado dzikich koni w ilości 400 sztuk, żyjących przez cały rok na wolności, na obszarze dwóch tyś. hektarów łąk – brzmi lepiej? 😉 To i tak mniej niż skromny opis tego  miejsca – ewenementu na skalę europejską – gdzie widać, że człowiek może żyć w zgodzie z naturą i podziwiać jej piękno. Pan Marek Serafin stworzył istny raj na Ziemi, nie tylko dla koni, czy innych gatunków wolno żyjących dzikich zwierząt, ale także dla każdego odwiedzającego Ul miłośnika przyrody. Postanowiliśmy więc, wraz z Panem Markiem, umożliwić Wam poznanie tego miejsca, sami pragnąc, aby nasz kolejny Zlot był niezapomnianym przeżyciem. Choć początkowo widok nie zdradzał co tu się przez kolejne 3 dni będzie działo…
12
pojawili się pierwsi goście 😉 …
456
Działo się, oj działo… 😉 Pierwszego dnia oczywiście największe emocje spowodowane były spotkaniami – ze starymi znajomymi, z tymi troszkę „nie tak dawno widzianymi”, ale także np. z tymi spotkanymi zupełnie po raz pierwszy. Bardzo nas, organizatorów, cieszy fakt, że zawiązały się między Wami – uczestnikami zlotów – takie relacje, że spotykacie się ze sobą nie tylko przy „okołociszowych” okazjach, lecz nawet na co dzień 🙂 Dla nas liczy się przede wszystkim to, że możemy się bliżej poznać, porozmawiać do późnej nocy, pośpiewać wspólnie, inne niż zespołowe, piosenki, a także pospacerować razem. Widząc nie tylko po raz kolejny znane twarze, ale także te zupełnie (jeszcze przez chwilę) nowe, mamy namacalny dowód na to, że to, co robimy, jest nie tylko dla nas, ale i dla Was ważne 🙂 Wasze zaangażowanie wykroczyło już poza nasze wyobrażenie, jak np. to, że niektórzy z własnej inicjatywy zabrali się za przygotowanie zlotowej dekoracji 🙂71.jpg
Nie da się wymienić wszystkich osób dokładających starania, by te chwile spędzone razem były jeszcze bardziej wyjątkowe, podam więc tylko kilka twórczych przykładów (gdyby ktoś się poczuł pominięty, to przepraszam i zaznaczam jednocześnie, że wkład absolutnie każdego miał ogromne znaczenie): Asia z Anitą importowały liście i gałęzie, by przystroić scenę 😀 🙂 Maciek Kantor nie tylko przywiózł ze sobą (w jakże rzadko spotykanej dziś formie namacalnej) piękne zdjęcia, ale także pozwolił każdemu z uczestników zabrać ze sobą wybrane na pamiątkę 🙂 Joanna Siemieńska przygotowała pyszne i przepięknie ozdobione słodkości dla wszystkich uczestników tort
(najwięcej smakowitych prezentów dostał i tak Juno ;P).
Dzięki wspólnemu projektowi naszego Mateusza oraz Ani Gaszewskiej, każdy uczestnik otrzymał również unikatowy zlotowy kubek 🙂 Do tego niezliczona ilość własnej roboty elementu baśniowego, którym co i rusz ktoś częstował ;P (nikt nie mówił, że będzie lekko, co najwyżej, że będzie radośnie i śpiewnie :D) Właśnie tego ostatniego nie mogło zabraknąć na zlocie i nie mam tu na myśli uczestników, którzy prześpiewali cały pierwszy i drugi koncert ciszowy, dając wolne etatowym wokalistom – to już jakby tradycja – lecz to pokoncertowe śpiewogranie do późnych godzin nocnych. Dla regeneracji o poranku można było m.in. zaczerpnąć długiego spaceru (zwanego też błotną kąpielą ;P) bądź przejażdżki bryczką lub, dla odważnych, w siodle.
Miały miejsce także integracje międzygatunkowe 😉
10
Oprócz koncertów wspaniałych wykonawców mogliśmy również wysłuchać opowieści Pana Marka i poznać historię jego życia oraz miłości do zwierząt, a jak to w życiu bywa – raz w żartobliwej anegdocie, a raz na poważnie. Bardzo inspirująca postać. Sami, jako zespół, mogliśmy wyruszyć w sentymentalną podróż w czasie do początków działalności Ciszy, za sprawą Przemka Mordalskiego, który po 10 latach nieobecności w świecie muzyki, przyjmując nasze zaproszenie, powrócił na ścieżki Krainy Łagodności, ku uciesze, przede wszystkim, piękniejszej części zlotowych uczestników 😉 Obłędnie niski głos Przemka poznaliśmy jeszcze jako podlotki sceny poetyckiej, a najbardziej dociekliwi mogą kojarzyć z piosenki Wodnikus, którą gościnnym udziałem na płycie Zielona Magia uświetnił ten Artysta. Ogromną radość sprawił nam też Jurek Filar (występujący wraz z Andrzejem „Kwiatkiem” Kwiatkowskim oraz Piotrem Engwertem), nie tylko przyjmując zaproszenie na zlot, ale także wplataniem nazwy naszego zespołu we własne piosenki 🙂 Mamy ogromne szczęście, że Artyści z pierwszej ligi pozwalają się zapraszać na chwilę do naszego ciszowego świata – nasi idole, nasze muzyczne wzorce dzielą z nami scenę 🙂 Przede wszystkim Pan Jurek pokazał, że, mimo wieloletniego doświadczenia na scenie oraz zasług dla polskiej muzyki, można jeszcze czerpać z grania tak ogromną radość. Również szacunek dla Słuchacza, jaki pokazał chociażby rozmawiając z każdym chętnym, powinien być przykładem dla innych zasłużonych Osobowości świata muzyki. Pragniemy podziękować również pozostałym Artystom: Maciejowi Służale oraz Bartkowi i Jerzemu Hołownia z zespołu Byle Do Góry za wzbogacenie swoją twórczością naszego spotkania. Naszemu sympatycznemu Rosołowi należą się specjalne podziękowania za niezmordowane i pełne humoru prowadzenie koncertów przez dwa dni (aż do zdarcia gardła!), a jeszcze bardziej wyjątkowe za przepyszny domowy chlebek! 😉 Nie sposób jest wyrazić naszej wdzięczności dla Was wszystkich, Drodzy Ciszacy, za ogrom wsparcia, jaki nam dajecie i motywację do dalszego działania i rozwijania skrzydeł. Nie da się opisać wzruszeń, jakich nam dostarczacie, jak chociażby urodzinowo/rocznicowa niespodzianka Leszka Smoczyńskiego dla żony Danusi ;). Obiecujemy, że dopóki zdrowia nam starczy, nie poprzestaniemy w kontynuowaniu tej formuły wyjątkowych spotkań z Wami. Przyznam też, że miałem ogromną trudność nie tyle w uzbieraniu (musiałbym chyba skopiować pół internetu), co w wybraniu dokumentacji z tego Zlotu – wszak udostępnialiście niezliczoną ilość pięknych zdjęć i filmów na wydarzeniu i stronach powiązanych. Pozwólcie zatem, że umieszczę symbolicznie kilka zdjęć ze zbioru Elwiry Sztorc
003zlotul006zlotul009zlotul019zlotul047zlotul172zlotul222zlotul253zlotul269zlotul289zlotul313zlotul

340zlotul

1424zlotul1406zlotul1403zlotul1410zlotul416zlotul425zlotul427zlotul429zlotul436zlotul440zlotul454zlotul760zlotul
1388zlotul1378zlotul1348zlotul1329zlotul1308zlotul1275zlotul1285zlotul
765zlotul786zlotul919zlotul962zlotul1058zlotul1080zlotul1086zlotul1186zlotul1209zlotul

1144zlotul

Dziękujemy, Ciszaki, za Jesienny Zlot!

Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć z emocji po zlocie, nim się spostrzegliśmy, nastał  czwartek 9 listopada, a to oznacza, że jedziemy do Katowic, by zagrać w ramach festiwalu KATOhej! Jako że sala, w której miał się odbyć koncert, gabarytami przypominała Toruńskie Jordanki (to tam, gdzie Sting grał jako nasz support ;P), postanowiliśmy oswoić się z klimatem wielkiej sceny i puściliśmy sobie nagranie ze wspomnianego koncertu. Tak na prawdę, to nie chciałem znów psioczyć, że w naszym busie kolejna rzecz przestała działać, ale dobra – powiem prawdę: wysiadło radio. W dodatku w sposób dla nas niezrozumiały, może ktoś z Czytelników zna się bardziej na elektronice i ma pomysł, jak powstała usterka? Najpierw odtwarzacz przestał się lubić z nośnikami mp3 (czyt. pendrive), potem niemożliwe stało się włączenie filmu, kolejno CD a na końcu padło radio – ale i tak przy poziomie muzyki puszczanej w krajowych stacjach to mała strata (Trójka i tak szumiała) 😉 Tak więc odpaliliśmy na telefonie (!) koncert i już przy pierwszych dźwiękach dodatkowo usłyszeliśmy mechaniczny głos mówiący „ZAGROŻENIE”. No niby wszystko się zgadza – nawet urządzenia ostrzegają nas przed słuchaniem samych siebie ;P więc nie widzieliśmy w tym nic dziwnego, lecz gdy zabrzmiało w środkowej części utworu Miłość W Cisnej po słowach „Nagle Mariusz Borowiec Spojrzał: Widzi…” <ROBOTY DROGOWE> pomyśleliśmy CO JEST?! Okazało się, że w tle ciągle pracowała aplikacja Yanosik, informująca o sytuacji na drodze. Tak więc wyczerpały się opcje podróżowania z towarzyszeniem muzyki w jakiejkolwiek postaci i pozostała nam… rozmowa! (O nie…) ;P 4 godziny szybko minęły… 😉
katowice plakatkatowice budynekkatowice 1katowice 2

Sala okazała się rzeczywiście imponujących rozmiarów, jednak podeszliśmy do tematu bardziej na luzie niż w Toruniu, sprzęt rozkładaliśmy wręcz z taneczną lekkością 😉
katowice taniec
aczkolwiek z szacunkiem ;P
katowice-na-kleczkach.jpg

Na szczęście z pomocą w zwalczeniu tremy przyszedł Jacek Krzanowski, (którego zapewne pamiętacie jako właściciela chatki w Danielce, gdzie nagrywaliśmy płytę „Nieobecność”), zapewniając na koncercie oprawę w postaci przeróżnych świec. Piękny widok sceny uwiecznił profesjonalny fotograf Krzysztof Piątek
k7k3k6k2k5k4k8

k1
Osobne brawa należą się panu oświetleniowcowi, który włożył sporo pracy, by, nie znając ani zespołu, ani muzyki, ani scenariusza koncertu (choćby dlatego, że takowego nigdy u nas nie było ;P), odpowiednio „zagrać” światłami. Mała ciekawostka: aby uzyskać pojedynczy efekt podczas rozpoczęcia koncertu, moment rozświetlenia sceny w odpowiednim momencie utworu ćwiczyliśmy z nim jakieś 20 min. (!)
katowice mini
To nam troszeczkę uzmysłowiło, ile to pracy od Świetlika wymaga podczas całego koncertu, a tu musiał wszystko robić intuicyjnie – szacuneczek 🙂
Za zaproszenie, bardzo dziękujemy Natalii Grobce.
Po koncercie udaliśmy się do hotelu, który okazał się sponsorem wesołych wrażeń. Pierwsze co się rzuciło w oczy, to przechodnia łazienka, która znajdowała się na drodze od drzwi wejściowych do sypialni
katowice
Po drugie bardzo funkcjonalna toaleta typu 3w1
katowice zlew
co akurat w obiekcie z przeznaczeniem typowo „weselnym” nie dziwi, a nawet zasługuje na pochwałę, ze względu na możliwość załatwienia wszystkich potrzeb jednocześnie w przypadku „chronicznego zmęczenia biesiadowaniem” któregoś z gości ;P
O poranku na własnej skórze poczuliśmy znaczenie znanego polskiego przysłowia – „kto rano wstaje, ten musi przeczekać zimną wodę”… czy jakoś tak. Dziękujemy Katowice.
Jedziemy do Opola. Nie często gościmy w mediach, dlatego zaproszenie od redaktora Rafała Nosala przyjęliśmy z radością. Rafał znany jest Miłośnikom Krainy Łagodności nie tylko jako połowa duetu Czarny Nosal, czy z zespołu Bohema, ale także jako Artysta solowy – człowiek o wielu talentach doskonale odnajduje się również jako fotograf, czy prowadząc m. in. audycję Scena i Sława na antenie Radia Opole właśnie 🙂 Dzięki temu rozmowa przebiegła w przyjaznej i luźnej atmosferze, niemal jak pogawędka starych znajomych 🙂
opole radio 4opole radio 2
Przy okazji zobaczyliśmy na jakim sprzęcie pracowali radiowcy przed erą cyfrową
opole mini
Po wspólnym obiadku udaliśmy się w końcu na poszukiwania miejsca koncertowego, po drodze podziwiając miejskie instalacje artystyczne – dziwna ta nowoczesna sztuka… ;P
opole miasto cudow i dziwow
W końcu zawitaliśmy do Stodoły 🙂 Mając na uwadze stołeczne miejsce koncertów gwiazd światowego formatu o takiej samej nazwie, chciałoby się rzec: „jaki zespół, taki rozmach”
opole stodołaopole gleba
Po chwili relaksu zabraliśmy się za „budowę sceny”, która z racji rozmiarów skrajnie przeciwnych do tej z Katowic, stanowiła przytulną odmianę.
opole 1
Również gospodarz Stodoły, pan Stanisław, zapewne nauczony doświadczeniem, sceptycznie podszedł do przewidywanej frekwencji w jego kameralnym lokalu. My wychodzimy z założenia, że nie ważne, czy gra się dla 20, czy 2000 Słuchaczy (jedynym istotnym aspektem jest adekwatna do tej liczebności intensywność tremy) – zawsze trzeba być sobą i dać z siebie 100%. Takie zróżnicowanie poza tym daje ogromną satysfakcję i powoduje brak nudy, czy poczucia monotonii – każdy koncert jest inny, czyli wyjątkowy. opole zimnoopole ze sceny
Początkowo we wnętrzu panował przeszywający chłód, jednak gdy tylko Nasi Goście szczelnie wypełnili karczmę atmosfera wszystkich rozgrzała. Po koncercie pan Stanisław, w ramach przeprosin za wcześniejsze podejście, postawił nam kolację, po której postanowiliśmy zażyć odrobinę ruchu – wybraliśmy się więc zespołowo na kręgle 😀
opole kregle radoscopole kregle 2opole kregle 1
Choć emocje sięgały zenitu, w tej sportowej rywalizacji nie było niespodzianek i, tak jak na koncertach: Dziewczęta powalały kręgle, tak jak powalająco prezentują się na scenie, Chłopaki też konsekwentnie – tak jak z trafianiem w odpowiednie dźwięki, czyli same pudła ;P Za pomoc w koncercie chcemy podziękować Kasi. Dziękujemy Opole.

W drodze do Wrocławia udało nam się odkryć pewną zależność, która i tak wykracza poza standardowe ramy logicznego myślenia. Otóż daliśmy radę uruchomić radio, ale żeby to się stało najpierw trzeba było… wrzucić wsteczny 😀 A już konkretna kombinacja wykonywanych czynności jest następująca:
1. zapalić silnik
2. włączyć radio (głosu brak)
3. wrzucić wsteczny bieg (automatycznie na wyświetlaczu radia włącza się kamerka cofania)
4. po zakończeniu manewru cofania włączyć odtwarzanie płyty CD – DZIAŁA! 😀
Co? Jak? Dlaczego? Może właśnie przez przestawianie wyświetlacza między „źródłami” coś daje, ale już nieważne – DZIAŁA ! ! ! <czyt. nie trzeba już rozmawiać ze sobą przez całą drogę ;P> Jedziemy!
Trafiliśmy tym razem do Księgarniokawiarni Nalanda – miejsca niezwykle klimatycznego, pełnego książek i zapachów. Nic dziwnego, że zanim zabraliśmy się do przygotowania koncertu, skosztowaliśmy przysmaków kuchni wegetariańskiej i wegańskiej – przecież tym razem mieliśmy sporo czasu 😉
wroclawwroclaw 1
Czas ten uległ znaczącemu skróceniu, gdyż chętni na koncert zaczęli się gromadzić na długo przed jego rozpoczęciem 🙂 W związku z tym po szybkiej próbie, zamierzaliśmy już skończyć hałasowanie, gdy nagle do kawiarni wchodzi postać dobrze nam już znana. Widok Mariusza Grześka (który zagrał już w przeszłości z nami na gitarze elektrycznej w utworze Last Minute) wywołał u Michała klasyczny „facepalm”:
– Aha! Zapomniałem Wam powiedzieć! Zaprosiłem Mariusza na gościnny występ!
Wesoło musi być 🙂 Po szybkim montażu naszego Gościa zajęliśmy się obserwacją, jak wnętrze Nalandy wypełnia się najpierw do ostatniego krzesła, potem po brzegi i w końcu pod sufit Słuchaczami 😉 Pobiliśmy chyba rekord, jeśli chodzi o ilość osób na cm², jednocześnie eliminując zagrożenie pożarowe do zera – w obiekcie zabrakło tlenu 😉 Tego wieczoru, najgorzej miał Mateusz, za plecami którego znajdował się odkręcony grzejnik (!), dzięki czemu mógł się poczuć, jak kierowca rajdowy w bolidzie – podobno schudł  podczas koncertu 2,5 kilo ;P Najbardziej drżeliśmy o dwie dziewczynki siedzące przy wzmacniaczu gitarowym, na szczęście nie „zdmuchnęło” ich podczas partii Mariusza, tak jak się obawialiśmy 😉 Dziękujemy Wrocław.
Po koncercie udaliśmy się na nocleg do miejscowości Zabór, gdzie mieliśmy grać dnia następnego. Organizator, Roman Walenciak, chyba dużo o nas słyszał, gdyż ulokował nas w ośrodku dla trudnej młodzieży (tylko z przedziałem wiekowym się lekko pomylił) ;P
Przed koncertem dowiedzieliśmy się, że jego córeczka bardzo lubi utwór „Krzyż I Dziecko” z projektu Ze Starej Szuflady, więc postanowiliśmy zrobić małej niespodziankę i zagrać tę już trochę przez nas zapomnianą piosenkę. Niestety nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia „jak to leciało” wobec czego, posiłkowaliśmy się nagraniem z telefonu (tu przyłożony do mikrofonu celem go nagłośnienia – to się dopiero nazywa profesjonalna amatorka ;P)
zabór proba tel do mikrofonu
ale ważne, że działa i mogliśmy dzięki temu spełnić Małe(j) marzenie 🙂
zabór scenazabór
Zatem zespół pracowicie spędził próbę, w przeciwieństwie do Junka, który tak się rozleniwił w garderobie, że zasnął na torbie autora i nie było szans jej spod niego wyciągnąć 😉
zabór Juno

Roman jest właścicielem najbardziej donośnego wśród najniższych głosów jakie słyszeliśmy, co przełożyło się na śpiewany przez Publiczność element koncertu z wybijającym się ponad wszystkie inne głosem Romana 😀 Zabór – dziękujemy.

Kolejny weekend zaczęliśmy wizytą w piekle… No dobra, można powiedzieć, że byliśmy „o jedną literkę” od piekła, gdyż odwiedziliśmy kino HEL w Pleszewie 😀 Zdążyliśmy już zapoczątkować nową tradycję: gdy tylko pozwalają na to okoliczności, zapraszamy do gościnnego udziału „Długiego”, czyli Mariusza Grześka 😀 Tym razem poszliśmy na całość i dołączył do nas dodatkowo jego kolega Jan Czerneńko.
pleszew 2
Chłopaki doskonale się przygotowali, więc próba była tylko formalnością i można było się jeszcze chwilkę zrelaksować przed graniem 🙂
pleszew
<Król Sucharów – tu: w obydwu tego słowa znaczeniach ;P>
Mieliśmy więc na pokładzie już DWÓCH (!!!) gitarzystów „elektrycznych”, z pomocą których zabraliśmy Pleszewską Publiczność w podróż głośną „Autostradą Do Piekieł” opisaną przez zespół AC/DC. Chłopaki wsparli nas tym razem w dwóch utworach: granym już na koncertach w takiej aranżacji Last Minute oraz premierowo Żółte Tulipany, w którym jak dotąd przesterowane brzmienie gitar zabrzmiało jedynie na płycie „Nieobecność”. Przy takiej ścianie dźwięku od razu skojarzył się widok Slash’a na urwisku z teledysku „November Rain” grupy Guns&Roses ;P Mamy nadzieję, że Słuchaczom spodobała się ta ekspresja – nie było reklamacji, więc albo się podobało, albo przestraszyli się naszych scenicznych „Diabołów” i nie chcieli nic mówić ;P

Po koncercie zainstalowaliśmy się w bardzo klimatycznym zajeździe, gdzie pokoje jeszcze pachniały świeżym drewnem i mogliśmy resztę wieczoru spędzić na małym świętowaniu – Mateusz obchodził ostatnie dwudzieste+ urodziny 😉pleszew motelpleszew nocleg
pleszew jadalniapleszew sniadanie
Dziękujemy Pleszew.

Koncertem w Opocznie wspomogliśmy inicjatywę Szlachetnej Paczki pod przewodnictwem Joli i Arka Nita. Graliśmy w Opocznie już wielokrotnie, lecz nie wiadomo dlaczego wszystkie knajpy, w których gościliśmy, zamknięto (przypadek?! ;P), więc po 9 latach wróciliśmy na deski Domu Kultury 🙂 Pierwsze, co się rzuciło w oczy, to zabawnie umiejscowiona garderoba – można było śmiało podejść i zajrzeć przez okno co się dzieje w środku 🙂


opoczno okno
przy okazji nasze dziewczyny mogły wykazać się czujnością ;P
opoczno okno zoom
Ogromne zaangażowanie wolontariuszy Szlachetnej Paczki było widoczne na każdym kroku – brawo!
opoczno 2opoczno 1
Po koncercie „Szlachetnopaczkowicze” zabrali nas na kolację i to nie byle gdzie, bo do Casablanki… 😉 No dobra, tak się tylko nazywała knajpa, ale jak to brzmi! 😉 Dziękujemy Opoczno.
Nazajutrz wybraliśmy się do Piekoszowa. Już w okolicach tego miasteczka spotkaliśmy bardzo wyluzowanego kierowcę (jak sam nazwał swój pojazd) „Bąka”, który lekko się zasiedział na stacji i nie było mu śpieszno, by zwolnić miejsce przy dystrybutorze paliwa 🙂piekoszów 1piekoszów 3
Malutka salka Domu Kultury nie była w stanie pomieścić całego składu Ciszy, wobec czego, wyrzuciliśmy Ilonę na ten jeden koncert, by zaraz potem przyjąć ją na gorszych warunkach ;P Nie, tak naprawdę, to Ilona ma na głowie jeszcze obowiązki związane ze studiami zaocznymi i musiała wyskoczyć na zajęcia do Łodzi.
piekoszów 2Piekoszów garderoba
Koncert odbył się w dość kameralnym gronie (tzn. kiedyś to był dla nas szczyt frekwencji, ale po takich salach jak Jordanki, czy przed dwoma tygodniami w Katowicach poprzewracało nam się w głowach i teraz nie schodzimy poniżej widowni stadionowych ;P), a wszystko tłumaczyliśmy sobie konkurencyjną imprezą Andrzejkową ;D Ci co byli na więcej niż 1 czy 2 koncertach Ciszy <obym nie wywołał Barta z lasu… ;P> wiedzą, że można trafić na zupełnie odmienne występy i każda opcja ma swoje zalety 🙂 Mimo iż wystąpiliśmy w osłabionym składzie, Słuchacze dali nam do zrozumienia, że im się podobało 🙂 Dziękujemy Piekoszów.

wawa 1
W Warszawie zagraliśmy w Tawernie Gniazdo Piratów w ramach Festiwalu Pieśni Radosnej i rzeczywiście radość zawitała do naszych serc, gdy w nowo poznanym miejscu, zobaczyliśmy dobrze nam znane „klimaty”. Cała tawerna „przebrana” była za Bieszczady (!) wawa 2wawa 4
nawet znalazły się, stylizowane na schroniskowe, miejsca noclegowe 🙂
wawa nocleg
wawa przed tawerna
Wystrój sprawił, że poczuliśmy się jak w naszych ukochanych górach, organizatorzy zadbali nie tylko o szczegóły (np. butelka „miśka” na półce przy scenie), ale nawet o symulację upalnej pogody, bo na scenie było potwornie gorąco. Niedogodności wynagrodziła nam idealna akustyka pomieszczenia, niezwykle komfortowa to sytuacja dlatego też grało nam się świetnie, momentami nawet aż nadto z przytupem – znakiem czego była słoma lecąca z dachu ;P  Zdjęcia dzięki uprzejmości Elwiry Sztorc 🙂092gniazdo022gniazdo043gniazdo054gniazdo090gniazdo086gniazdo098gniazdo
104gniazdo
Po tym energicznym koncercie musieliśmy jeszcze bardziej energicznie uprzątnąć scenę,  za pół godziny bowiem miał odbyć się kolejny koncert :O Tu nieocenioną pomoc ofiarował nam Leszek Smoczyński, prawie w pojedynkę wynosząc nasz sprzęt, gdy my zajęci byliśmy składaniem pozostałych elementów – wielkie dzięki Leszku! Aby szybko uzupełnić braki energii bardzo się przydał prezent od Agnieszki Kolczewskiej w postaci bloczku czekoladowego domowej roboty – dziękujemy (i w cale nie był za słodki :*) Gdy już wsiedliśmy do auta, by wyruszyć do domu, Michał, z braku sił na wpisanie adresu w GPSie, podyktował mu głosowo:
– dom
{brak reakcji}
– Dooom!
{brak reakcji}
– DOM!!! DOM!!! DOM!!!
{wprowadzenie adresu} i całe szczęście, że w stolicy gramy tak często i można już jeździć na pamięć, bo GPS już nas kierował do miejscowości Dam Dam ;P

Dziękujemy Warszawa.
Przed nami ostatnia prosta w tym roku 🙂 Do zobaczenia!

Październik, czyli „Za Oknem Już Wieje I Pada Deszcz”

Kraków 6 Października 2017. Ten chłodny, jesienny już, dzień nie zapowiadał się szczególnie, a już na pewno nikt nie spodziewał się wydarzeń, które miały lada chwila nastąpić…  <Zamarzył mi się wstęp w stylu Bogusława Wołoszańskiego z programu „Sensacje XX wieku” ;P> Witam serdecznie w nowym miesiącu i zapraszam do relacji z chłodniejszego już miesiąca, gdzie opiszę co się działo w miesią… <kurcze, chyba zaczyna mi brakować synonimów, a do tego zaciął mi się backspace, no nic muszę pisać dalej ;P> Warto opisać co się działo jeszcze zanim dojechaliśmy do celu. Otóż mieliśmy okazję uszlachetnić nieco słownicwrto <SZLAG! Akurat jak nie mam jak cofnąć… skup się!> SŁO WNI CTWO  <uff> nie tylko dlatego, że po drodze mijaliśmy miejscowości o dość nietypowej nazwie
krakow irzadzekrakow prandoncin
również dlatego, że posiłek zamawialiśmy uśmiechnięci od ucha do ucha, acz z pewnym zakłopotaniem, „czy to wypada używać takich wyrazów w restauracji?”
krakow-menu.jpg
Chociaż jak widać pipki są daniem certyfikowanym, w dodatku serwowane w Domu Kultury, więc pełna kultura ;P
krakow certyfikat na pipki

Dawna stolica Polski wiedzie prym jeśli chodzi o ilość wypróbowanych miejsc, w których mogliśmy się z Wami spotkać i tym razem odwiedziliśmy zupełnie nowy obiekt. Chociaż patrząc z zewnątrz, słowo NOWY okazuje się nie oddawać istoty rzeczy, prawda?
krakow arkakrakow arka tyl
Całość sprawia wrażenie jakby czas się zatrzymał na siermiężnym PRL’u, ale tylko z zewnątrz, gdyż w środku klubu akademickiego ARKA znajduje się całkiem nowoczesna sala z potężnym nagłośnieniem, a na powitanie zabrzmiała fortepianowa muzyka. Studenci Akademii Rolniczej, jako prężnie działająca ekipa, pod przewodnictwem Roberta „Łosia” Łosika, pomogli nam szybko wnieść i zainstalować nasz sprzęt i, po szybkiej próbie, mogliśmy się przygotować do koncertu.krakow garderoba
Granie dla krakowskiej publiczności, jak zawsze, pełne jest humoru i koncert przebiega w luźnej atmosferze. Tak było i tym razem. Po złożeniu gratów, zasiedliśmy z gospodarzami „na chwilkę” – nocleg mieliśmy bowiem w pobliskim akademiku. Co prawda chcieliśmy się wymknąć jeszcze coś zjeść, ale nim się zorientowaliśmy, na naszym stoliku wylądowała pizza, a zaraz potem zupka chmielowa, więc już w ogóle nie było potrzeby się stamtąd ruszać ;P
krakow afterek
Robert opowiedział nam o wszechstronnej działalności klubu – oprócz koncertów odbywają się tu wystawy, spektakle, imprezy karaoke, skoki spadochronowe, świniobicie, kursy nurkowania w okularach przeciwsłonecznych <kurcze żartowniś się znalazł no, przecież backspace nie działa!… ;P> Nie, no tak na poważnie, to bardzo prężnie działające miejsce kulturalne i bardzo nam miło, że udało się nawiązać (mamy nadzieję nie tylko jednokrotnie) współpracę. Wnętrze Arki tak doskonale oddaje klimat „starych murów”, że jak przyszedł elektryk, by zamontować gniazdka, to spytał czy mają pozwolenie na wiercenie od konserwatora zabytków 😀 Taki wesoły, relaksujący wieczór 🙂
Rano obudził nas odgłos przejeżdżającego niemal pod samymi oknami pociągu i po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć kwitnące drzewo sandałowe ;P

krakow buty
krakow ilona

Zjedliśmy śniadanko, podziękowaliśmy chłopakom za gościnę, umówiliśmy się na następny koncert (jeszcze w tym roku) i pożegnaliśmy Kraków – dziękujemy!
Pora ruszać w drogę do Warszawy. Tak często tu gramy, że już można by było sądzić, że opisując kolejny raz wizytę w stolicy, autorowi wystarczy powciskać ctrl +c, ctrl+v i już opis gotowy i można zrobić przerwę na kawę ;P Po pierwsze: kawę mogę pić w trakcie <co zawsze zresztą robię  {sioooorrrrb} > Po drugie: wierzcie lub nie – nie ma dwóch takich samych koncertów. Choć przeważnie oznacza to, że za każdym razem mylimy się w innym utworze ;P Przeważnie gramy w zaprzyjaźnionym już miejscu <kurcze to do końca nie jest prawdziwe stwierdzenie; no bo jak się można przyjaźnić z miejscem…? Co, piszecie sobie: – Co u Ciebie słychać? – A wiesz, po staremu, trochę mnie strzyka w ścianach, chyba potrzebuję remontu… No nie, ale wiadomo o co chodzi, tak się tylko mówi 😉 >  Reducie Banku Polskiego, tym razem przyjęliśmy zaproszenie od Wawerskiego Domu Kultury. Trochę zaskoczyła nas sama scena, dość wysoka, co sprawiło wrażenie podziału na widownię i wykonawców, a co, jak wiecie, nie bardzo nam leży, wolimy razem z Wami współtworzyć występy.
wawa proba
wawa minius
Przy okazji Michał udzielił wywiadu redaktorowi Pawłowi Szeromskiemu dla radiowej Trójki, za jednym zamachem nagrywając pozdrowienia z okazji Świąt, Walentynek oraz Dnia Kobiet ;P Spotkaliśmy wielu znajomych, którzy obowiązkowo pojawiają się na naszych stołecznych koncertach, w tym naszego Przyjaciela Jędrzeja Molczyka, który już tradycyjnie przygotował dla nas przepyszny domowy chlebek. Jędrzej stał się bohaterem wieczoru, bo niestety tym razem nie udało nam się trafić z obiadem, który to zamówiliśmy sobie na dowóz, a którego „kondycja”, mówiąc delikatnie, nie była górnych lotów. No cóż Drodzy Czytelnicy, nie będę Was czarował, nie zawsze wszystko się udaje. Podczas śniadania dnia następnego rozstrzygaliśmy bardzo ważną kwestię – otóż  wywiązała się mniej więcej taka rozmowa:
– Zalejesz mi herbatę?
– A który to Twój kubek?
– Ten zielony
I teraz zagadka dla Was: jak myślicie który z widocznych na zdjęciu kubków jest tu podmiotem?

wawa kubki

..
.
Odpowiedź zależy od punktu widzenia otóż bowiem męska część zespołu solidarnie wskazała jeden z nich, a damska ten drugi (nie podpowiem kto wskazał który ;P)
Druga wesoła historia związana z noclegiem jest taka, że drzwi do łazienki nie miały zamknięcia, więc, aby zaznaczyć swą obecność w pomieszczeniu, okupujący musiał wyśpiewać „Łazienka jest zajęęęęta” tonację durową lub mollową, dobierając w zależności, czy były to pełne ulgi i radości, czy też wysiłku i cierpienia chwile ;P
Dziękujemy Warszawo.
Jedziemy do Pruszkowa. Nie mieliśmy daleko, a i tak udało się skomplikować tę podróż. Otóż na wyboistym wyjeździe z miejsca noclegu, „pękliśmy” amortyzator :/ szczęście w nieszczęściu, że w taki sposób, że dało się jechać przynajmniej tak krótką drogę, jak z Wawy do Pruszkowa. Czy po koncercie Bęc będzie w stanie dojechać do Poznania, na razie nie wiedzieliśmy (albo raczej nie chcieliśmy tym sobie głowy zawracać). Wróciliśmy do DK Kamyk po ponad 2 latach i od razu przywitała nas znajoma twarz 😉
pruszkow slup
Przy poprzedniej wizycie, mieliśmy zaszczyt gościć pana Marka na koncercie w charakterze słuchacza:
cisza majewski
nie zdając sobie jeszcze sprawy, że Jego utwór „Gazowe Latarnie” postanowimy nagrać w ramach projektu Ze Starej Szuflady.
Przyjemnie było stanąć/usiąść na scenie z taką dekoracją w tle 🙂pruszkow scena
pruszkow garderobapruszkow ksiega
Ale… Co ja Wam tu będę rozmazanymi zdjęciami psuł odbiór, dzięki fenomenalnemu oku Elwiry Sztorc możecie podziwiać jak na prawdę pięknie było 🙂

015pruszków2017016pruszków2017019pruszków2017030pruszków2017036pruszków2017043pruszków2017049pruszków2017

s

054pruszków2017061pruszków2017073pruszków2017

s

079pruszków2017
Dziękujemy Pruszków.
P.S. Ciszobencowi udało się jakoś doczłapać do Poznania, choć nie było łatwo, zważywszy, że skręcał tylko w lewo ;P

Kolejny tydzień rozpoczęliśmy wizytą w Koźminie Wlkp. Mimo że to tylko rzut beretem od Poznania, Michał i tak wziął ze sobą zapasy, choć wszyscy byliśmy przekonani, że to tylko jakaś darmowa próbka nowego dania na kształt takich, jakie podają hostessy w marketach (wszystkiego pół gryza, tylko by podrażnić żołądek ;P)
kozmin-lunch.jpg
Salę widowiskową kina Mieszko mieliśmy już okazję odwiedzić w przeszłości dwukrotnie
kozmin wejscie
tym razem przygotowaliśmy Wam (i sobie również) niespodziankę 😀 Otóż nasz znajomy, Mariusz Grzesiek (TAK! On ma imię na nazwisko! :D), który przyszedł, by pomóc nam w koncercie, podczas rozmowy nieśmiało gdzieś wtrącił, że „fajna ta Wasza nowa płyta”, że „nawet grałem sobie ten kawałek Last Minute na gitarze”… Zaraz, zaraz. Na gitarze? Elektrycznej?! Ej to dawaj, zagrasz z nami! – Poczekajcie, tylko skoczę do domu po gitarę i piecyk! 😀 I tak po kilku minutach od pomysłu doszło do jego realizacji, li tylko zaliczając po drodze kilkuminutową próbę generalną – „Dobra! Umiesz to!”. W zasadzie nie byliśmy też przygotowani technicznie, by nagłośnić dodatkowy instrument, więc rozkręciliśmy wzmacniacz na tyle mocno, by „przekrzyczał” całe nagłośnienie i był słyszalny dla każdego na sali. Ponadto Mariusz musiał grać bez odsłuchu (mamy tylko systemy douszne dla każdego, czyli 6 szt.) więc słyszał tylko swoją gitarę i, o tym w którym miejscu utworu jesteśmy, musiał poznać patrząc na perkusistę ;P Dał sobie radę doskonale, przysparzając i nam i Słuchaczom dużą (i głośną) dawkę emocji – Mariusz, dzięki  za dźwięki! Spontaniczne akcje są najfajniejsze 🙂
kozmin piesy
A właśnie, skoro o śmiesznych akcjach mowa… Ten oto przeuroczy Trufelek był bohaterem małego skandalu. Otóż podczas występu przyszedł, krocząc za przewodnictwem doświadczonego starszego brata, na scenę i wykonał na oczach zgromadzonej publiczności „saneczkowanie” przez całą szerokość sceny, co o mało nie doprowadziło nas do przerwania gry – ze łzami w oczach i w pełnym uśmiechu ciężko się śpiewa ;P
Po koncercie Widzowie nie szczędzili nam miłych słów, jedna pani była tak wzruszona, że gdy Michał oddał jej podpisaną płytę ze słowami „miłego słuchania”, przejęta odpowiedziała „nawzajem” 😀
Bardzo sympatycznie było Was znów odwiedzić, do zobaczenia następnym razem. Dziękujemy Koźmin. Na noc pojechaliśmy do Poznania, po drodze mijając wypadek – dachowanie osobówki (!) Zgromadzone na miejscu zdarzenia osoby machały do nas, więc zatrzymaliśmy się, by pomóc. Okazało się, że nikt nie ucierpiał, natomiast poprosili nas o pomoc w odwróceniu auta. Udało się i pojechaliśmy dalej z refleksją, że co prawda (na oko maksymalnie 20 – letniemu) kierowcy nic się nie stało, ale to tylko do czasu aż ojciec zobaczy w jakim stanie jego syn dostarczył samochód ;P
Następnego dnia mogliśmy się wyspać do woli, gdyż Kościan leży raptem niespełna godzinę drogi od Pozka. Właściwie to zarówno Autor, jak i Michał, mogli poczuć, jakby tylko na chwilę wyskoczyli zagrać koncert i wracają do domów na noc (taka trasa/nie trasa ;P) Kościański Ośrodek Kultury zrobił na nas pozytywne wrażenie już od początku. Sala dostosowana do koncertów, doskonale wyposażona, profesjonalne oświetlenie, akustyk ze sprzętem przygotowany.
koscian gitara swiatlo
Dorzuciliśmy tylko swoje graty i po sprawnej próbie dźwięku daliśmy się ugościć ulubioną strawą muzyków (a jakże) – pizzą 🙂 Śledząc niniejsze sprawozdania koncertowe wiecie już, iż dietę staramy się utrzymać zbilansowaną i zróżnicowaną: raz na cienkim cieście, raz na grubym ;P Trufelek, jak prawdziwy obrońca, został w domu pilnować posesji, natomiast Juno „Łowca Bisów” The Pies oczywiście nie dał się przekonać i musiał przyjechać z nami. Jak się okazało na miejscu, wyposażenie sceny obejmowało również Obrotowe Głowy Śmierci Od Świateł oraz Zabójcze Wytwornice Dymu -jedynych naturalnych wrogów Goldenów występujących w przyrodzie, więc dla jego komfortu pozostawiliśmy go w zamkniętej garderobie. Przynajmniej do czasu aż okazało się, że garderoba miała też drugie – otwarte drzwi i nasz piesek pojawił się na scenie jeszcze zanim człowieki z zespołu zdążyli dojść do swoich stanowisk 😉
koscian zyzy
z braku czasu przed koncertem, można przecież robić zdjęcia w trakcie ;P
Po bardzo sympatycznym koncercie, nastąpiła chwila troszkę niekomfortowa, podeszła do nas bowiem z reklamacją jedna z uczestniczek. Wyjaśniła nam, że prosiła o dedykację dla swojej przyjaciółki z okazji urodzin, a my ani be, ani me przez cały koncert. Michał próbował wyjaśnić sytuację twierdząc, że możliwe, że była taka prośba, ale on w takiej sytuacji zawsze prosi o przypomnienie w dniu występu. W natłoku zadań związanych z organizacją koncertu łatwo bowiem przeoczyć kto, dla kogo i o jaką piosenkę prosił – występ ma przecież swój rytm, klimat, pewien program, który chcemy zaprezentować Słuchaczowi jako spójną całość i jeśli taka prośba jakoś się w to wszystko wpasuje, to taką spełniamy. Pani twierdziła, że wysłała smsa z przypomnieniem, więc chcąc załagodzić sytuację Michał chwycił za gitarę i zaśpiewał jubilatce wybraną piosenkę
koscian urodzinowy song

Kościan
– dziękujemy.
Jak się okazało po drodze, pani „od reklamacji” napisała nam, że jednak nie wysłała tego przypomnienia… No cóż, wszystko dobre, co się dobrze kończy 😛
W sobotę trzeba było wyjechać już o 8, czekała nas bowiem nie tyle długa droga do Ostrołęki (bo to „jedyne” – mając na uwadze nasze standardy – 5 godzin jazdy), ale koncert miał się zacząć już o 16, co oznacza, że musimy być na miejscu o 13, by wszystko przygotować.
ostroleka przesiadka
Po drodze zostawiliśmy Mazdę i już „wszyscy razem w jednym tempie” pojechaliśmy dalej. Na miejscu zaskoczyła nas nietypowa scenografia – wnętrze Muzeum Kultury Kurpiowskiej stylizowane na dziedziniec kamienicy 🙂
ostroleka widowniaostroleka podworko
Akustyka też sprawiła, że byliśmy ciekawi, jak zabrzmi znany z dzieciństwa okrzyk, który, zanim wynaleziono komórki, można było usłyszeć chyba na każdym podwórku
„JAAAA-SIUUUU ! ! ! OOO-BIAAAAD ! ! !” ;P
ostroleka minius
W ogarnięciu wydarzenia (nie pamiętam już nawet który raz) pomogli nam nasi Przyjaciele Gosia i Robert Mukowscy 🙂 (przy okazji zdjęcie od Roberta – dzięki!)
ostroleka
Występ nie zgromadził jakiejś porażająco wielkiej frekwencji, ale kolejny raz potwierdziliście powiedzenie, że nie ważna ilość tylko jakość. Słuchacze nie pozwolili nam zbyt szybko zakończyć koncert i dopiero po trzecim bisie oraz niepodważalnym usprawiedliwieniu musieliśmy się pożegnać. Wszystko dlatego, że po koncercie nie czekał nas jeszcze odpoczynek – pojechaliśmy na wesele Marioli i Grzegorza, by zagrać im choć kilka utworów, poniekąd jako akompaniament do pierwszego tańca 🙂
ostroleka wesele
Miło nam bardzo, gdy ktoś ceni naszą pracę na tyle, by spotkanie z nami na zawsze połączyć ze wspomnieniami tego najważniejszego w życiu dnia 😉
Jako niespodzianka dla Gości wesela musieliśmy pozostać niezauważeni, więc w osobnej sali oczekiwaliśmy na umówiony znak sygnał. Zaczęliśmy odczuwać już głód, a że podanie obiadu się opóźniało i pod ręką były jedynie Junowe chrupki …
ostroleka dziewczyny jedza
Oczywiście to „fake” – dziewczyny zajadają się mieszanką studencką a ugoszczono nas należycie ;P
Po tych wszystkich, jakże różnych, wrażeniach spoczęliśmy w końcu w hotelowych łóżkach, jednak nie udało się spokojnie zasnąć, któreś z nas zapodało bowiem pewną melodię i przez cały wieczór próbowaliśmy dociec skąd ją znamy, przeszukaliśmy nawet cały internet – bezskutecznie… Dziękujemy Ostrołęka, dobranoc.
Nazajutrz wraz z łykami pierwszej kawy, tradycyjnie zakupionej na stacji „Wróblen”, przyszło olśnienie, co do kwestii nierozstrzygniętej poprzedniego wieczoru. Ową melodią była czołówka programu 5-10-15, na którym, można powiedzieć, się wychowaliśmy 🙂 Michała, co do tego, naszła ciekawa refleksja:
– Pamiętam jak oglądałem 5-10-15 i ten bloczek dla pięciolatków był taki dziecinny, a ten dla 15stolatków zbyt poważny… Miałem wtedy 20 lat
😀
Wszystkich nas naszła jeszcze jedna refleksja: gdzie my właściwie dziś jedziemy?!
sprawdzanie adresu
Przeważnie w kilka sekund można uzyskać odpowiedź, przecież twarzoksiążka przypomina o wydarzeniu pt. koncert. Tym razem takiego wydarzenia nie utworzyliśmy, a wszystko dlatego, że jechaliśmy do Chorzowa, by w kultowej Leśniczówce zagrać specjalny, prywatny koncert dla Angeliki i Adama. Właściwie to ten koncert Adam zaplanował już 1,5 roku wcześniej, gdy wsparł nasz projekt Ze Starej Szuflady, wykupując taki właśnie prezent na rocznicę ślubu dla swojej ukochanej 🙂 Jak na skrzydłach polecieliśmy, ciesząc się na ten kameralny koncert – na luzie, dla grupki najbliższych znajomych, których postanowili zaprosić na świętowanie rocznicy. Skrzydła podciął nam nasz Bęc (no nie mógł sobie podarować, co chwila coś innego się psuje, no…), a właściwie jego wąż układu chłodzenia, który się przetarł.
Szukając ratunku zajechaliśmy na napotkany w pobliżu Radomska parking dla TIR’ów – a nuż uda się kupić zniszczoną część. Zapytaliśmy przypadkowo spotkanego jegomościa czy coś wie, pomoże, zaradzi i, jak się okazało, był to właściciel warsztatu, bądź co bądź zamkniętego w niedzielę, który tylko na chwilę przyjechał coś zabrać i akurat spotkaliśmy się na tyłach, gdy już zamykał drzwi. Trafiło nam się, jak ślepej kurze ziarno. Obiecał dosztukować gumowy wąż, byśmy mogli chociaż dojechać na koncert, a potem będziemy się przejmować poważniejszą naprawą – prowizorki są najtrwalsze ;P
chorzow usterka 2
Zakasaliśmy, więc rękawy, by pomóc panu Mechanikowi, a przy okazji wywiązała się ciekawa rozmowa między specem a laikiem (czyli Autorem)
chorzow usterka
Mechanik: Czym te rurkie, żeby nie wyleciała z æΩüðÓì↔ΑùξΣ
Darek: O rany! Jak to się nazywa???
M: No co Ty! Nie wiesz co to ç⊄μΞ¬≅⊗℘α? Coś się chyba znasz na samochodach?? Jakieś podstawy?!?
D: Wiem, że nasz nie jedzie…
M: Bosz… Kto Ci dał prawo jazdy?!
D: Kto… Nikt!
M: A to nie Ty jesteś kierowcą?! Dobra, po prostu trzymaj TO… TYLKO MOCNO!
Gdy udało się jakoś naprawić usterkę Pan Mechanik znów wyskoczył (z rozpędu) z przestrogą:
M: Tylko uważajcie, przy zwiększonych obrotach poczekajcie aż ≠∫√²éåΣκÜ zacznie się ∠¾ΛœØÒℑ∴ℵψ
D: ….
M: Po co ja Ci to mówię… KIEROWCA!!!
Przygoda na szczęście zakończyła się na wesoło i mogliśmy jechać dalej, a bardzo pomocnemu panu dziękujemy za ratunek oraz tzw. „made our day” 😀
Leśniczówka, choć byliśmy tu już 5 lat temu, jest miejscem, w którym odbywają się przeważnie rockowe koncerty. Na pewno nie można odmówić właścicielowi zadbania o odpowiedni klimat i wystrój – chociażby hokery 🙂
chorzow krzeslo
Pod sceną rozstawione OOOOOGROOOOMNE kolumny, których jednak nie mogliśmy rozkręcić, gdyż na imprezie obecnych była pokaźna grupka milusińskich, liczebnością przekraczając nawet dorosłych 🙂 Najdzielniejsza trójka urwisów, dzieci naszej pary gospodarzy wieczoru, Marcel, Marta i Milenka, cały koncert spędziła pod sceną nic sobie nie robiąc z tych potężnych głośników 🙂
Bardzo rodzinny, niedzielny koncert na zakończenie trasy pełnej przygód. Dziękujemy za zaproszenie i życzymy wszystkiego dobrego!
Po weekendzie wolnym od grania „naszą ostatnią prostą” piździernika <backspace już działa po prostu pogoda stałą się bardzo wietrzna> zaczęliśmy w Gdyni w dobrze nam i Wam znanym Domu Rzemiosła. Oczywiście biednemu zawsze wiatr w oczy, a tym razem wiatr z deszczem towarzyszył nam przy wypakowaniu sprzętu. Na scenę pożyczyliśmy z wyposażenia sali lampy, które z wyglądu oraz mocy chyba były budowlane, bo po włączeniu, mimo iż były skierowane na scenę, to i tak rozświetlały znaczną część widowni. No i można było się przy okazji opalić 😉 Jako, że odpoczęliśmy od siebie przez jeden weekend, rozstawianie sprzętu przebiegało z towarzyszeniem głupawki i tak nam poniekąd zostało już przez całą trasę ;Pgdynia rozkladanie scenygdynia majki
Trójmiejska Publiczność nie zawiodła, koncert odbył się w atmosferze śpiewankowej, nie trzeba było nikogo specjalnie do tego namawiać. Dodatkowo, Słuchacze zaczęli klaskać na DWA (czyli w przeciwieństwie do „odruchowego” na RAZ), co nas kompletnie zaskoczyło, ale jeszcze śmieszniej, że przestawili się na RAZ, gdy tylko Michał ich za to skomplementował ;P Wesoło musi być! 🙂
Po koncercie dziewczyny pojechały do domów, a my – chłopaki „poszliśmy w miasto” czyli na pizzę 😀 Tym razem udało się upolować taką prawdziwą, z pieca opalanego drewnem, więc podniebienia takich „koneserów” włoskiego placka zostały dopieszczone 🙂 Na nocleg wybraliśmy przybytek o nazwie „Dom Marynarza”, co w 100% oddawało charakter tego miejsca… Dość powiedzieć, że kotwice, stery i inne gadżety oręża wilków morskich były wszechobecne, w dodatku, jak rano poszliśmy na śniadanie, jedyne naczynia, do których mogliśmy nalać soku, miały pojemność ok 100 ml (czyli tzw. literatka). Dramatyzmu sytuacji dodał fakt, że sok podano w dystrybutorze z trzema pojemnikami, z obrazkami – kolejno: pomarańczy (pusty), jabłka (leciał sok grapefruitowy) oraz czystej wody (ze względu na typowe przeznaczenie literatek – nie ryzykowaliśmy, czy na pewno poleci woda) ;P
Także poranek znów na wesoło, jeszcze tylko obowiązkowy selfiak i lecimy dalej!
gdynia-rano.jpg

Dziękujemy Gdynia.
Jedziemy do Lublina, by zagrać na festiwalu Bakcynalia 2017.

lublin mini 3 klasa
Tego dnia wstaliśmy już o 7 rano. Co w tym dziwnego?! Przecież, wielu ludzi tak wstaje codziennie do pracy przez całe życie. To normalne. Nigdy się nie upieraliśmy, że tak do końca normalni jesteśmy 🙂 No bo, czy to normalne, że ludzie jadą kilka godzin, do „miejsca pracy”, przez 3 godziny je przygotowują, przez kolejne dwie wykonują jakieś dziwne wygibasy na oczach obcych osób i jeszcze cieszą się z tego jak dzieci? Że potem sprzątają wszystko z powrotem do samochodu, kończąc „swoją pracę” niekiedy dopiero ok 22, do (nie swoich) łóżek docierają ok. północy i, najczęściej zatopieni w emocjach, nie mogą zasnąć do późnych godzin? Czy po latach takiego funkcjonowania – weekend w weekend – czerpią radość z występów i z ogromnym apetytem czekają na kolejne ciągle nie mając dosyć? Czy spotykanie na swojej drodze niezwykłych ludzi, którzy od razu stają się przyjaciółmi i współtworzą takie wydarzenia jak koncert, czy zlot jest czymś powszechnym? Taką „nienormalność” w naszym życiu, to my akceptujemy w pełni 🙂
Niestety i tym razem dopadła nas rzeczywistość i, przez roboty drogowe, które przemilczał nie tylko GPS, ale również zapomniały osoby odpowiedzialne za umieszczenie stosownych znaków na drogach, spóźniliśmy się na próbę. Ta niestety przez sztywne ramy czasowe festiwalu musiała się odbyć o określonej porze i „przepadła” nie z naszej winy. Na szczęście akustycy odpowiedzialni za nagłośnienie festiwalu, poszli nam na rękę i poświęcili swoją przerwę, by nas odpowiednio ustawić,  mając na uwadze dobro uczestników, którzy także przecież nie byli niczemu winni, a których najbardziej brak tej próby by dotknął – spodziewali się przecież określonej jakości występu. Chapeau bas Panowie!
lublin scena pusta
Przed nami zagrali Profi
lublin-profi.jpg
oraz Tomek Lewandowski wraz z Piotrem Bzowskim, więc Publiczność była już mocno, jak to się mówi, rozgrzana. Podczas gdy Michał udzielał niezliczonej ilości wywiadów, wszechobecnym na festiwalu reprezentantom mediów, my rozgrzewaliśmy się w garderobie, kontynuując głupawkę
lublin garderobalublin-profi-milimetr-mariol.jpg
na zdj. od prawej konferansjer/wykonawca Profi, organizator Milimetr, Jakiś Brzydal ;P
W końcu można było w ramach zemsty i Mariuszowi się wciąć w selfiaka w roli Mistrza Drugiego Planu

lublin miszcz

Profi zaskoczył nas bardzo zabawną zapowiedzią, w roli konferansjera wspiął się na wyżyny, przeskakując przeważnie cytujących opis znaleziony w internecie adeptów tej niełatwej sztuki scenicznej. Brawo! 🙂 Publiczność bawiła się przez cały koncert, tym samym i nam dostarczając ogromnej energii oraz odwagi – można było pożartować i po prostu być sobą 🙂 Po koncercie, jak zwykle wyszliśmy „do ludzi”, chłopaki namawiali losowo wybrane osoby na wspólne zdjęcia 😉
lublin focia
A już całkowicie po zakończeniu „obowiązków”, reprezentacja Ciszy udała się na afterek do klubu, gdzie po koncertach odbywały się jeszcze śpiewanki (niezła organizacja, trzeba przyznać, był nawet śpiewnik wyświetlony za pomocą rzutnika, by wszyscy mogli śpiewać)
lublin afterlublin after 2
lublin baner
Dziękujemy Lublin.
Jedziemy do Olsztyna. Obowiązkowo najpierw trzeba było uzupełnić czarne paliwo, a że na stacji dostępny był tylko jeden malutki automat do kawy, spędziliśmy tam trochę czasu, próbując jakoś te chwile sobie umilić 🙂
olsztyn-mini-mariol.jpg
olsztyn-po-kawe.jpg
„Polecamy – Cisza Jak Ta” ;P
Mocno zaskakujące okazało się miejsce koncertu, mieliśmy zagrać na wodzie (!) No może tak nie do końca bezpośrednio, ale i tak w tawernie trochę bujało (czyżby objawy choroby morskiej?), a pod nogami słyszeliśmy chlup, chlup.
olsztyn miejsce koncertu
Wnętrze, choć klimatyczne, wymusiło na nas układ sceny, który (doliczając podobno niespotykane w tym miejscu zainteresowanie koncertem) spowodował niezwykłą bliskość Słuchaczy, a wręcz na początku sprawiało to trochę zakłopotanie/tremę mieliśmy wrażenie, że pierwszy rząd znajduje się już na scenie 🙂 Na szczęście owe zakłopotanie trwało tylko przez kilka pierwszych minut, potem bowiem „zażarło” i opadła kurtyna niezręczności, przeradzając atmosferę w niezwykle domową 🙂
Myślę, że udało się to uwiecznić na zdjęciach naszym Przyjaciołom – Wróbelkom 🙂
116542181037
Asiu, Zbyszku – dziękujemy za pomoc w znalezieniu tego niesamowitego miejsca oraz za piękne zdjęcia 🙂
9
Dziękujemy za pomoc w ogarnięciu chaosu pokoncertowego Justynie Raginiak, a gospodarzom tawerny, Alinie oraz Kazimierzowi za współorganizację 🙂
Dziękujemy Olsztyn.

bya-niedziela-29-padziernika-2017-ostatni-dzie-trasy
Jedziemy do maleńkiej miejscowości Czarna Woda. Po drodze napotkaliśmy już nawet pierwsze oznaki zimy a mianowicie pojawiły się bałwany… na Wiśle (!)
czarna woda balwany na wisle
a do tego tak wiało, że fale poruszały się wstecz, (HA! Czyli ktoś jednak ją kijem zawrócił… ;P) Poza tym przez całą drogę przejeżdżaliśmy przez miejscowości o nietuzinkowych nazwach, próbując odgadnąć jak nazywa się mieszkanka takowej – by wymienić tylko kilka: Gietrzwałd, Zabagno, Szpęgawsk 🙂 (taka „Gietrzwałdzianka”, pracując za granicą, może mieć wesoło, opowiadając skąd pochodzi)
No i wylądowaliśmy w kościele – a co, w końcu jest niedziela! 😉 Nietypowe to miejsce jak na koncert, ale uwierzcie, że akustyki mogłaby pozazdrościć niejedna instytucja mająca na wyposażeniu salę koncertową. Absolutnie pozytywnie zaskoczyło nas to zjawisko, spodziewaliśmy się bowiem niemiłosiernego pogłosu, a było wręcz niebiańsko przyjemnie dla ucha, zwłaszcza wokalistom (przyznaje to nieśpiewający Autor) śpiewało się nadzwyczaj komfortowo, co przełożyło się na jakość wykonu <taka ukryta pochwałka ;P>czarna woda scena
Ksiądz proboszcz, jak się okazało, bardzo przychylny takim wydarzeniom, dopatrzył się nawet w naszej twórczości pierwiastka religijnego – pewnie za sprawą anioła Szemkela 😉
Musimy Wam zdradzić genezę koncertów w Kościele Rzymskokatolickim pw. Matki Bożej Częstochowskiej. Otóż w tej miejscowości nie ma sali koncertowej spełniającej warunki większych koncertów, jest natomiast zapotrzebowanie na takie wydarzenia oraz ogromna determinacja pań pracujących w miejskiej bibliotece. To właśnie ich inicjatywa spowodowała, że Czarnowodzianie <rany, czy tak nazwać tubylców będzie poprawnie?!?! W razie czego – przepraszam ;)> mogli wybrać się na koncerty m.in. Stanisława Soyki. A jak się takie sprawy załatwia w praktyce? Ano chodzi się przez 5 tygodni do burmistrza, ciągle namawiając „zobaczy Pan, ludzie przyjdą, tylko niech Pan się zgodzi” i w końcu burmistrz, chcąc mieć spokój, zgadza się 😀 Niech ta postawa zawstydzi wszystkich, tak wielu spotkanych na naszej drodze, pysznych dyrektorów domów kultury, którzy na nasze propozycje zagrania koncertu („nic to pana nie kosztuje, mamy wszystko swoje: sprzęt nagłośnieniowy, oświetlenie, pana prosimy tylko o prąd i otwarcie nam drzwi”) reagują wręcz wyśmianiem, mimo iż to ich praca, ale trzeba by włożyć minimum wysiłku i zrobić coś dla ludzi przecież 😦 ręce opadają… Wracając do wydarzenia, pokrzepiło nas, że ludzie z takim zaangażowaniem organizują kulturę w małych miejscowościach – chcieć to móc 🙂 Nie przeszkadzało nam nawet przeszywające zimno wypełniające całą nawę, tyle tylko, że założyliśmy na siebie wszystkie możliwe ubrania 🙂 Po koncercie uzupełniliśmy kalorie, jakie nasze organizmy spaliły, by zapobiec hipotermii, przy pomocy pysznego ciasta i najgorętszej herbaty 😉 Dziękujemy Czarna Woda.
Tak więc zakończył się jesienny październik, przed nami kolejne przygody, zostańcie z nami. Do przeczytania!

Wrzesień 2017, czyli „…do szkoły by się szło…”

„Mamo! Jeszcze 5 minut…” Któż z nas ani razu tego zdania nie wypowiedział, będąc budzonym do szkoły… 😉 Wrzesień kojarzy się każdemu z nieprzyjemnym obowiązkiem rozpoczęcia nowego roku szkolnego, my zawitaliśmy w mury II L.O. w Gorzowie Wielkopolskim jeszcze dnia ostatniego sierpnia, by zagrać z okazji Rajdu Harcerskiego Adventure Siderea.
Gorzow pomnik
Ta pani wydaje się jakaś znajoma – WIEM!!! Przecież to ta słynna Pani z memów! ( za dużo internetów, ehh… ;P)
dabrowa scena

Harcerze udekorowali całą salę balonami, które co chwila z hukiem pękały przyprawiając Junka o palpitację serca, więc biedaczek ukrywał się przez cały czas w garderobie. Podczas koncertu już od pierwszego utworu – Miłość W Cisnej – harcerze zainicjowali pod sceną „młynek” i poszli ostro w pogo – widocznie wakacje spędzili na Przystanku Woodstock i Festiwalu w Jarocinie ;P Koncert przebiegł więc pod hasłem radosnego skakania, biegania w kółko i rytmicznego głośnego klaskania 😉 Teraz mogą z czystym sumieniem schować nosy w książki. Mamy nadzieję, że ten ostatni dzień wakacji spędzili dobrze się bawiąc. Zadziwiające jakie pokłady energii drzemią w tej charakterystycznej grupie naszych odbiorców :D. Po koncercie, z pomocą dzielnych druhów, prędko spakowaliśmy sprzęt, a wygłodniały zespół za priorytet obrał sobie upolować coś do zjedzenia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, trudno bowiem było znaleźć miejsca, świadczące usługi gastronomiczne w tygodniu, o tak późnej porze (zbliżała się 22), które spełniały kryteria naszych wysublimowanych podniebień 😛 – tak naprawdę chcieliśmy zjeść cokolwiek, byle było 1 ciepłe, 2 smaczne i 3 szybko. Po chwili bezowocnych poszukiwań w internecie, zrezygnowaliśmy z pkt. 2 i zamówiliśmy pizze ;P Z racji tego, że nie był to weekend, pizzeria nie świadczyła też usługi dowozu, gdyż mieli lada moment zamykać.
„Proszę Pani! My przyjedziemy po tę pizzę, nie ma problemu, zaczynajcie już robić, zabierzemy na wynos”
Wpadamy do pizzerii krzycząc jednym tchem: „Dobrywieczórtomydzwoniliśmyzamawialiśmy3pizze ! ! !”
„Dobry wieczór. Spokojnie, już się robią. Proszę usiąść, zawołam jak będą gotowe do odbioru”. Usiedliśmy więc i próbowaliśmy głośną rozmową zagłuszyć granego przez nasze kiszki marsza. Po dłuższym czasie wyczekiwania, przeplatanego niecierpliwymi i znaczącymi spojrzeniami rzucanymi w kierunku lady, teraz pustej, a przy której wcześniej stała w/w Pani, postanowiliśmy zadziałać i upomnieć się o zamówienie, obiecano przecież, że będzie (pkt 3 -) szybko. Tym razem po przeciwnej stronie lady pojawiła się inna Pani, która radośnie nam oznajmiła, że wywiązali się z umowy, nasze pizze TU (pokazuje na kartoniki znajdujące się po jej stronie) leżą już od 10 minut, spakowane i gotowe, by je zabrać.
– Przecież my tu ciągle czekaliśmy, tamta Pani miała nas poinformować,
– Proszę Pana, tamta pani już skończyła swoją zmianę…
< w tym miejscu na myśl przychodzi pamiętna scenka z Misia: „nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi”>
Tak oto chcąc – nie chcąc ominął nas ostatni, punkt 1, musieliśmy więc dopisać pkt 4:  „albo dobra, zjedzmy cokolwiek” 😀 Nic to, po kolacji zebraliśmy się w hotelowym pokoju i, nie wiadomo skąd, nagle zaczęliśmy rozmawiać na temat klipów. Wychodzi na to, że z braku czasu, a także pomysłów co do realizacji takowych, Cisza nie doczekała się jak dotąd spektakularnych filmowych produkcji krótkometrażowych (z wyjątkiem obrazów do W Naszym Niebie oraz Niebiesko) , zwanych potocznie teledyskami <swoją drogą kto wymyślił ten termin i w jaki sposób on do tego się odnosi? „Tele” można jeszcze podciągnąć, że od „telewizja” ale ten „dysk”… oj Darek idź sobie kawę zrób, bo odbiegasz od tematu i jakieś tu wewnętrzne dyskusje uskuteczniasz> ;P
Po długich rozmowach, doszliśmy do wniosku, że biorąc pod uwagę realia, czyli brak czasu, pomysłu oraz koszty realizacji, nie wiadomo kiedy to nastąpi :/ Ale wracając na ziemię, tak oto zakończył się dzień pierwszy jesiennej trasy. Gorzów – dziękujemy.
Następnego dnia wyruszyliśmy do Dąbrowy, by na zaproszenie Zbyszka Janowskiego wystąpić na festiwalu ZAMCZYSKO. Byliśmy tym faktem bardzo uradowani, czekał nas bowiem koncert w doborowym towarzystwie. Z powodów logistycznych, podróż odbywaliśmy na dwa samochody i tu zaczyna się śmieszna/tragiczna część tej opowieści, po raz kolejny nastąpił konflikt na linii My – GPS… W wyniku tego Ciszobęc pojechał południową trasą, a Mazdę (prowadzoną przez Ilonę) nawigacja pokierowała północnymi drogami, przy tej okazji zaśpiewaliśmy sobie „jadę dołem, a Ty górą” ;P Jak się okazało, na autostradzie wydarzył się karambol i nasze urządzenia GPS odmiennie zareagowały na sytuację na drodze, znajdując różne alternatywy dojazdu. Dodatkowo szacowany czas podróży co chwilę ulegał drastycznej zmianie, zapewne na skutek ulewy

dabrowa deszcz oraz tego, że pozostali kierowcy również uciekali przed korkiem na A4, zmniejszając przepustowość bocznych dróg :/ Po jakimś czasie bezowocnych manewrów, zdecydowaliśmy się zadzwonić do organizatora z informacją, że niestety się spóźnimy <kurcze, deja vu jakieś… ;P> Największym zaskoczeniem były dla nas słowa Zbyszka:
„aha, Wy też… ”
Okazało się, że praktycznie każdy z występujących tego dnia Artystów, pierwsze co wykonał w ramach festiwalu, to telefon w tej samej sprawie do Organizatora 🙂
Tym samym, z czystym sumieniem mogliśmy pochwalić się, że nie odstawaliśmy od reszty Wykonawców ;P Chociaż Drodzy Państwo, jak to się mówi „na dwoje babka coś tam”, ale o tym za Chwilę… Gdy dopłynęliśmy już do Dąbrowy, trzeba było wziąć się z rozpędu za próbę, jednak przez te opóźnienia zrobiło się małe zamieszanie i nie można już było dojść, czy kolejność instalowania się na scenie pozostaje zachowana. Koniec końców odbyliśmy próbę o czasie, w którym miały się rozpocząć już koncerty i niestety wyszło trochę niezręcznie, w pośpiechu musieliśmy iść na kompromis pomiędzy odpowiednim nagłośnieniem i komfortowym ustawieniem się na scenie, a naglącym programem imprezy. Dodać trzeba, że cały czas padało i było okropnie zimno, każdy więc ratował się jak mógł przed pogodą.dabrowa proba
dabrowa-chwila-nieuwagi.jpg
Kiedy impreza w końcu się rozpoczęła, trzeba było się schować do namiotów stanowiących garderoby dla Artystów i, racząc się hektolitrami gorącej herbaty, wysłuchaliśmy koncertów z zaplecza. Najpierw wystąpili Tomasz Olesiński oraz Piotr Kajetan Matczuk z zespołami towarzyszącymi, ale największym zaskoczeniem był występ zespołu Póki Co. Pamiętamy ich jako debiutantów nieśmiało jeszcze kroczących ścieżkami festiwalowych konkursów, a dziś już widzimy pewnie czujący się na scenie zespół „pełną gębą”. Ela Rojek z ogromną charyzmą prowadziła koncert, porywając Publiczność. Nawet gdy akustycy mieli chwilowe problemy z nagłośnieniem, pojawiające się sprzężenia i inne hałasy nie przeszkodziły wokalistce w utrzymaniu świetnego kontaktu ze Słuchaczami – pełna profeska. Bardzo przyjemnie odebraliśmy ich koncert i patrzymy w przyszłość z zaciekawieniem jak będą się rozwijać dalej. Trzymamy kciuki! 🙂 Dalej przyszedł czas na występ naszych Przyjaciół z zespołu Chwila Nieuwagi. Tutaj już nastąpiła konkretna jazda bez trzymanki. To co oni wyprawiają na scenie od dawna powodowało u nas opadanie szczęk, tym razem postanowili dołożyć jeszcze do pieca i zaprosili do wspólnego koncertu Kubę Blokesza. Tego po prostu nie można było przegapić. Chylimy czoła przed Wielką Sztuką, jednocześnie zaznaczamy, że znamy się z nimi od dawna i mamy nadzieję, że nie zapomną o nas, gdy już wejdą na sam szczyt muzycznego Olimpu 😉 Natchnieni muzycznymi dokonaniami wykonawców występujących przed nami weszliśmy nieśmiało na scenę mając nadzieję, że nas nie wygwiżdżecie i na szczęście tak się stało. Tzn. nie stało się,     znaczy stało się,    znaczy nie wygwizdaliście nas <Darek chyba za dużo tej kawy, co?> Byliśmy pod ogromnym wrażeniem Waszej żywiołowości, gdy zaczęliśmy grać, no dobra, pewnie to zasługa tego, że akurat wtedy przestało padać 😀 (w końcu jakaś rekompensata od natury za całe deszczowe wakacje). Nie robiąc sobie nic z trudnej pogody daliście nam poczuć się wspaniale, mimo iż graliśmy w towarzystwie silnej (z braku innego odpowiedniego słowa nazwijmy to) „konkurencji”.
dabrowa michal vs batman
<Hrabia Drakula atakuje Michała>

dabrowa scena 2
zdj. Zbyszek Janowski
Po zejściu ze sceny mogliśmy jeszcze wysłuchać koncertu Gwiazdy tego wieczoru – Eli Adamiak.
dabrowa koncert eli
To był ciężki dzień, ale dzięki muzycznej uczcie, jaką zaserwowali nam pozostali Artyści i Waszym gorącym przyjęciu, zasnęliśmy zmęczeni i szczęśliwi. Dziękujemy ZAMCZYSKO!
Na zakończenie pierwszego powakacyjnego weekendu czekał nas niezwykły koncert. Zdarzało się, że graliśmy na uroczystości ślubnej, ale tym razem wesele Iwony i Erniego odbyło się kilka dni wcześniej, jednak Państwo Młodzi postanowili dopasować się nieco do naszego grafiku i zorganizowali spotkanie z przyjaciółmi zapraszając i nas do Kompleksu Małe Dolomity w Hucisku. Gdy dotarliśmy na miejsce, właściciele tej atrakcji, chcąc, w imieniu Pary Młodej, pomóc nam w zorganizowaniu niespodzianki dla gości, przedstawili nam opcje lokalizacyjne koncertu: („A oczom ich ukazał się las…”)
hucisko las
Wędrowaliśmy tak beztrosko podziwiając florę i faunę,
hucisko sidhucisko cos
jednak nie mogliśmy się zdecydować na scenografię – albo była zbyt przewiewna

hucisko altana
albo za ciasna…
hucisko domek barbi
wybraliśmy więc miejsce na werandzie przy pokojach gościnnych
hucisko scena

hucisko sprzet w podlodzehucisko sprzet w podlodze zoom

hucisko scena
Dzięki temu rozwiązaniu mogliśmy podczas występu napawać się pięknym widokiem
hucisko junohucisko widok

Aby nabrać sił przed występem, musieliśmy pokrzepić się jakimś posiłkiem, w tym celu Ola z Iloną wspólnymi siłami przebrnęły przez meandry telefonicznego zamawiania jedzenia na dowóz – jak widać, nie było łatwo ;P
hucisko-dziewczyny.jpg
Nie obyło się bez przygód, okazało się, że nigdzie nie możemy znaleźć zasilacza do perkusji (jakże niezbędnego przy elektronicznej wersji tego instrumentu)… Telefon do Zbyszka rozwiał wszelkie wątpliwości, ten przyznał, że został takowy znaleziony na scenie w Dąbrowie, widocznie w całym tym festiwalowym zamęcie najzwyczajniej się zapodział. Patrząc z szerszej perspektywy i tak mamy niezłą średnią skoro, na tyle koncertów w roku, tylko raz zdarza nam się zgubić coś istotnego z punktu widzenia koncertu – nie liczymy oczywiście strat w prywatnej garderobie, tej starczyłoby zapewne do ubrania całego pułku wojska… taaak, zaraz, gdzie to ja byłem? Aha! Gdy atak paniki minął, rozpoczęliśmy żmudny proces podłączania każdego znajdującego się w naszym posiadaniu zasilacza – a nuż któryś będzie działał (chodzi o to, by były tam jakieś odpowiednie miliampery czy coś). Po wielu próbach okazało się, że musimy (uwaga!) zasilacz od tunera Mariusza zamienić z zasilaczem efektu do wokalu Michała, Mariuszowi w zastępstwie pożyczyć baterie do tunera, zasilacz Michała dać do tunera dla Darka, a ten od niego podłączyć do perkusji. Dziwna to konfiguracja, ale tylko w takiej wszystko działało jak należy 😀 Tzn. działało do czasu podłączenia lamp… Nie mogliśmy dojść, dlaczego ciągle wywalało korki, ale po jakimś czasie pomyśleliśmy, że może mieć to związek z wodą, którą po wakacyjnej trasie dopiero teraz wylaliśmy z pokrowca ze sprzętem oświetleniowym… No, ale pewności nie ma! ;P Zatem podłączaliśmy po kolei każdą lampę do prądu, a w tym czasie pracownik kompleksu dyżurował przy bezpiecznikach, włączając je raptem 6 czy 7 razy aż w końcu namierzyliśmy „winowajcę” 😀 Takie przygody nastroiły nasze humory odpowiednio do występu – wesoło musi być!
Po tym bardzo przyjemnym, plenerowym koncercie, zostaliśmy zaproszeni na dalszą część imprezy, przy ognisku, kiełbaskach i innych harcach ;P Dziękujemy Iwonie i Erniemu, życzymy pięknej wspólnej przyszłości!
hucisko ognisko

Po pierwszym weekendzie, zakończonym dość rozrywkowo, nadeszła pora na kolejny wyjazd, tym razem zaczynamy 8 września od Wrocławia. Ośrodek Działań Twórczych Światowid (czyli nasze stałe miejsce spotkań z Wami) tego dnia pełny był życia, ze względu na odbywające się tam warsztaty artystyczne.
wroclaw podworko
Niestety, z powodu braku czasu, nie mogliśmy sobie pozwolić na uczestnictwo, musieliśmy przecież przygotować własne wydarzenie artystyczne 🙂 Nie było żadnych problemów z rozstawieniem sprzętu, gdyż każdy zakamarek Światowida znamy już jak własną kieszeń, nawet tajemne przejście z garderoby na widownię, dzięki któremu Mariusz mógł się prześliznąć niepostrzeżenie, by zrobić fotkę przed koncertem 😀
wroclaw scena
Oświetlenie na sali powoduje, że Publiczność jest dla nas doskonale widoczna, a to zawsze wywołuje u nas odrobinę tremy, jednak Wasz aktywny udział w koncercie spowodował szybkie rozluźnienie i mogliśmy cieszyć się wspólnie zaśpiewanymi piosenkami 🙂
wroclaw scena zdj bart
zdj. Bart Kucharski
Jak widać tym razem mogliśmy z usprawiedliwioną bezczelnością stwierdzić, że na scenie pojawiły się gwiazdy ;P
Ciepło od Was płynące biło w nas przez cały występ i po nim, a już największy poziom wzruszenia osiągnęliśmy za sprawą grupki dzieciaczków, które wkroczyły śmiało na scenę i wręczyły nam piękne bukiety :* Dziękujemy Wrocław.
wroclaw podpisy
Noc spędziliśmy w Poznaniu, by następnego dnia pojechać do Sierakowa, aby pod zamkiem Opalińskich zagrać w ramach startu harcerskiego. Ryzykowne z naszej strony grać plener we wrześniu, jednak wszystkie prognozy zapewniały nas, że deszcz nam nie grozi – a my znów uwierzyliśmy 😂. Na szczęście natura tym razem nie okazała się złośliwa, ale spokojnie, znalazła sobie sposób. Mianowicie, skoro nie dało się nam zaszkodzić w sferze meteorologii, to można przecież obejść system i… zepsuć tylne drzwi od samochodu :O! Do tego, o ile dałoby się jeszcze cały sprzęt jakoś wyciągnąć, bocznymi drzwiami, to już perspektywa spakowania wszystkiego po koncercie wykraczała skalą poza znane nam tajniki ekwilibrystyczne. sierakow mariol vs drzwi
Chcieliśmy po dobroci, ale skoro złośliwość przedmiotów martwych postanowiła się z nami zmierzyć, wdrożyliśmy w życie dobrze znane polskim fachowcom pojęcie „nic na siłę, weź większy młotek” 😀
sierakow majki vs drzwiPozbieraliśmy resztki tapicerki, mając jednak przeczucie, że bitwę wygraliśmy, ale wojna trwa. No cóż, na razie Ciszaki 1 – Ciszobęc 0, o resztę będziemy się martwić później (albo raczej „prędzej”) 😉 sierakow zameksierakow scenasierakow misius kaczkisierakow widowniasierakow tablica
Jak widać w Sierakowie wiele się dzieje, na nasz koncert, poza oczywiście harcerzami, przyszło także wiele osób „z miasta”, które po raz pierwszy miały styczność z naszą wesołą twórczością. Po koncercie, sprawczyni naszej w Sierakowie wizyty – Ania, odprowadziła nas do położonego w malowniczej scenerii gospodarstwa agroturystycznego, gdzie mieliśmy spędzić nocleg.
sierakow zachod