Grudzień, czyli „Nasza Ostatnia Prosta”

„Jak to?! Przecież kalendarzowa zima dopiero za trzy tygodnie?!”
Tak Drodzy Czytelnicy, taki widok nas zastał w Kałuszynie. Tym samym pogoda pomogła mi dopasować ostatni dzień listopada bardziej do wpisu grudniowego ;P

kaluszyn biblioteka
Ostatni miesiąc podróżowania z dźwiękami przez Polskę zaczęliśmy od maleńkiej biblioteki, w maleńkiej miejscowości w województwie mazowieckim. Godny pochwały jest fakt, że pomieszczenie do czytania można przeznaczyć również do takich wydarzeń kulturalnych, jak koncerty – wystarczy odrobina chęci 🙂

kaluszyn widownia
dzięki temu przebywając w garderobie, tak jak książkowy bohater Tytus de zoo, sami mogliśmy się troszkę „uczłowieczyć”, sięgając po wybraną lekturę 🙂 (a także po ciasta, które przygotowały dla nas panie z biblioteki, a które były tak pyszne, że zabraliśmy jeszcze na drogę :D)
kaluszyn garderobakaluszyn scena
Zanim w ten śnieżny wieczór zaprosiliśmy Słuchaczy do Krainy Łagodności, piętro niżej odbyło się jeszcze inne spotkanie kulturalno-oświatowe, z tego względu próbę musieliśmy przeprowadzić „szeptaną” i po ciemku 😉
kałuszyn scena 2
Ważne, że na ok. 3000 mieszkańców Kałuszyna, gdy tylko coś się dzieje, chętnych nie brakuje i sala wypełniła się po brzegi, goszcząc w swych ścianach także przyjezdnych gości. Dzięki Waszemu wspaniałemu przyjęciu, nie straszna nam była podróż, jaka jeszcze tego wieczoru nas czekała. Dziękujemy Kałuszyn, a my lecimy do…
Bydgoszczy! Jakby nie sprawdzać trasy, nasz pokładowy GPS bezlitośnie pokazywał jeszcze 4 godziny drogi… Wszystko to, by wstać wypoczętym już na miejscu następnego koncertu, w zaprzyjaźnionej bydgoskiej Zatoce czujemy się przecież, jak w domu 🙂 Nazajutrz, jako że po przepysznym śniadanku mieliśmy cały dzień tzw. luzu,
Bydgoszcz jesien
<po części spożytkowanego na spacer w jeszcze jesiennej aurze :)>
postanowiliśmy zmierzyć się z tematem od dawna przez nas planowanego przejścia na próby wirtualne. Aby nie przynudzać Wam tu technicznym, branżowym bełkotem żargonem – rozjaśnię nieco. W skrócie chodzi o to, by Mariusz mógł ustawić brzmienie zespołu bez naszego udziału, mając do dyspozycji nagraną już próbę, której dowolny fragment będzie mógł sobie odtworzyć w zależności od własnego „widzimisię” potrzeb ;P
Bydgoszczbydgoszcz tablet
Ma to na celu zaoszczędzenie czasu, którego „nieczęsto mamy nadmiar” (to bardzo delikatne stwierdzenie) ;), a także dać odpocząć nadszarpniętym nerwom, związanym z długim procesem werbalizowanym, np: „zagrajcie mi fragment … (tu pada tytuł, w zależności od potrzebnej na tę chwilę piosenki), ale samą gitarę i wokale dziewczyn”, „teraz sama sekcja – refren” czy „jeszcze raz” itp., a co, jak widać, absorbuje wszystkich, niezależnie od tego, czy w danym momencie ich głosy, czy dźwięki są potrzebne. Biorąc pod uwagę, że najczęściej w trakcie tego procesu (próby) jesteśmy już po kilkugodzinnej podróży, noszeniu i rozkładaniu sprzętu, a jeszcze przed odświeżeniem się, przebraniem oraz koncertem, na którym każdy ze Słuchaczy oczekuje od nas bycia w formie godnej poziomu prezentowanej twórczości, to perspektywa zminimalizowania czasu dostosowania się do akustyki pomieszczenia jest kusząca. <edit – chyba najdłuższe wielokrotnie złożone zdanie w tym roku… ;P> . Nie zakręciłem za bardzo? 😛
Bydgoszcz Juno
<„Wujek, o co Ci chodzi?! Daj lepiej jakąś kość!” – mina Junka mówi wszystko :D>
Wszystko fajnie, pięknie, ale po kilkugodzinnej pracy i nagraniu potrzebnego materiału, nasz komputer pokazał nam blue screen’a i wszystko przepadło – naturo złośliwa… Naprędce musieliśmy odbyć próbę metodą tradycyjną, gdyż nieubłaganie zbliżała się pora koncertu. Widocznie nie dana nam jest droga na skróty…
W Zatoce nie mogło zabraknąć naszych Przyjaciół, jak choćby Roberta Mukowskiego (w końcu z Pucka to rzut beretem ;P), czy Kasi i Romana Leppertów. Ci ostatni Państwo sprezentowali nam naszą pierwszą biografię ;P Nie no, nie szukajcie w sklepiku, żartowałem 🙂 Była to po prostu książka, której tytuł mógł sugerować, że jest to zapis naszego zespołowego życia, tym bardziej, znając kreatywność Romana, zrobiło nam się ciepło 😀 Po koncercie tradycyjna już kolacja z gospodarzami Anią i Januszem, podczas której nasi Przyjaciele – Karolina i Michał – przedstawili nam jeszcze nienarodzonego synka – Remika UWAGA! Jeśli po latach będziesz to czytał, to właśnie tego dnia przyszłe ciocie i przyszli wujkowie poznali Twoje imię 🙂
Bydgoszcz benc
Dziękujemy Bydgoszcz.

Po śniadaniu pożegnaliśmy Przyjaciół i pognaliśmy do odległej Nowej Sarzyny. Po drodze znów nasz odtwarzacz „wykazał się” specyficznym poczuciem humoru. Otóż, tym razem udało się nam włączyć nawet film! Wybraliśmy obraz opowiadający historię Marii Skłodowskiej – Curie, z tym że… nie mogliśmy włączyć polskiego lektora i przez pół filmu szkoliliśmy język francuski 😛 Również zabawne (albo wręcz przeciwnie), że rozpoczynaliśmy podróż, gdy na dworze jeszcze nie do końca było jasno, a na miejsce dotarliśmy już o zmroku. Mało tego, na końcowej drodze powstała gęsta mgła i całe szczęście, że graliśmy tu już przed dwoma laty – dzięki temu Michał mógł jechać na pamięć 😉
nowa sarzyna mega mgla
Dla Hufców Podkarpackich na zaproszenie Druha Damiana zagraliśmy, jako zwieńczenie festiwalu HIT. Harcerze przyłożyli się bardzo do organizacji – dostaliśmy nawet pamiątkowe kostki gitarowe 🙂
nowa sarzyna kostka
Powstała także świąteczna scenografia, dzięki czemu na scenie mieliśmy np. bałwana 🙂
nowa-sarzyna-balwan.jpg
<po prawej> ;P
Dużo radości zapewnili występujący przed nami laureaci konkursu,
nowa sarzyna za scena
a także aktywnie uczestnicząca w koncercie Publiczność 😀
nowa sarzyna widownia2
Jak to zwykle bywa na harcerskich koncertach, istny żywioł, nie do opanowania.
Będąc już na noclegu, odbyliśmy podróż w przeszłość, odnajdując w czeluściach internetu urywki koncertów Ciszy w przeróżnych personalnie odsłonach i konfiguracjach – taka sentymentalna refleksja na koniec roku: ile to już „twarzy” pokazywał ten zespół dosłownie i w przenośni… Najciekawszym typem składu marzeń było chyba zestawienie ze sobą takich instrumentów jak:
dudy galicyjskie + klarnet + djembe + harmonijka ustna + saksofon (na gitarach to każdy umie) Takie pomysły oznaczały, że najwyższa pora już iść spać, dobranoc ;P
Rankiem powstała idea, że przy okazji niniejszego bloga mógłbym przekazać ludzkości kilka tzw. life-hack’ów, oto jeden z nich: jak bez odkręcania, patrząc na baterię prysznica, poznać, który kurek jest od wody zimnej, a który od ciepłej? Otóż rurka od ciepłej powinna być bardziej „ośniedziała” <co ten porządnie orzeźwiający poranek na pewno pomoże mi zapamiętać ;P>
Dziękujemy Nowa Sarzyna
Podróżując z taką intensywnością, jak nasza, zdarza się nam niestety być też świadkami nieszczęść drogowych, tym razem, pech kierowcy tylko wyeliminował pojazd z dalszej jazdy i nic się nikomu nie stało, a on sam nie wymagał pomocy
tychy
Mogliśmy więc ze spokojnymi sumieniami kontynuować podróż do Tychowskiego Teatru Małego. Mimo iż na koncertach często „odgrywamy role niezmęczonych” ;), to na deskach prawdziwego teatru gościmy rzadko. Urzekła nas ta piękna, wielka sala,
tychy probatychy marioltychy mikser
tychy proba 2
tak więc, jak zwykle w pośpiechu, przygotować trzeba było się odpowiednio do miejsca 😉
tychy nie mam czasu
Czuliśmy się tu dobrze i możemy zaliczyć ten ostatni, niedzielny koncert do bardzo udanych, dzięki zasłuchanej Publiczności. Dziękujemy Tychy.

Kolejny weekend zaczęliśmy od koncertu w Rumii, w zaprzyjaźnionej restauracji Tequilla. Jeszcze przed wyjazdem drżeliśmy o występ, pod znakiem zapytania bowiem stała obecność Mariusza a wszystko przez 37 stopniową gorączkę – proszę się nie śmiać, dla każdego faceta to już stan prawie agonalny ;P Tak poważnie, to nasz Mariol rzeczywiście walczył z choróbskiem i, o ile bez gitary solowej jakoś jeszcze byśmy sobie od biedy poradzili, to już bez akustyka nie bardzo, a tę funkcję, oprócz grania, jeszcze ów pełni. Dlatego, zaraz po próbie, wypił gorącą herbatę i zaległ na kanapie w opakowaniu, by jakoś przeżyć do  koncertu 😉
rumia leze
Sam koncert przebiegł już w atmosferze zbliżających się Świąt 🙂 Pod koniec, gdy Michał składał Słuchaczom życzenia w naszym imieniu, nieopatrznie powiedział również „… oraz hojnego Mikołaja” no i się zaczęło… ;P Polska, jak długa i szeroka, tak, w zależności od części kraju, w której się znajdujemy, trzeba pamiętać, czy prezenty przynosi Mikołaj, Gwiazdor, Dzieciątko, Aniołek, czy może Gwiazdka 🙂 Także nie do końca było to jednogłośnie ustalone wśród Publiczności, na szczęście chwilę po tym pod sceną pojawił się tajemniczy osobnik w czerwonej czapce i z workiem na plecach 😀 Okazało się, że to przebrany nasz przyjaciel Leszek Smoczyński, który wraz z żoną Danusią przyszedł na koncert i przy okazji wręczyli nam upominki na święta – z ogromnym wzruszeniem dziękujemy! Po koncercie podzieliliśmy się na dwie grupy i część z nas pojechała do Kołobrzegu na nocleg, odwiedzić choć na chwilę rodziny. Dziękujemy Rumia.
Nazajutrz zbiórka w Szczecinie w klubie Delta. Nasza obecność w Szczecinie Dąbiu związana jest z pewnymi zawirowaniami organizacyjnymi, gdyż z różnych przyczyn, nie do końca od nas zależnych, nie udało się znaleźć odpowiedniego miejsca w centrum Szczecina. Dopiero na 4 dni przed koncertem, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i chęci pomocy Michała Giełzaka z klubu Delta, podjęliśmy decyzję, że właśnie tam zaprosimy Szczecinian. Michał mocno działa jako organizator przeróżnych wydarzeń kulturalnych w okolicy, więc i nam chętnie przyszedł z pomocą w ostatniej chwili – ogromne dzięki!
szczecin widowniaszczecin scenaszczecin po koncercie
Podziękowania należą się także Patrycji Dominiak za pomoc przy koncercie 🙂 no i oczywiście Wam Drodzy Słuchacze, za to że pomimo podania miejsca koncertu w ostatniej chwili przybyliście tak licznie i razem z nami daliście się ponieść dźwiękom Krainy Łagodności. Po występie zostaliśmy zaproszeni do Jarosława Gnasia, którego poznaliśmy przy okazji jednego z ciszowych zlotów, do 6 gwiazdkowego hotelu zaraz pod Szczecinem 😉
szczecin kolacjaszczecin lama
Mam na myśli oczywiście dom rodzinny Jarka, który wraz z żoną Olą oraz przeuroczymi córeczkami Hanią, Kingą i malutkim Grzesiem ugościli nas i przenocowali w królewskich warunkach. Spędziliśmy razem bardzo sympatyczny wieczór i do późnych godzin dyskutując i śmiejąc się naruszaliśmy ciszę nocną 😉 Jarek opowiadał z prawdziwą iskrą w oku o wielu swoich pasjach, zbiera np. stare samochody (ich stan o wiele przewyższa chociażby naszego grata benca), czy stare radia. Prawdziwy zapaleniec ;> A oprócz tego, człowiek o gołębim sercu, prowadzący także działalność wspierającą potrzebujących, o której, ze względu na nieudawaną skromność Gospodarza, nie będę więcej pisał. Nazajutrz po przepysznym śniadanku pożegnaliśmy przyjaciół dziękując za gościnę i pognaliśmy dalej. Dziękujemy Szczecin.
Śmigamy do Gorzowa Wlkp., aby w Jazz Klubie Pod Filarami, zagrać dla Was aż dwa koncerty 🙂 Okazało się bowiem, że zainteresowanie naszym występem było ogromne i nie chcieliśmy odprawić chętnych z kwitkiem. Obawialiśmy się jednak, że pod nieobecność właściciela Bogusława Dziekańskiego stali bywalcy świątyni jazzu nie będą nam przychylni, na szczęście grając mylimy się na tyle często, że wychodzi z tej naszej muzyki „niezły jazz”, więc jakoś się udało ;P
gorzow wyjscie
Trudniejszym zadaniem było w krótkim czasie ponownie zagrać energetyczny koncert, więc, gdy już pożegnaliśmy Słuchaczy, w przerwie posililiśmy się nieco, a nawet każdy pozwolił sobie na mały relaks w ramach restartu
gorzow przerwa
<Mariusz na ten przykład lubi medytować ;P>
gorzow-zaplecze.jpg

Na szczęście spadek mocy nie nastąpił, gdyż doznaliśmy od Was ogromnego „feed back’u”, który tchnął w nas nowe pokłady energii i drugi koncert okazał się bardziej żywiołowy niż się po sobie spodziewaliśmy. Dziękujemy Gorzów.

Niedziela wydawała nam się jeszcze bardziej wymagającym dniem pod względem ilości „zadań” jakie sobie wyznaczyliśmy. Po pierwsze, poranna wizyta na oddziale onkologii dziecięcej szpitala w Poznaniu, gdzie zagraliśmy piosenkę napisaną specjalnie dla małych pacjentów walczących z nowotworem. Zapragnęliśmy stworzyć specjalny „teledysk”, aby każdy z tych dzielnych dzieciaczków mógł zaśpiewać „Nie Będę Nigdy Sam” razem z Chórem Dziewczęcym Katedralnej Szkoły Muzycznej w Poznaniu. Dzięki wolontariuszom z Fundacji Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi mogliśmy połączyć te dwa, pozornie niemożliwe do połączenia światy, dzieci zdrowych oraz bohatersko broniących się przed chorobą, aczkolwiek jednakowo radosnych i pełnych Wiary, Nadziei i Miłości. Dalsza część planu przewidywała sfilmowanie wykonania tej piosenki już na koncercie z towarzyszeniem wspomnianego chóru, który przygotowały Ewa Domagała i Basia Nowacka
poznan proba dzieci <zdj. z próby, kilka dni przed występem>
Całość charytatywnie zrealizował Igor Wojtkowiak stając się wraz z nami oraz wolontariuszami ambasadorem całego przedsięwzięcia. Zobaczcie sami jak wyszło 🙂
Nie Będę Nigdy Sam
Po tym wzruszającym koncercie i chwili odpoczynku zagraliśmy drugi koncert, na który zaprosiliśmy (dla zrównoważenia towarzystwa anielskiego chóru z poprzedniego koncertu) ponownie „Diaboły z Jarocina”, czyli Długiego i Janka 😉
poznań scena
Po rockowych wersjach utworów Last Minute oraz Żółte Tulipany, nagrodzonych gromkimi brawami widać było, że taka „głośna” odsłona Ciszy jest bardzo mile widziana 🙂 Niniejszym obiecujemy zabierać nasze Diaboły w możliwie każdą trasę, oczywiście wraz z kontenerem dodatkowego sprzętu nagłośnieniowego 😉
To był bardzo trudny dzień, lecz gdy będąc już w domu odpoczywaliśmy w wygodnym fotelu – na wspomnienie tych małych, radosnych twarzy, w sercu każdego z nas pojawiło się ciepło. Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w te wydarzenia z całego serca.
poznan pianolawka
Dziękujemy Poznań.

Ostatni nasz wyjazd w tym roku, rozpoczęliśmy podróżą do Torunia. Tym razem trafiliśmy na remont ulicy, który uniemożliwił nam dojazd pod sam Dom Muz, w związku z czym, musieliśmy zaparkować nieco dalej (i niżej) i cały nasz sprzęt wnosić po ciemku, w deszczu i po śliskich schodach… Parafrazując: złe dobrego początki 😀
Przytulną salkę przy ul. Podmurnej, znamy i lubimy,
torun widownia
więc sam koncert był sympatycznym doświadczeniem. Swoją obecnością zaszczyciła nas poetka Wiesława Kwinto-Koczan, do wierszy której w całości stworzyliśmy utwory na płytę WUKA. Dziękujemy Bożenie i Agnieszce Kolczewskim za pomoc 🙂 Po koncercie i zainstalowaniu się w hotelu, wygłodniała część zespołu (czyt. faceci) udała się na polowanie na przepiękny toruński rynek. Niestety, był to czwartek i poza weekendem wszystkie możliwe miejsca o tej porze są już pozamykane, więc pospacerowaliśmy tylko 🙂torun choinkatorun nocatorun szukamy jedzenia
Na szczęście znaleźliśmy czynne delikatesy i można było jeszcze zaopatrzyć się w jakąś przegryzkę i dopiero udać się na nocleg. Rano pobudka bezlitośnie już o 7 😦 Okazało się, że w nocy w pokoju było jakieś -10 stopni, ale spokojnie… Widocznie wychodząc na przeciw oczekiwaniom klienta, specjalnie z kranu leciała tylko gorąca woda, a że człowiek nie mięta i nie musi się zaparzać przez kilka minut, poranna toaleta przebiegła bardzo dynamicznie 😉
torun rano
<zawsze są jakieś plusy, np. widok o poranku nad Wisłą>
Dziękujemy Toruń.
W drogę do Rzeszowa! Znów podobna sytuacja jak przed tygodniem w Gorzowie, zainteresowanie przerosło możliwości obiektu jeśli chodzi o liczbę miejsc, więc zdecydowaliśmy się zagrać dwa koncerty 🙂 Po drodze stwierdziliśmy, że ostatnio coś często w podróży nas spotykają różne dziwne sytuacje. Gdy GPS mówi: „zatrzymany pojazd za 2000 metrów” zastanawiamy się czego to jeszcze nie wymyśli ta drogówka, by się naprzykrzyć biednym kierowcom? Zatrzymywać za przekroczenie dozwolonej prędkości – tak; za brak świateł – jak najbardziej; ale za 2000 metrów?! Lekka przesada… ;P Byliśmy również świadkami pożaru naczepy tira (!)
rzeszow pozar
Na szczęście kierowca w porę zobaczył zagrożenie i odłączył kabinę pozostając w bezpiecznej odległości. Dalej już bez przygód zajechaliśmy pod Wojewódzki Dom Kultury. Powiem Wam, że prowadzenie bloga ma tę dodatkową zaletę, że można bez konsekwencji obijać się, podczas gdy reszta wnosi sprzęt np. na drugie piętro, jak w tym przypadku, wystarczy zająć się „sporządzaniem dokumentacji” i już mamy zwolnienie z zajęć ;P
rzeszow parking
rzeszow pajeczyna
Mariusz wpadł w ogromną pajęczynę, niczym Frodo we Władcy Pierścieni i nic dziwnego, że nie miał biedaczek siły się wydostać, podobnie jak reszta z nas, od ostatniego posiłku nic nie jadł 😉 Ola z Iloną udały się więc po posiłki (dosłownie), gdy faceci zajęli się rozstawianiem sprzętu. Mogliśmy więc zjeść chyba najlepszy kebab na świecie, przynajmniej w naszej opinii, zawsze przy okazji wizyty w Rzeszowie potwierdzanej 🙂
rzeszow-kebab.jpgrzeszow kebab zazdraszczacz
<tym razem mocno usprawiedliwione fotografowanie jedzenia ;P>
No to teraz mamy siły, by zagrać nawet i pięć koncertów z rzędu! 😉
Na występie zaskoczyliśmy Publiczność dodatkowym elementem, można nawet powiedzieć – pirotechnicznym. Mianowicie w momencie rozpoczęcia przez Olę porywającej solówki na flecie w utworze „A Jednak Ciągle Ją Pamiętasz” miała miejsce eksplozja! Element ten także nas zaskoczył totalnie 😉 Natężenia emocji nie wytrzymała jedna z lamp, co stworzyło ciekawe urozmaicenie koncertu 🙂 Po koncercie udaliśmy się na chwilowy odpoczynek do garderoby, w której w suficie był mały prześwit, przez który można było „zobaczyć się” z kimś obecnym piętro wyżej. Tak oto padło z góry pytanie
-Hej! Z której grupy tanecznej jesteś? (?!?!?…)
– Jestem z grupy Cisza Jak Ta, ale nie tanecznej tylko śpiewającej
– A haaaa… A ja jestem z tanecznej
Dzieciaki są takie słodkie 😉
Michał ledwo zdążył udzielić wywiadu redaktorowi audycji Baza Ludzi Z Mgły dla Radia Centrum, Irkowi Jareckiemu, a już trzeba było zacząć drugi koncert 🙂

Zdjęcia autorstwa Dominiki Chrapkowskiej
22-michac582-opowiada04-w-oczekiwaniu05-powitanie19-w-duecie07-aleksandra-frc485ckowiak21-cisza-jak-ta-17-12-2017
Za pomoc w koncertach pragniemy podziękować Agacie Jezierskiej oraz Asi i Gercie, a także Sebastianowi Stachurskiemu za zaproszenie.
Dziękujemy Rzeszów.
Następnego dnia wybraliśmy się do Zakopanego, aby muzycznie towarzyszyć przekazaniu Betlejemskiego Światła Pokoju. Na zaproszenie Związku Harcerstwa Polskiego zagraliśmy na tej doniosłej uroczystości w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Kościół ten miał pomieścić ponad 2000 harcerzy, a i z racji rangi wydarzenia, mieliśmy lekką tremę. Dla porównania – widok ze „sceny” podczas próby:
zakopane pusto
po której Karolina Pstrągowska w imieniu harcerzy zaprosiła nas na kolację do zakopiańskiej „karcmy hej!” 🙂 a po powrocie zastaliśmy nieco inny widok:
zakopane pelno
a i tak jeszcze „poupychano” widzów na balkonach i w pozostałych ławkach oraz po bokach „sceny”.
Na szczęście dopiero po koncercie dowiedzieliśmy się jeszcze, że całość była na żywo transmitowana w internecie ;P Koncert, mimo iż był krótki, mamy nadzieję,
rozgrzał Wasze serca, na przekór panującej temperaturze.
zakopane widowniazakopane 5zakopane 4zakopane 3zakopane 2zakopane 1
fot. Konrad Kmieć, ZHP
Dziękujemy Zakopane.
Na nocleg wybraliśmy się do Jarka Tao Gonzo, którego uczestnicy II Zlotu pamiętają, jako autora aniołów – prezentów 🙂 Jarek jest malarzem, rzeźbiarzem, instruktorem Tao Yin oraz sztuk walki, medytacji, masażystą… <to jeszcze nie koniec, ale już nie jestem w stanie zapamiętać więcej ;)>. Prowadzi też Górski Ośrodek Naturoterapii ESENCJA ZDROWIA, gdzie nas zaprosił, a do tego jest arcy ciekawą postacią. Magnetyzm Jarka powoduje, że chwila rozmowy zamienia się, nie wiedzieć kiedy, w wielogodzinną podróż w rejony dotąd nie tylko nieznane, a wręcz można powiedzieć niewyobrażalne. Nie da się tego opowiedzieć słowami, trzeba to poczuć. My poczuliśmy się nieziemsko w jego ukochanej Gonzówce 🙂
gonzowkagonzowka widokgonzowka psygonzowka 6gonzowka 8gonzowka 5gonzowka 4gonzowka 7gonzowka 3gonzowka 2gonzowka 1gonzowka cios
< poćwiczyliśmy trochę ciosy, poznane w grze Mortal Kombat, na Stefanie ;P >
Michał oraz Mariusz skorzystali także z masażu w wykonaniu naszego Gospodarza i wszelkie dolegliwości wieku starczego, jak ręką odjął 😀 Dziękujemy, Jarku, za gościnę, na pewno nie zapomnimy wizyty u Ciebie. Was również zapraszamy do Gonzówki, zerknijcie na stronę tego miejsca.
zakopane ostatnie

Czas pożegnać góry i wyruszyć do Krakowa.
zakopane droga
Obiecaliśmy jeszcze w tym roku zawitać do Klubu Akademickiego ARKA, więc właśnie tu postanowiliśmy postawić „kropkę nad i” tegorocznych wojaży koncertowych.
krakow arka
Niby nic już nas nie mogło zaskoczyć, miejsce znajome, sprzęt pewny, akustyka pomieszczenia opanowana
krakow scena
nic oprócz… no właśnie! Zignorowaliśmy czynnik ludzki! 😀 Tak oto na koncercie niespodziewanie spotkaliśmy naszych Przyjaciół Gosię i Roberta Mukowskich! (tak, przyjechali specjalnie z Pucka!). Niesamowici krejzole, przyszykowaliśmy więc zemstę…
krakow scena 2
W trakcie koncertu zaprosiliśmy na scenę zarówno ich, jak i kolejnego „ancymona” Barta Kucharskiego, którego w przeciwieństwie do nich, widok na naszych koncertach w najróżniejszych zakątkach kraju przestał już dawno dziwić, nie tylko nas, ale także innych naszych Słuchaczy. Nie bez powodu najczęściej słyszanym przez Barta zdaniem było „znowu Ty?!” 😀 mianowicie ten „szaleniec” ;P zobaczył nas w tym roku na scenie już 43 razy, co jest absolutnym rekordem! Niniejszym otrzymał od nas wyjątkowy pakiet: Tytuł Ciszaka Roku 2017, skierowanie do laryngologa, celem zdiagnozowania wady słuchu (niemożliwe, by po tylu koncertach nadal mu się podobało, widocznie coś jest nie tak ;D) oraz dożywotni zakaz stadionowy na koncerty Ciszy ;P Gosia z Robertem natomiast wygrali w tej konkurencji w kategorii drużynowej z wynikiem odpowiednio 26 i 27 koncertów, co łącznie daje niebagatelne 53 koncerty! 🙂 Wiele dobrego humoru, wzruszeń i pozytywnych emocji – tak można opisać ten ostatni tegoroczny koncert.
krakow trojka na sceniekrakow uklon
zdj. Łukasz Pająk
Dziękujemy Kraków.
Pożegnaliśmy się nie tylko z Gośćmi oraz niezawodną ekipą ARKI pod przewodnictwem Roberta „Łosia” Łosika, ale także ze sobą nawzajem. Mateusz został u siebie w Krakowie, Ilona za sterami Mazdy wraz z Olą śmignęły swoim pasem autostrady do Trójmiasta, a reszta bencem do Poznania.
krakow mazda
Ten rok w drodze był dla nas bardzo bogaty w przeróżne doświadczenia. Nie sposób któregoś wyróżnić, każde było dla nas szczególne. Ponad 130 koncertów, nagranie płyty, niezliczone wzruszające spotkania, zupełnie nowe odwiedzone miejsca, a także powroty do tych, które są już dla nas drugimi domami. Dziękujemy Wam, Przyjaciele zespołu, za wszystkie wspólne koncerty, Zloty, wzloty i upadki. Za to, że spotykamy Was coraz więcej i coraz bliżej poznajemy. Osobiście, jako autor niniejszego bloga, dziękuję za Wasze wsparcie, za komentarze i uwagi, za to, że chcecie poznać tę drugą, pozasceniczną, stronę naszego życia w trasie.
Dziękujemy za to, że jesteście!
Do spotkania gdzieś w drodze!
krakow powrot
Ciszaki 🙂

Reklamy

„Listopadowy deszcz” czyli poezja spotyka rock&roll’a…

Koncertowy listopad rozpoczęliśmy Zlotem Ciszaków 🙂 Piąte z kolei tego typu spotkanie z Przyjaciółmi zespołu odbyło się w dość nietypowym miejscu, w samym sercu Drawskiego Parku Krajobrazowego. Zaprosiliśmy Was do miejscowości Szczycienko do agroturystyki Ul. Brzmi słabo? To może: stado dzikich koni w ilości 400 sztuk, żyjących przez cały rok na wolności, na obszarze dwóch tyś. hektarów łąk – brzmi lepiej? 😉 To i tak mniej niż skromny opis tego  miejsca – ewenementu na skalę europejską – gdzie widać, że człowiek może żyć w zgodzie z naturą i podziwiać jej piękno. Pan Marek Serafin stworzył istny raj na Ziemi, nie tylko dla koni, czy innych gatunków wolno żyjących dzikich zwierząt, ale także dla każdego odwiedzającego Ul miłośnika przyrody. Postanowiliśmy więc, wraz z Panem Markiem, umożliwić Wam poznanie tego miejsca, sami pragnąc, aby nasz kolejny Zlot był niezapomnianym przeżyciem. Choć początkowo widok nie zdradzał co tu się przez kolejne 3 dni będzie działo…
12
pojawili się pierwsi goście 😉 …
456
Działo się, oj działo… 😉 Pierwszego dnia oczywiście największe emocje spowodowane były spotkaniami – ze starymi znajomymi, z tymi troszkę „nie tak dawno widzianymi”, ale także np. z tymi spotkanymi zupełnie po raz pierwszy. Bardzo nas, organizatorów, cieszy fakt, że zawiązały się między Wami – uczestnikami zlotów – takie relacje, że spotykacie się ze sobą nie tylko przy „okołociszowych” okazjach, lecz nawet na co dzień 🙂 Dla nas liczy się przede wszystkim to, że możemy się bliżej poznać, porozmawiać do późnej nocy, pośpiewać wspólnie, inne niż zespołowe, piosenki, a także pospacerować razem. Widząc nie tylko po raz kolejny znane twarze, ale także te zupełnie (jeszcze przez chwilę) nowe, mamy namacalny dowód na to, że to, co robimy, jest nie tylko dla nas, ale i dla Was ważne 🙂 Wasze zaangażowanie wykroczyło już poza nasze wyobrażenie, jak np. to, że niektórzy z własnej inicjatywy zabrali się za przygotowanie zlotowej dekoracji 🙂71.jpg
Nie da się wymienić wszystkich osób dokładających starania, by te chwile spędzone razem były jeszcze bardziej wyjątkowe, podam więc tylko kilka twórczych przykładów (gdyby ktoś się poczuł pominięty, to przepraszam i zaznaczam jednocześnie, że wkład absolutnie każdego miał ogromne znaczenie): Asia z Anitą importowały liście i gałęzie, by przystroić scenę 😀 🙂 Maciek Kantor nie tylko przywiózł ze sobą (w jakże rzadko spotykanej dziś formie namacalnej) piękne zdjęcia, ale także pozwolił każdemu z uczestników zabrać ze sobą wybrane na pamiątkę 🙂 Joanna Siemieńska przygotowała pyszne i przepięknie ozdobione słodkości dla wszystkich uczestników tort
(najwięcej smakowitych prezentów dostał i tak Juno ;P).
Dzięki wspólnemu projektowi naszego Mateusza oraz Ani Gaszewskiej, każdy uczestnik otrzymał również unikatowy zlotowy kubek 🙂 Do tego niezliczona ilość własnej roboty elementu baśniowego, którym co i rusz ktoś częstował ;P (nikt nie mówił, że będzie lekko, co najwyżej, że będzie radośnie i śpiewnie :D) Właśnie tego ostatniego nie mogło zabraknąć na zlocie i nie mam tu na myśli uczestników, którzy prześpiewali cały pierwszy i drugi koncert ciszowy, dając wolne etatowym wokalistom – to już jakby tradycja – lecz to pokoncertowe śpiewogranie do późnych godzin nocnych. Dla regeneracji o poranku można było m.in. zaczerpnąć długiego spaceru (zwanego też błotną kąpielą ;P) bądź przejażdżki bryczką lub, dla odważnych, w siodle.
Miały miejsce także integracje międzygatunkowe 😉
10
Oprócz koncertów wspaniałych wykonawców mogliśmy również wysłuchać opowieści Pana Marka i poznać historię jego życia oraz miłości do zwierząt, a jak to w życiu bywa – raz w żartobliwej anegdocie, a raz na poważnie. Bardzo inspirująca postać. Sami, jako zespół, mogliśmy wyruszyć w sentymentalną podróż w czasie do początków działalności Ciszy, za sprawą Przemka Mordalskiego, który po 10 latach nieobecności w świecie muzyki, przyjmując nasze zaproszenie, powrócił na ścieżki Krainy Łagodności, ku uciesze, przede wszystkim, piękniejszej części zlotowych uczestników 😉 Obłędnie niski głos Przemka poznaliśmy jeszcze jako podlotki sceny poetyckiej, a najbardziej dociekliwi mogą kojarzyć z piosenki Wodnikus, którą gościnnym udziałem na płycie Zielona Magia uświetnił ten Artysta. Ogromną radość sprawił nam też Jurek Filar (występujący wraz z Andrzejem „Kwiatkiem” Kwiatkowskim oraz Piotrem Engwertem), nie tylko przyjmując zaproszenie na zlot, ale także wplataniem nazwy naszego zespołu we własne piosenki 🙂 Mamy ogromne szczęście, że Artyści z pierwszej ligi pozwalają się zapraszać na chwilę do naszego ciszowego świata – nasi idole, nasze muzyczne wzorce dzielą z nami scenę 🙂 Przede wszystkim Pan Jurek pokazał, że, mimo wieloletniego doświadczenia na scenie oraz zasług dla polskiej muzyki, można jeszcze czerpać z grania tak ogromną radość. Również szacunek dla Słuchacza, jaki pokazał chociażby rozmawiając z każdym chętnym, powinien być przykładem dla innych zasłużonych Osobowości świata muzyki. Pragniemy podziękować również pozostałym Artystom: Maciejowi Służale oraz Bartkowi i Jerzemu Hołownia z zespołu Byle Do Góry za wzbogacenie swoją twórczością naszego spotkania. Naszemu sympatycznemu Rosołowi należą się specjalne podziękowania za niezmordowane i pełne humoru prowadzenie koncertów przez dwa dni (aż do zdarcia gardła!), a jeszcze bardziej wyjątkowe za przepyszny domowy chlebek! 😉 Nie sposób jest wyrazić naszej wdzięczności dla Was wszystkich, Drodzy Ciszacy, za ogrom wsparcia, jaki nam dajecie i motywację do dalszego działania i rozwijania skrzydeł. Nie da się opisać wzruszeń, jakich nam dostarczacie, jak chociażby urodzinowo/rocznicowa niespodzianka Leszka Smoczyńskiego dla żony Danusi ;). Obiecujemy, że dopóki zdrowia nam starczy, nie poprzestaniemy w kontynuowaniu tej formuły wyjątkowych spotkań z Wami. Przyznam też, że miałem ogromną trudność nie tyle w uzbieraniu (musiałbym chyba skopiować pół internetu), co w wybraniu dokumentacji z tego Zlotu – wszak udostępnialiście niezliczoną ilość pięknych zdjęć i filmów na wydarzeniu i stronach powiązanych. Pozwólcie zatem, że umieszczę symbolicznie kilka zdjęć ze zbioru Elwiry Sztorc
003zlotul006zlotul009zlotul019zlotul047zlotul172zlotul222zlotul253zlotul269zlotul289zlotul313zlotul

340zlotul

1424zlotul1406zlotul1403zlotul1410zlotul416zlotul425zlotul427zlotul429zlotul436zlotul440zlotul454zlotul760zlotul
1388zlotul1378zlotul1348zlotul1329zlotul1308zlotul1275zlotul1285zlotul
765zlotul786zlotul919zlotul962zlotul1058zlotul1080zlotul1086zlotul1186zlotul1209zlotul

1144zlotul

Dziękujemy, Ciszaki, za Jesienny Zlot!

Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć z emocji po zlocie, nim się spostrzegliśmy, nastał  czwartek 9 listopada, a to oznacza, że jedziemy do Katowic, by zagrać w ramach festiwalu KATOhej! Jako że sala, w której miał się odbyć koncert, gabarytami przypominała Toruńskie Jordanki (to tam, gdzie Sting grał jako nasz support ;P), postanowiliśmy oswoić się z klimatem wielkiej sceny i puściliśmy sobie nagranie ze wspomnianego koncertu. Tak na prawdę, to nie chciałem znów psioczyć, że w naszym busie kolejna rzecz przestała działać, ale dobra – powiem prawdę: wysiadło radio. W dodatku w sposób dla nas niezrozumiały, może ktoś z Czytelników zna się bardziej na elektronice i ma pomysł, jak powstała usterka? Najpierw odtwarzacz przestał się lubić z nośnikami mp3 (czyt. pendrive), potem niemożliwe stało się włączenie filmu, kolejno CD a na końcu padło radio – ale i tak przy poziomie muzyki puszczanej w krajowych stacjach to mała strata (Trójka i tak szumiała) 😉 Tak więc odpaliliśmy na telefonie (!) koncert i już przy pierwszych dźwiękach dodatkowo usłyszeliśmy mechaniczny głos mówiący „ZAGROŻENIE”. No niby wszystko się zgadza – nawet urządzenia ostrzegają nas przed słuchaniem samych siebie ;P więc nie widzieliśmy w tym nic dziwnego, lecz gdy zabrzmiało w środkowej części utworu Miłość W Cisnej po słowach „Nagle Mariusz Borowiec Spojrzał: Widzi…” <ROBOTY DROGOWE> pomyśleliśmy CO JEST?! Okazało się, że w tle ciągle pracowała aplikacja Yanosik, informująca o sytuacji na drodze. Tak więc wyczerpały się opcje podróżowania z towarzyszeniem muzyki w jakiejkolwiek postaci i pozostała nam… rozmowa! (O nie…) ;P 4 godziny szybko minęły… 😉
katowice plakatkatowice budynekkatowice 1katowice 2

Sala okazała się rzeczywiście imponujących rozmiarów, jednak podeszliśmy do tematu bardziej na luzie niż w Toruniu, sprzęt rozkładaliśmy wręcz z taneczną lekkością 😉
katowice taniec
aczkolwiek z szacunkiem ;P
katowice-na-kleczkach.jpg

Na szczęście z pomocą w zwalczeniu tremy przyszedł Jacek Krzanowski, (którego zapewne pamiętacie jako właściciela chatki w Danielce, gdzie nagrywaliśmy płytę „Nieobecność”), zapewniając na koncercie oprawę w postaci przeróżnych świec. Piękny widok sceny uwiecznił profesjonalny fotograf Krzysztof Piątek
k7k3k6k2k5k4k8

k1
Osobne brawa należą się panu oświetleniowcowi, który włożył sporo pracy, by, nie znając ani zespołu, ani muzyki, ani scenariusza koncertu (choćby dlatego, że takowego nigdy u nas nie było ;P), odpowiednio „zagrać” światłami. Mała ciekawostka: aby uzyskać pojedynczy efekt podczas rozpoczęcia koncertu, moment rozświetlenia sceny w odpowiednim momencie utworu ćwiczyliśmy z nim jakieś 20 min. (!)
katowice mini
To nam troszeczkę uzmysłowiło, ile to pracy od Świetlika wymaga podczas całego koncertu, a tu musiał wszystko robić intuicyjnie – szacuneczek 🙂
Za zaproszenie, bardzo dziękujemy Natalii Grobce.
Po koncercie udaliśmy się do hotelu, który okazał się sponsorem wesołych wrażeń. Pierwsze co się rzuciło w oczy, to przechodnia łazienka, która znajdowała się na drodze od drzwi wejściowych do sypialni
katowice
Po drugie bardzo funkcjonalna toaleta typu 3w1
katowice zlew
co akurat w obiekcie z przeznaczeniem typowo „weselnym” nie dziwi, a nawet zasługuje na pochwałę, ze względu na możliwość załatwienia wszystkich potrzeb jednocześnie w przypadku „chronicznego zmęczenia biesiadowaniem” któregoś z gości ;P
O poranku na własnej skórze poczuliśmy znaczenie znanego polskiego przysłowia – „kto rano wstaje, ten musi przeczekać zimną wodę”… czy jakoś tak. Dziękujemy Katowice.
Jedziemy do Opola. Nie często gościmy w mediach, dlatego zaproszenie od redaktora Rafała Nosala przyjęliśmy z radością. Rafał znany jest Miłośnikom Krainy Łagodności nie tylko jako połowa duetu Czarny Nosal, czy z zespołu Bohema, ale także jako Artysta solowy – człowiek o wielu talentach doskonale odnajduje się również jako fotograf, czy prowadząc m. in. audycję Scena i Sława na antenie Radia Opole właśnie 🙂 Dzięki temu rozmowa przebiegła w przyjaznej i luźnej atmosferze, niemal jak pogawędka starych znajomych 🙂
opole radio 4opole radio 2
Przy okazji zobaczyliśmy na jakim sprzęcie pracowali radiowcy przed erą cyfrową
opole mini
Po wspólnym obiadku udaliśmy się w końcu na poszukiwania miejsca koncertowego, po drodze podziwiając miejskie instalacje artystyczne – dziwna ta nowoczesna sztuka… ;P
opole miasto cudow i dziwow
W końcu zawitaliśmy do Stodoły 🙂 Mając na uwadze stołeczne miejsce koncertów gwiazd światowego formatu o takiej samej nazwie, chciałoby się rzec: „jaki zespół, taki rozmach”
opole stodołaopole gleba
Po chwili relaksu zabraliśmy się za „budowę sceny”, która z racji rozmiarów skrajnie przeciwnych do tej z Katowic, stanowiła przytulną odmianę.
opole 1
Również gospodarz Stodoły, pan Stanisław, zapewne nauczony doświadczeniem, sceptycznie podszedł do przewidywanej frekwencji w jego kameralnym lokalu. My wychodzimy z założenia, że nie ważne, czy gra się dla 20, czy 2000 Słuchaczy (jedynym istotnym aspektem jest adekwatna do tej liczebności intensywność tremy) – zawsze trzeba być sobą i dać z siebie 100%. Takie zróżnicowanie poza tym daje ogromną satysfakcję i powoduje brak nudy, czy poczucia monotonii – każdy koncert jest inny, czyli wyjątkowy. opole zimnoopole ze sceny
Początkowo we wnętrzu panował przeszywający chłód, jednak gdy tylko Nasi Goście szczelnie wypełnili karczmę atmosfera wszystkich rozgrzała. Po koncercie pan Stanisław, w ramach przeprosin za wcześniejsze podejście, postawił nam kolację, po której postanowiliśmy zażyć odrobinę ruchu – wybraliśmy się więc zespołowo na kręgle 😀
opole kregle radoscopole kregle 2opole kregle 1
Choć emocje sięgały zenitu, w tej sportowej rywalizacji nie było niespodzianek i, tak jak na koncertach: Dziewczęta powalały kręgle, tak jak powalająco prezentują się na scenie, Chłopaki też konsekwentnie – tak jak z trafianiem w odpowiednie dźwięki, czyli same pudła ;P Za pomoc w koncercie chcemy podziękować Kasi. Dziękujemy Opole.

W drodze do Wrocławia udało nam się odkryć pewną zależność, która i tak wykracza poza standardowe ramy logicznego myślenia. Otóż daliśmy radę uruchomić radio, ale żeby to się stało najpierw trzeba było… wrzucić wsteczny 😀 A już konkretna kombinacja wykonywanych czynności jest następująca:
1. zapalić silnik
2. włączyć radio (głosu brak)
3. wrzucić wsteczny bieg (automatycznie na wyświetlaczu radia włącza się kamerka cofania)
4. po zakończeniu manewru cofania włączyć odtwarzanie płyty CD – DZIAŁA! 😀
Co? Jak? Dlaczego? Może właśnie przez przestawianie wyświetlacza między „źródłami” coś daje, ale już nieważne – DZIAŁA ! ! ! <czyt. nie trzeba już rozmawiać ze sobą przez całą drogę ;P> Jedziemy!
Trafiliśmy tym razem do Księgarniokawiarni Nalanda – miejsca niezwykle klimatycznego, pełnego książek i zapachów. Nic dziwnego, że zanim zabraliśmy się do przygotowania koncertu, skosztowaliśmy przysmaków kuchni wegetariańskiej i wegańskiej – przecież tym razem mieliśmy sporo czasu 😉
wroclawwroclaw 1
Czas ten uległ znaczącemu skróceniu, gdyż chętni na koncert zaczęli się gromadzić na długo przed jego rozpoczęciem 🙂 W związku z tym po szybkiej próbie, zamierzaliśmy już skończyć hałasowanie, gdy nagle do kawiarni wchodzi postać dobrze nam już znana. Widok Mariusza Grześka (który zagrał już w przeszłości z nami na gitarze elektrycznej w utworze Last Minute) wywołał u Michała klasyczny „facepalm”:
– Aha! Zapomniałem Wam powiedzieć! Zaprosiłem Mariusza na gościnny występ!
Wesoło musi być 🙂 Po szybkim montażu naszego Gościa zajęliśmy się obserwacją, jak wnętrze Nalandy wypełnia się najpierw do ostatniego krzesła, potem po brzegi i w końcu pod sufit Słuchaczami 😉 Pobiliśmy chyba rekord, jeśli chodzi o ilość osób na cm², jednocześnie eliminując zagrożenie pożarowe do zera – w obiekcie zabrakło tlenu 😉 Tego wieczoru, najgorzej miał Mateusz, za plecami którego znajdował się odkręcony grzejnik (!), dzięki czemu mógł się poczuć, jak kierowca rajdowy w bolidzie – podobno schudł  podczas koncertu 2,5 kilo ;P Najbardziej drżeliśmy o dwie dziewczynki siedzące przy wzmacniaczu gitarowym, na szczęście nie „zdmuchnęło” ich podczas partii Mariusza, tak jak się obawialiśmy 😉 Dziękujemy Wrocław.
Po koncercie udaliśmy się na nocleg do miejscowości Zabór, gdzie mieliśmy grać dnia następnego. Organizator, Roman Walenciak, chyba dużo o nas słyszał, gdyż ulokował nas w ośrodku dla trudnej młodzieży (tylko z przedziałem wiekowym się lekko pomylił) ;P
Przed koncertem dowiedzieliśmy się, że jego córeczka bardzo lubi utwór „Krzyż I Dziecko” z projektu Ze Starej Szuflady, więc postanowiliśmy zrobić małej niespodziankę i zagrać tę już trochę przez nas zapomnianą piosenkę. Niestety nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia „jak to leciało” wobec czego, posiłkowaliśmy się nagraniem z telefonu (tu przyłożony do mikrofonu celem go nagłośnienia – to się dopiero nazywa profesjonalna amatorka ;P)
zabór proba tel do mikrofonu
ale ważne, że działa i mogliśmy dzięki temu spełnić Małe(j) marzenie 🙂
zabór scenazabór
Zatem zespół pracowicie spędził próbę, w przeciwieństwie do Junka, który tak się rozleniwił w garderobie, że zasnął na torbie autora i nie było szans jej spod niego wyciągnąć 😉
zabór Juno

Roman jest właścicielem najbardziej donośnego wśród najniższych głosów jakie słyszeliśmy, co przełożyło się na śpiewany przez Publiczność element koncertu z wybijającym się ponad wszystkie inne głosem Romana 😀 Zabór – dziękujemy.

Kolejny weekend zaczęliśmy wizytą w piekle… No dobra, można powiedzieć, że byliśmy „o jedną literkę” od piekła, gdyż odwiedziliśmy kino HEL w Pleszewie 😀 Zdążyliśmy już zapoczątkować nową tradycję: gdy tylko pozwalają na to okoliczności, zapraszamy do gościnnego udziału „Długiego”, czyli Mariusza Grześka 😀 Tym razem poszliśmy na całość i dołączył do nas dodatkowo jego kolega Jan Czerneńko.
pleszew 2
Chłopaki doskonale się przygotowali, więc próba była tylko formalnością i można było się jeszcze chwilkę zrelaksować przed graniem 🙂
pleszew
<Król Sucharów – tu: w obydwu tego słowa znaczeniach ;P>
Mieliśmy więc na pokładzie już DWÓCH (!!!) gitarzystów „elektrycznych”, z pomocą których zabraliśmy Pleszewską Publiczność w podróż głośną „Autostradą Do Piekieł” opisaną przez zespół AC/DC. Chłopaki wsparli nas tym razem w dwóch utworach: granym już na koncertach w takiej aranżacji Last Minute oraz premierowo Żółte Tulipany, w którym jak dotąd przesterowane brzmienie gitar zabrzmiało jedynie na płycie „Nieobecność”. Przy takiej ścianie dźwięku od razu skojarzył się widok Slash’a na urwisku z teledysku „November Rain” grupy Guns&Roses ;P Mamy nadzieję, że Słuchaczom spodobała się ta ekspresja – nie było reklamacji, więc albo się podobało, albo przestraszyli się naszych scenicznych „Diabołów” i nie chcieli nic mówić ;P

Po koncercie zainstalowaliśmy się w bardzo klimatycznym zajeździe, gdzie pokoje jeszcze pachniały świeżym drewnem i mogliśmy resztę wieczoru spędzić na małym świętowaniu – Mateusz obchodził ostatnie dwudzieste+ urodziny 😉pleszew motelpleszew nocleg
pleszew jadalniapleszew sniadanie
Dziękujemy Pleszew.

Koncertem w Opocznie wspomogliśmy inicjatywę Szlachetnej Paczki pod przewodnictwem Joli i Arka Nita. Graliśmy w Opocznie już wielokrotnie, lecz nie wiadomo dlaczego wszystkie knajpy, w których gościliśmy, zamknięto (przypadek?! ;P), więc po 9 latach wróciliśmy na deski Domu Kultury 🙂 Pierwsze, co się rzuciło w oczy, to zabawnie umiejscowiona garderoba – można było śmiało podejść i zajrzeć przez okno co się dzieje w środku 🙂


opoczno okno
przy okazji nasze dziewczyny mogły wykazać się czujnością ;P
opoczno okno zoom
Ogromne zaangażowanie wolontariuszy Szlachetnej Paczki było widoczne na każdym kroku – brawo!
opoczno 2opoczno 1
Po koncercie „Szlachetnopaczkowicze” zabrali nas na kolację i to nie byle gdzie, bo do Casablanki… 😉 No dobra, tak się tylko nazywała knajpa, ale jak to brzmi! 😉 Dziękujemy Opoczno.
Nazajutrz wybraliśmy się do Piekoszowa. Już w okolicach tego miasteczka spotkaliśmy bardzo wyluzowanego kierowcę (jak sam nazwał swój pojazd) „Bąka”, który lekko się zasiedział na stacji i nie było mu śpieszno, by zwolnić miejsce przy dystrybutorze paliwa 🙂piekoszów 1piekoszów 3
Malutka salka Domu Kultury nie była w stanie pomieścić całego składu Ciszy, wobec czego, wyrzuciliśmy Ilonę na ten jeden koncert, by zaraz potem przyjąć ją na gorszych warunkach ;P Nie, tak naprawdę, to Ilona ma na głowie jeszcze obowiązki związane ze studiami zaocznymi i musiała wyskoczyć na zajęcia do Łodzi.
piekoszów 2Piekoszów garderoba
Koncert odbył się w dość kameralnym gronie (tzn. kiedyś to był dla nas szczyt frekwencji, ale po takich salach jak Jordanki, czy przed dwoma tygodniami w Katowicach poprzewracało nam się w głowach i teraz nie schodzimy poniżej widowni stadionowych ;P), a wszystko tłumaczyliśmy sobie konkurencyjną imprezą Andrzejkową ;D Ci co byli na więcej niż 1 czy 2 koncertach Ciszy <obym nie wywołał Barta z lasu… ;P> wiedzą, że można trafić na zupełnie odmienne występy i każda opcja ma swoje zalety 🙂 Mimo iż wystąpiliśmy w osłabionym składzie, Słuchacze dali nam do zrozumienia, że im się podobało 🙂 Dziękujemy Piekoszów.

wawa 1
W Warszawie zagraliśmy w Tawernie Gniazdo Piratów w ramach Festiwalu Pieśni Radosnej i rzeczywiście radość zawitała do naszych serc, gdy w nowo poznanym miejscu, zobaczyliśmy dobrze nam znane „klimaty”. Cała tawerna „przebrana” była za Bieszczady (!) wawa 2wawa 4
nawet znalazły się, stylizowane na schroniskowe, miejsca noclegowe 🙂
wawa nocleg
wawa przed tawerna
Wystrój sprawił, że poczuliśmy się jak w naszych ukochanych górach, organizatorzy zadbali nie tylko o szczegóły (np. butelka „miśka” na półce przy scenie), ale nawet o symulację upalnej pogody, bo na scenie było potwornie gorąco. Niedogodności wynagrodziła nam idealna akustyka pomieszczenia, niezwykle komfortowa to sytuacja dlatego też grało nam się świetnie, momentami nawet aż nadto z przytupem – znakiem czego była słoma lecąca z dachu ;P  Zdjęcia dzięki uprzejmości Elwiry Sztorc 🙂092gniazdo022gniazdo043gniazdo054gniazdo090gniazdo086gniazdo098gniazdo
104gniazdo
Po tym energicznym koncercie musieliśmy jeszcze bardziej energicznie uprzątnąć scenę,  za pół godziny bowiem miał odbyć się kolejny koncert :O Tu nieocenioną pomoc ofiarował nam Leszek Smoczyński, prawie w pojedynkę wynosząc nasz sprzęt, gdy my zajęci byliśmy składaniem pozostałych elementów – wielkie dzięki Leszku! Aby szybko uzupełnić braki energii bardzo się przydał prezent od Agnieszki Kolczewskiej w postaci bloczku czekoladowego domowej roboty – dziękujemy (i w cale nie był za słodki :*) Gdy już wsiedliśmy do auta, by wyruszyć do domu, Michał, z braku sił na wpisanie adresu w GPSie, podyktował mu głosowo:
– dom
{brak reakcji}
– Dooom!
{brak reakcji}
– DOM!!! DOM!!! DOM!!!
{wprowadzenie adresu} i całe szczęście, że w stolicy gramy tak często i można już jeździć na pamięć, bo GPS już nas kierował do miejscowości Dam Dam ;P

Dziękujemy Warszawa.
Przed nami ostatnia prosta w tym roku 🙂 Do zobaczenia!

Październik, czyli „Za Oknem Już Wieje I Pada Deszcz”

Kraków 6 Października 2017. Ten chłodny, jesienny już, dzień nie zapowiadał się szczególnie, a już na pewno nikt nie spodziewał się wydarzeń, które miały lada chwila nastąpić…  <Zamarzył mi się wstęp w stylu Bogusława Wołoszańskiego z programu „Sensacje XX wieku” ;P> Witam serdecznie w nowym miesiącu i zapraszam do relacji z chłodniejszego już miesiąca, gdzie opiszę co się działo w miesią… <kurcze, chyba zaczyna mi brakować synonimów, a do tego zaciął mi się backspace, no nic muszę pisać dalej ;P> Warto opisać co się działo jeszcze zanim dojechaliśmy do celu. Otóż mieliśmy okazję uszlachetnić nieco słownicwrto <SZLAG! Akurat jak nie mam jak cofnąć… skup się!> SŁO WNI CTWO  <uff> nie tylko dlatego, że po drodze mijaliśmy miejscowości o dość nietypowej nazwie
krakow irzadzekrakow prandoncin
również dlatego, że posiłek zamawialiśmy uśmiechnięci od ucha do ucha, acz z pewnym zakłopotaniem, „czy to wypada używać takich wyrazów w restauracji?”
krakow-menu.jpg
Chociaż jak widać pipki są daniem certyfikowanym, w dodatku serwowane w Domu Kultury, więc pełna kultura ;P
krakow certyfikat na pipki

Dawna stolica Polski wiedzie prym jeśli chodzi o ilość wypróbowanych miejsc, w których mogliśmy się z Wami spotkać i tym razem odwiedziliśmy zupełnie nowy obiekt. Chociaż patrząc z zewnątrz, słowo NOWY okazuje się nie oddawać istoty rzeczy, prawda?
krakow arkakrakow arka tyl
Całość sprawia wrażenie jakby czas się zatrzymał na siermiężnym PRL’u, ale tylko z zewnątrz, gdyż w środku klubu akademickiego ARKA znajduje się całkiem nowoczesna sala z potężnym nagłośnieniem, a na powitanie zabrzmiała fortepianowa muzyka. Studenci Akademii Rolniczej, jako prężnie działająca ekipa, pod przewodnictwem Roberta „Łosia” Łosika, pomogli nam szybko wnieść i zainstalować nasz sprzęt i, po szybkiej próbie, mogliśmy się przygotować do koncertu.krakow garderoba
Granie dla krakowskiej publiczności, jak zawsze, pełne jest humoru i koncert przebiega w luźnej atmosferze. Tak było i tym razem. Po złożeniu gratów, zasiedliśmy z gospodarzami „na chwilkę” – nocleg mieliśmy bowiem w pobliskim akademiku. Co prawda chcieliśmy się wymknąć jeszcze coś zjeść, ale nim się zorientowaliśmy, na naszym stoliku wylądowała pizza, a zaraz potem zupka chmielowa, więc już w ogóle nie było potrzeby się stamtąd ruszać ;P
krakow afterek
Robert opowiedział nam o wszechstronnej działalności klubu – oprócz koncertów odbywają się tu wystawy, spektakle, imprezy karaoke, skoki spadochronowe, świniobicie, kursy nurkowania w okularach przeciwsłonecznych <kurcze żartowniś się znalazł no, przecież backspace nie działa!… ;P> Nie, no tak na poważnie, to bardzo prężnie działające miejsce kulturalne i bardzo nam miło, że udało się nawiązać (mamy nadzieję nie tylko jednokrotnie) współpracę. Wnętrze Arki tak doskonale oddaje klimat „starych murów”, że jak przyszedł elektryk, by zamontować gniazdka, to spytał czy mają pozwolenie na wiercenie od konserwatora zabytków 😀 Taki wesoły, relaksujący wieczór 🙂
Rano obudził nas odgłos przejeżdżającego niemal pod samymi oknami pociągu i po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć kwitnące drzewo sandałowe ;P

krakow buty
krakow ilona

Zjedliśmy śniadanko, podziękowaliśmy chłopakom za gościnę, umówiliśmy się na następny koncert (jeszcze w tym roku) i pożegnaliśmy Kraków – dziękujemy!
Pora ruszać w drogę do Warszawy. Tak często tu gramy, że już można by było sądzić, że opisując kolejny raz wizytę w stolicy, autorowi wystarczy powciskać ctrl +c, ctrl+v i już opis gotowy i można zrobić przerwę na kawę ;P Po pierwsze: kawę mogę pić w trakcie <co zawsze zresztą robię  {sioooorrrrb} > Po drugie: wierzcie lub nie – nie ma dwóch takich samych koncertów. Choć przeważnie oznacza to, że za każdym razem mylimy się w innym utworze ;P Przeważnie gramy w zaprzyjaźnionym już miejscu <kurcze to do końca nie jest prawdziwe stwierdzenie; no bo jak się można przyjaźnić z miejscem…? Co, piszecie sobie: – Co u Ciebie słychać? – A wiesz, po staremu, trochę mnie strzyka w ścianach, chyba potrzebuję remontu… No nie, ale wiadomo o co chodzi, tak się tylko mówi 😉 >  Reducie Banku Polskiego, tym razem przyjęliśmy zaproszenie od Wawerskiego Domu Kultury. Trochę zaskoczyła nas sama scena, dość wysoka, co sprawiło wrażenie podziału na widownię i wykonawców, a co, jak wiecie, nie bardzo nam leży, wolimy razem z Wami współtworzyć występy.
wawa proba
wawa minius
Przy okazji Michał udzielił wywiadu redaktorowi Pawłowi Szeromskiemu dla radiowej Trójki, za jednym zamachem nagrywając pozdrowienia z okazji Świąt, Walentynek oraz Dnia Kobiet ;P Spotkaliśmy wielu znajomych, którzy obowiązkowo pojawiają się na naszych stołecznych koncertach, w tym naszego Przyjaciela Jędrzeja Molczyka, który już tradycyjnie przygotował dla nas przepyszny domowy chlebek. Jędrzej stał się bohaterem wieczoru, bo niestety tym razem nie udało nam się trafić z obiadem, który to zamówiliśmy sobie na dowóz, a którego „kondycja”, mówiąc delikatnie, nie była górnych lotów. No cóż Drodzy Czytelnicy, nie będę Was czarował, nie zawsze wszystko się udaje. Podczas śniadania dnia następnego rozstrzygaliśmy bardzo ważną kwestię – otóż  wywiązała się mniej więcej taka rozmowa:
– Zalejesz mi herbatę?
– A który to Twój kubek?
– Ten zielony
I teraz zagadka dla Was: jak myślicie który z widocznych na zdjęciu kubków jest tu podmiotem?

wawa kubki

..
.
Odpowiedź zależy od punktu widzenia otóż bowiem męska część zespołu solidarnie wskazała jeden z nich, a damska ten drugi (nie podpowiem kto wskazał który ;P)
Druga wesoła historia związana z noclegiem jest taka, że drzwi do łazienki nie miały zamknięcia, więc, aby zaznaczyć swą obecność w pomieszczeniu, okupujący musiał wyśpiewać „Łazienka jest zajęęęęta” tonację durową lub mollową, dobierając w zależności, czy były to pełne ulgi i radości, czy też wysiłku i cierpienia chwile ;P
Dziękujemy Warszawo.
Jedziemy do Pruszkowa. Nie mieliśmy daleko, a i tak udało się skomplikować tę podróż. Otóż na wyboistym wyjeździe z miejsca noclegu, „pękliśmy” amortyzator :/ szczęście w nieszczęściu, że w taki sposób, że dało się jechać przynajmniej tak krótką drogę, jak z Wawy do Pruszkowa. Czy po koncercie Bęc będzie w stanie dojechać do Poznania, na razie nie wiedzieliśmy (albo raczej nie chcieliśmy tym sobie głowy zawracać). Wróciliśmy do DK Kamyk po ponad 2 latach i od razu przywitała nas znajoma twarz 😉
pruszkow slup
Przy poprzedniej wizycie, mieliśmy zaszczyt gościć pana Marka na koncercie w charakterze słuchacza:
cisza majewski
nie zdając sobie jeszcze sprawy, że Jego utwór „Gazowe Latarnie” postanowimy nagrać w ramach projektu Ze Starej Szuflady.
Przyjemnie było stanąć/usiąść na scenie z taką dekoracją w tle 🙂pruszkow scena
pruszkow garderobapruszkow ksiega
Ale… Co ja Wam tu będę rozmazanymi zdjęciami psuł odbiór, dzięki fenomenalnemu oku Elwiry Sztorc możecie podziwiać jak na prawdę pięknie było 🙂

015pruszków2017016pruszków2017019pruszków2017030pruszków2017036pruszków2017043pruszków2017049pruszków2017

s

054pruszków2017061pruszków2017073pruszków2017

s

079pruszków2017
Dziękujemy Pruszków.
P.S. Ciszobencowi udało się jakoś doczłapać do Poznania, choć nie było łatwo, zważywszy, że skręcał tylko w lewo ;P

Kolejny tydzień rozpoczęliśmy wizytą w Koźminie Wlkp. Mimo że to tylko rzut beretem od Poznania, Michał i tak wziął ze sobą zapasy, choć wszyscy byliśmy przekonani, że to tylko jakaś darmowa próbka nowego dania na kształt takich, jakie podają hostessy w marketach (wszystkiego pół gryza, tylko by podrażnić żołądek ;P)
kozmin-lunch.jpg
Salę widowiskową kina Mieszko mieliśmy już okazję odwiedzić w przeszłości dwukrotnie
kozmin wejscie
tym razem przygotowaliśmy Wam (i sobie również) niespodziankę 😀 Otóż nasz znajomy, Mariusz Grzesiek (TAK! On ma imię na nazwisko! :D), który przyszedł, by pomóc nam w koncercie, podczas rozmowy nieśmiało gdzieś wtrącił, że „fajna ta Wasza nowa płyta”, że „nawet grałem sobie ten kawałek Last Minute na gitarze”… Zaraz, zaraz. Na gitarze? Elektrycznej?! Ej to dawaj, zagrasz z nami! – Poczekajcie, tylko skoczę do domu po gitarę i piecyk! 😀 I tak po kilku minutach od pomysłu doszło do jego realizacji, li tylko zaliczając po drodze kilkuminutową próbę generalną – „Dobra! Umiesz to!”. W zasadzie nie byliśmy też przygotowani technicznie, by nagłośnić dodatkowy instrument, więc rozkręciliśmy wzmacniacz na tyle mocno, by „przekrzyczał” całe nagłośnienie i był słyszalny dla każdego na sali. Ponadto Mariusz musiał grać bez odsłuchu (mamy tylko systemy douszne dla każdego, czyli 6 szt.) więc słyszał tylko swoją gitarę i, o tym w którym miejscu utworu jesteśmy, musiał poznać patrząc na perkusistę ;P Dał sobie radę doskonale, przysparzając i nam i Słuchaczom dużą (i głośną) dawkę emocji – Mariusz, dzięki  za dźwięki! Spontaniczne akcje są najfajniejsze 🙂
kozmin piesy
A właśnie, skoro o śmiesznych akcjach mowa… Ten oto przeuroczy Trufelek był bohaterem małego skandalu. Otóż podczas występu przyszedł, krocząc za przewodnictwem doświadczonego starszego brata, na scenę i wykonał na oczach zgromadzonej publiczności „saneczkowanie” przez całą szerokość sceny, co o mało nie doprowadziło nas do przerwania gry – ze łzami w oczach i w pełnym uśmiechu ciężko się śpiewa ;P
Po koncercie Widzowie nie szczędzili nam miłych słów, jedna pani była tak wzruszona, że gdy Michał oddał jej podpisaną płytę ze słowami „miłego słuchania”, przejęta odpowiedziała „nawzajem” 😀
Bardzo sympatycznie było Was znów odwiedzić, do zobaczenia następnym razem. Dziękujemy Koźmin. Na noc pojechaliśmy do Poznania, po drodze mijając wypadek – dachowanie osobówki (!) Zgromadzone na miejscu zdarzenia osoby machały do nas, więc zatrzymaliśmy się, by pomóc. Okazało się, że nikt nie ucierpiał, natomiast poprosili nas o pomoc w odwróceniu auta. Udało się i pojechaliśmy dalej z refleksją, że co prawda (na oko maksymalnie 20 – letniemu) kierowcy nic się nie stało, ale to tylko do czasu aż ojciec zobaczy w jakim stanie jego syn dostarczył samochód ;P
Następnego dnia mogliśmy się wyspać do woli, gdyż Kościan leży raptem niespełna godzinę drogi od Pozka. Właściwie to zarówno Autor, jak i Michał, mogli poczuć, jakby tylko na chwilę wyskoczyli zagrać koncert i wracają do domów na noc (taka trasa/nie trasa ;P) Kościański Ośrodek Kultury zrobił na nas pozytywne wrażenie już od początku. Sala dostosowana do koncertów, doskonale wyposażona, profesjonalne oświetlenie, akustyk ze sprzętem przygotowany.
koscian gitara swiatlo
Dorzuciliśmy tylko swoje graty i po sprawnej próbie dźwięku daliśmy się ugościć ulubioną strawą muzyków (a jakże) – pizzą 🙂 Śledząc niniejsze sprawozdania koncertowe wiecie już, iż dietę staramy się utrzymać zbilansowaną i zróżnicowaną: raz na cienkim cieście, raz na grubym ;P Trufelek, jak prawdziwy obrońca, został w domu pilnować posesji, natomiast Juno „Łowca Bisów” The Pies oczywiście nie dał się przekonać i musiał przyjechać z nami. Jak się okazało na miejscu, wyposażenie sceny obejmowało również Obrotowe Głowy Śmierci Od Świateł oraz Zabójcze Wytwornice Dymu -jedynych naturalnych wrogów Goldenów występujących w przyrodzie, więc dla jego komfortu pozostawiliśmy go w zamkniętej garderobie. Przynajmniej do czasu aż okazało się, że garderoba miała też drugie – otwarte drzwi i nasz piesek pojawił się na scenie jeszcze zanim człowieki z zespołu zdążyli dojść do swoich stanowisk 😉
koscian zyzy
z braku czasu przed koncertem, można przecież robić zdjęcia w trakcie ;P
Po bardzo sympatycznym koncercie, nastąpiła chwila troszkę niekomfortowa, podeszła do nas bowiem z reklamacją jedna z uczestniczek. Wyjaśniła nam, że prosiła o dedykację dla swojej przyjaciółki z okazji urodzin, a my ani be, ani me przez cały koncert. Michał próbował wyjaśnić sytuację twierdząc, że możliwe, że była taka prośba, ale on w takiej sytuacji zawsze prosi o przypomnienie w dniu występu. W natłoku zadań związanych z organizacją koncertu łatwo bowiem przeoczyć kto, dla kogo i o jaką piosenkę prosił – występ ma przecież swój rytm, klimat, pewien program, który chcemy zaprezentować Słuchaczowi jako spójną całość i jeśli taka prośba jakoś się w to wszystko wpasuje, to taką spełniamy. Pani twierdziła, że wysłała smsa z przypomnieniem, więc chcąc załagodzić sytuację Michał chwycił za gitarę i zaśpiewał jubilatce wybraną piosenkę
koscian urodzinowy song

Kościan
– dziękujemy.
Jak się okazało po drodze, pani „od reklamacji” napisała nam, że jednak nie wysłała tego przypomnienia… No cóż, wszystko dobre, co się dobrze kończy 😛
W sobotę trzeba było wyjechać już o 8, czekała nas bowiem nie tyle długa droga do Ostrołęki (bo to „jedyne” – mając na uwadze nasze standardy – 5 godzin jazdy), ale koncert miał się zacząć już o 16, co oznacza, że musimy być na miejscu o 13, by wszystko przygotować.
ostroleka przesiadka
Po drodze zostawiliśmy Mazdę i już „wszyscy razem w jednym tempie” pojechaliśmy dalej. Na miejscu zaskoczyła nas nietypowa scenografia – wnętrze Muzeum Kultury Kurpiowskiej stylizowane na dziedziniec kamienicy 🙂
ostroleka widowniaostroleka podworko
Akustyka też sprawiła, że byliśmy ciekawi, jak zabrzmi znany z dzieciństwa okrzyk, który, zanim wynaleziono komórki, można było usłyszeć chyba na każdym podwórku
„JAAAA-SIUUUU ! ! ! OOO-BIAAAAD ! ! !” ;P
ostroleka minius
W ogarnięciu wydarzenia (nie pamiętam już nawet który raz) pomogli nam nasi Przyjaciele Gosia i Robert Mukowscy 🙂 (przy okazji zdjęcie od Roberta – dzięki!)
ostroleka
Występ nie zgromadził jakiejś porażająco wielkiej frekwencji, ale kolejny raz potwierdziliście powiedzenie, że nie ważna ilość tylko jakość. Słuchacze nie pozwolili nam zbyt szybko zakończyć koncert i dopiero po trzecim bisie oraz niepodważalnym usprawiedliwieniu musieliśmy się pożegnać. Wszystko dlatego, że po koncercie nie czekał nas jeszcze odpoczynek – pojechaliśmy na wesele Marioli i Grzegorza, by zagrać im choć kilka utworów, poniekąd jako akompaniament do pierwszego tańca 🙂
ostroleka wesele
Miło nam bardzo, gdy ktoś ceni naszą pracę na tyle, by spotkanie z nami na zawsze połączyć ze wspomnieniami tego najważniejszego w życiu dnia 😉
Jako niespodzianka dla Gości wesela musieliśmy pozostać niezauważeni, więc w osobnej sali oczekiwaliśmy na umówiony znak sygnał. Zaczęliśmy odczuwać już głód, a że podanie obiadu się opóźniało i pod ręką były jedynie Junowe chrupki …
ostroleka dziewczyny jedza
Oczywiście to „fake” – dziewczyny zajadają się mieszanką studencką a ugoszczono nas należycie ;P
Po tych wszystkich, jakże różnych, wrażeniach spoczęliśmy w końcu w hotelowych łóżkach, jednak nie udało się spokojnie zasnąć, któreś z nas zapodało bowiem pewną melodię i przez cały wieczór próbowaliśmy dociec skąd ją znamy, przeszukaliśmy nawet cały internet – bezskutecznie… Dziękujemy Ostrołęka, dobranoc.
Nazajutrz wraz z łykami pierwszej kawy, tradycyjnie zakupionej na stacji „Wróblen”, przyszło olśnienie, co do kwestii nierozstrzygniętej poprzedniego wieczoru. Ową melodią była czołówka programu 5-10-15, na którym, można powiedzieć, się wychowaliśmy 🙂 Michała, co do tego, naszła ciekawa refleksja:
– Pamiętam jak oglądałem 5-10-15 i ten bloczek dla pięciolatków był taki dziecinny, a ten dla 15stolatków zbyt poważny… Miałem wtedy 20 lat
😀
Wszystkich nas naszła jeszcze jedna refleksja: gdzie my właściwie dziś jedziemy?!
sprawdzanie adresu
Przeważnie w kilka sekund można uzyskać odpowiedź, przecież twarzoksiążka przypomina o wydarzeniu pt. koncert. Tym razem takiego wydarzenia nie utworzyliśmy, a wszystko dlatego, że jechaliśmy do Chorzowa, by w kultowej Leśniczówce zagrać specjalny, prywatny koncert dla Angeliki i Adama. Właściwie to ten koncert Adam zaplanował już 1,5 roku wcześniej, gdy wsparł nasz projekt Ze Starej Szuflady, wykupując taki właśnie prezent na rocznicę ślubu dla swojej ukochanej 🙂 Jak na skrzydłach polecieliśmy, ciesząc się na ten kameralny koncert – na luzie, dla grupki najbliższych znajomych, których postanowili zaprosić na świętowanie rocznicy. Skrzydła podciął nam nasz Bęc (no nie mógł sobie podarować, co chwila coś innego się psuje, no…), a właściwie jego wąż układu chłodzenia, który się przetarł.
Szukając ratunku zajechaliśmy na napotkany w pobliżu Radomska parking dla TIR’ów – a nuż uda się kupić zniszczoną część. Zapytaliśmy przypadkowo spotkanego jegomościa czy coś wie, pomoże, zaradzi i, jak się okazało, był to właściciel warsztatu, bądź co bądź zamkniętego w niedzielę, który tylko na chwilę przyjechał coś zabrać i akurat spotkaliśmy się na tyłach, gdy już zamykał drzwi. Trafiło nam się, jak ślepej kurze ziarno. Obiecał dosztukować gumowy wąż, byśmy mogli chociaż dojechać na koncert, a potem będziemy się przejmować poważniejszą naprawą – prowizorki są najtrwalsze ;P
chorzow usterka 2
Zakasaliśmy, więc rękawy, by pomóc panu Mechanikowi, a przy okazji wywiązała się ciekawa rozmowa między specem a laikiem (czyli Autorem)
chorzow usterka
Mechanik: Czym te rurkie, żeby nie wyleciała z æΩüðÓì↔ΑùξΣ
Darek: O rany! Jak to się nazywa???
M: No co Ty! Nie wiesz co to ç⊄μΞ¬≅⊗℘α? Coś się chyba znasz na samochodach?? Jakieś podstawy?!?
D: Wiem, że nasz nie jedzie…
M: Bosz… Kto Ci dał prawo jazdy?!
D: Kto… Nikt!
M: A to nie Ty jesteś kierowcą?! Dobra, po prostu trzymaj TO… TYLKO MOCNO!
Gdy udało się jakoś naprawić usterkę Pan Mechanik znów wyskoczył (z rozpędu) z przestrogą:
M: Tylko uważajcie, przy zwiększonych obrotach poczekajcie aż ≠∫√²éåΣκÜ zacznie się ∠¾ΛœØÒℑ∴ℵψ
D: ….
M: Po co ja Ci to mówię… KIEROWCA!!!
Przygoda na szczęście zakończyła się na wesoło i mogliśmy jechać dalej, a bardzo pomocnemu panu dziękujemy za ratunek oraz tzw. „made our day” 😀
Leśniczówka, choć byliśmy tu już 5 lat temu, jest miejscem, w którym odbywają się przeważnie rockowe koncerty. Na pewno nie można odmówić właścicielowi zadbania o odpowiedni klimat i wystrój – chociażby hokery 🙂
chorzow krzeslo
Pod sceną rozstawione OOOOOGROOOOMNE kolumny, których jednak nie mogliśmy rozkręcić, gdyż na imprezie obecnych była pokaźna grupka milusińskich, liczebnością przekraczając nawet dorosłych 🙂 Najdzielniejsza trójka urwisów, dzieci naszej pary gospodarzy wieczoru, Marcel, Marta i Milenka, cały koncert spędziła pod sceną nic sobie nie robiąc z tych potężnych głośników 🙂
Bardzo rodzinny, niedzielny koncert na zakończenie trasy pełnej przygód. Dziękujemy za zaproszenie i życzymy wszystkiego dobrego!
Po weekendzie wolnym od grania „naszą ostatnią prostą” piździernika <backspace już działa po prostu pogoda stałą się bardzo wietrzna> zaczęliśmy w Gdyni w dobrze nam i Wam znanym Domu Rzemiosła. Oczywiście biednemu zawsze wiatr w oczy, a tym razem wiatr z deszczem towarzyszył nam przy wypakowaniu sprzętu. Na scenę pożyczyliśmy z wyposażenia sali lampy, które z wyglądu oraz mocy chyba były budowlane, bo po włączeniu, mimo iż były skierowane na scenę, to i tak rozświetlały znaczną część widowni. No i można było się przy okazji opalić 😉 Jako, że odpoczęliśmy od siebie przez jeden weekend, rozstawianie sprzętu przebiegało z towarzyszeniem głupawki i tak nam poniekąd zostało już przez całą trasę ;Pgdynia rozkladanie scenygdynia majki
Trójmiejska Publiczność nie zawiodła, koncert odbył się w atmosferze śpiewankowej, nie trzeba było nikogo specjalnie do tego namawiać. Dodatkowo, Słuchacze zaczęli klaskać na DWA (czyli w przeciwieństwie do „odruchowego” na RAZ), co nas kompletnie zaskoczyło, ale jeszcze śmieszniej, że przestawili się na RAZ, gdy tylko Michał ich za to skomplementował ;P Wesoło musi być! 🙂
Po koncercie dziewczyny pojechały do domów, a my – chłopaki „poszliśmy w miasto” czyli na pizzę 😀 Tym razem udało się upolować taką prawdziwą, z pieca opalanego drewnem, więc podniebienia takich „koneserów” włoskiego placka zostały dopieszczone 🙂 Na nocleg wybraliśmy przybytek o nazwie „Dom Marynarza”, co w 100% oddawało charakter tego miejsca… Dość powiedzieć, że kotwice, stery i inne gadżety oręża wilków morskich były wszechobecne, w dodatku, jak rano poszliśmy na śniadanie, jedyne naczynia, do których mogliśmy nalać soku, miały pojemność ok 100 ml (czyli tzw. literatka). Dramatyzmu sytuacji dodał fakt, że sok podano w dystrybutorze z trzema pojemnikami, z obrazkami – kolejno: pomarańczy (pusty), jabłka (leciał sok grapefruitowy) oraz czystej wody (ze względu na typowe przeznaczenie literatek – nie ryzykowaliśmy, czy na pewno poleci woda) ;P
Także poranek znów na wesoło, jeszcze tylko obowiązkowy selfiak i lecimy dalej!
gdynia-rano.jpg

Dziękujemy Gdynia.
Jedziemy do Lublina, by zagrać na festiwalu Bakcynalia 2017.

lublin mini 3 klasa
Tego dnia wstaliśmy już o 7 rano. Co w tym dziwnego?! Przecież, wielu ludzi tak wstaje codziennie do pracy przez całe życie. To normalne. Nigdy się nie upieraliśmy, że tak do końca normalni jesteśmy 🙂 No bo, czy to normalne, że ludzie jadą kilka godzin, do „miejsca pracy”, przez 3 godziny je przygotowują, przez kolejne dwie wykonują jakieś dziwne wygibasy na oczach obcych osób i jeszcze cieszą się z tego jak dzieci? Że potem sprzątają wszystko z powrotem do samochodu, kończąc „swoją pracę” niekiedy dopiero ok 22, do (nie swoich) łóżek docierają ok. północy i, najczęściej zatopieni w emocjach, nie mogą zasnąć do późnych godzin? Czy po latach takiego funkcjonowania – weekend w weekend – czerpią radość z występów i z ogromnym apetytem czekają na kolejne ciągle nie mając dosyć? Czy spotykanie na swojej drodze niezwykłych ludzi, którzy od razu stają się przyjaciółmi i współtworzą takie wydarzenia jak koncert, czy zlot jest czymś powszechnym? Taką „nienormalność” w naszym życiu, to my akceptujemy w pełni 🙂
Niestety i tym razem dopadła nas rzeczywistość i, przez roboty drogowe, które przemilczał nie tylko GPS, ale również zapomniały osoby odpowiedzialne za umieszczenie stosownych znaków na drogach, spóźniliśmy się na próbę. Ta niestety przez sztywne ramy czasowe festiwalu musiała się odbyć o określonej porze i „przepadła” nie z naszej winy. Na szczęście akustycy odpowiedzialni za nagłośnienie festiwalu, poszli nam na rękę i poświęcili swoją przerwę, by nas odpowiednio ustawić,  mając na uwadze dobro uczestników, którzy także przecież nie byli niczemu winni, a których najbardziej brak tej próby by dotknął – spodziewali się przecież określonej jakości występu. Chapeau bas Panowie!
lublin scena pusta
Przed nami zagrali Profi
lublin-profi.jpg
oraz Tomek Lewandowski wraz z Piotrem Bzowskim, więc Publiczność była już mocno, jak to się mówi, rozgrzana. Podczas gdy Michał udzielał niezliczonej ilości wywiadów, wszechobecnym na festiwalu reprezentantom mediów, my rozgrzewaliśmy się w garderobie, kontynuując głupawkę
lublin garderobalublin-profi-milimetr-mariol.jpg
na zdj. od prawej konferansjer/wykonawca Profi, organizator Milimetr, Jakiś Brzydal ;P
W końcu można było w ramach zemsty i Mariuszowi się wciąć w selfiaka w roli Mistrza Drugiego Planu

lublin miszcz

Profi zaskoczył nas bardzo zabawną zapowiedzią, w roli konferansjera wspiął się na wyżyny, przeskakując przeważnie cytujących opis znaleziony w internecie adeptów tej niełatwej sztuki scenicznej. Brawo! 🙂 Publiczność bawiła się przez cały koncert, tym samym i nam dostarczając ogromnej energii oraz odwagi – można było pożartować i po prostu być sobą 🙂 Po koncercie, jak zwykle wyszliśmy „do ludzi”, chłopaki namawiali losowo wybrane osoby na wspólne zdjęcia 😉
lublin focia
A już całkowicie po zakończeniu „obowiązków”, reprezentacja Ciszy udała się na afterek do klubu, gdzie po koncertach odbywały się jeszcze śpiewanki (niezła organizacja, trzeba przyznać, był nawet śpiewnik wyświetlony za pomocą rzutnika, by wszyscy mogli śpiewać)
lublin afterlublin after 2
lublin baner
Dziękujemy Lublin.
Jedziemy do Olsztyna. Obowiązkowo najpierw trzeba było uzupełnić czarne paliwo, a że na stacji dostępny był tylko jeden malutki automat do kawy, spędziliśmy tam trochę czasu, próbując jakoś te chwile sobie umilić 🙂
olsztyn-mini-mariol.jpg
olsztyn-po-kawe.jpg
„Polecamy – Cisza Jak Ta” ;P
Mocno zaskakujące okazało się miejsce koncertu, mieliśmy zagrać na wodzie (!) No może tak nie do końca bezpośrednio, ale i tak w tawernie trochę bujało (czyżby objawy choroby morskiej?), a pod nogami słyszeliśmy chlup, chlup.
olsztyn miejsce koncertu
Wnętrze, choć klimatyczne, wymusiło na nas układ sceny, który (doliczając podobno niespotykane w tym miejscu zainteresowanie koncertem) spowodował niezwykłą bliskość Słuchaczy, a wręcz na początku sprawiało to trochę zakłopotanie/tremę mieliśmy wrażenie, że pierwszy rząd znajduje się już na scenie 🙂 Na szczęście owe zakłopotanie trwało tylko przez kilka pierwszych minut, potem bowiem „zażarło” i opadła kurtyna niezręczności, przeradzając atmosferę w niezwykle domową 🙂
Myślę, że udało się to uwiecznić na zdjęciach naszym Przyjaciołom – Wróbelkom 🙂
116542181037
Asiu, Zbyszku – dziękujemy za pomoc w znalezieniu tego niesamowitego miejsca oraz za piękne zdjęcia 🙂
9
Dziękujemy za pomoc w ogarnięciu chaosu pokoncertowego Justynie Raginiak, a gospodarzom tawerny, Alinie oraz Kazimierzowi za współorganizację 🙂
Dziękujemy Olsztyn.

bya-niedziela-29-padziernika-2017-ostatni-dzie-trasy
Jedziemy do maleńkiej miejscowości Czarna Woda. Po drodze napotkaliśmy już nawet pierwsze oznaki zimy a mianowicie pojawiły się bałwany… na Wiśle (!)
czarna woda balwany na wisle
a do tego tak wiało, że fale poruszały się wstecz, (HA! Czyli ktoś jednak ją kijem zawrócił… ;P) Poza tym przez całą drogę przejeżdżaliśmy przez miejscowości o nietuzinkowych nazwach, próbując odgadnąć jak nazywa się mieszkanka takowej – by wymienić tylko kilka: Gietrzwałd, Zabagno, Szpęgawsk 🙂 (taka „Gietrzwałdzianka”, pracując za granicą, może mieć wesoło, opowiadając skąd pochodzi)
No i wylądowaliśmy w kościele – a co, w końcu jest niedziela! 😉 Nietypowe to miejsce jak na koncert, ale uwierzcie, że akustyki mogłaby pozazdrościć niejedna instytucja mająca na wyposażeniu salę koncertową. Absolutnie pozytywnie zaskoczyło nas to zjawisko, spodziewaliśmy się bowiem niemiłosiernego pogłosu, a było wręcz niebiańsko przyjemnie dla ucha, zwłaszcza wokalistom (przyznaje to nieśpiewający Autor) śpiewało się nadzwyczaj komfortowo, co przełożyło się na jakość wykonu <taka ukryta pochwałka ;P>czarna woda scena
Ksiądz proboszcz, jak się okazało, bardzo przychylny takim wydarzeniom, dopatrzył się nawet w naszej twórczości pierwiastka religijnego – pewnie za sprawą anioła Szemkela 😉
Musimy Wam zdradzić genezę koncertów w Kościele Rzymskokatolickim pw. Matki Bożej Częstochowskiej. Otóż w tej miejscowości nie ma sali koncertowej spełniającej warunki większych koncertów, jest natomiast zapotrzebowanie na takie wydarzenia oraz ogromna determinacja pań pracujących w miejskiej bibliotece. To właśnie ich inicjatywa spowodowała, że Czarnowodzianie <rany, czy tak nazwać tubylców będzie poprawnie?!?! W razie czego – przepraszam ;)> mogli wybrać się na koncerty m.in. Stanisława Soyki. A jak się takie sprawy załatwia w praktyce? Ano chodzi się przez 5 tygodni do burmistrza, ciągle namawiając „zobaczy Pan, ludzie przyjdą, tylko niech Pan się zgodzi” i w końcu burmistrz, chcąc mieć spokój, zgadza się 😀 Niech ta postawa zawstydzi wszystkich, tak wielu spotkanych na naszej drodze, pysznych dyrektorów domów kultury, którzy na nasze propozycje zagrania koncertu („nic to pana nie kosztuje, mamy wszystko swoje: sprzęt nagłośnieniowy, oświetlenie, pana prosimy tylko o prąd i otwarcie nam drzwi”) reagują wręcz wyśmianiem, mimo iż to ich praca, ale trzeba by włożyć minimum wysiłku i zrobić coś dla ludzi przecież 😦 ręce opadają… Wracając do wydarzenia, pokrzepiło nas, że ludzie z takim zaangażowaniem organizują kulturę w małych miejscowościach – chcieć to móc 🙂 Nie przeszkadzało nam nawet przeszywające zimno wypełniające całą nawę, tyle tylko, że założyliśmy na siebie wszystkie możliwe ubrania 🙂 Po koncercie uzupełniliśmy kalorie, jakie nasze organizmy spaliły, by zapobiec hipotermii, przy pomocy pysznego ciasta i najgorętszej herbaty 😉 Dziękujemy Czarna Woda.
Tak więc zakończył się jesienny październik, przed nami kolejne przygody, zostańcie z nami. Do przeczytania!

Wrzesień 2017, czyli „…do szkoły by się szło…”

„Mamo! Jeszcze 5 minut…” Któż z nas ani razu tego zdania nie wypowiedział, będąc budzonym do szkoły… 😉 Wrzesień kojarzy się każdemu z nieprzyjemnym obowiązkiem rozpoczęcia nowego roku szkolnego, my zawitaliśmy w mury II L.O. w Gorzowie Wielkopolskim jeszcze dnia ostatniego sierpnia, by zagrać z okazji Rajdu Harcerskiego Adventure Siderea.
Gorzow pomnik
Ta pani wydaje się jakaś znajoma – WIEM!!! Przecież to ta słynna Pani z memów! ( za dużo internetów, ehh… ;P)
dabrowa scena

Harcerze udekorowali całą salę balonami, które co chwila z hukiem pękały przyprawiając Junka o palpitację serca, więc biedaczek ukrywał się przez cały czas w garderobie. Podczas koncertu już od pierwszego utworu – Miłość W Cisnej – harcerze zainicjowali pod sceną „młynek” i poszli ostro w pogo – widocznie wakacje spędzili na Przystanku Woodstock i Festiwalu w Jarocinie ;P Koncert przebiegł więc pod hasłem radosnego skakania, biegania w kółko i rytmicznego głośnego klaskania 😉 Teraz mogą z czystym sumieniem schować nosy w książki. Mamy nadzieję, że ten ostatni dzień wakacji spędzili dobrze się bawiąc. Zadziwiające jakie pokłady energii drzemią w tej charakterystycznej grupie naszych odbiorców :D. Po koncercie, z pomocą dzielnych druhów, prędko spakowaliśmy sprzęt, a wygłodniały zespół za priorytet obrał sobie upolować coś do zjedzenia. Okazało się to nie lada wyzwaniem, trudno bowiem było znaleźć miejsca, świadczące usługi gastronomiczne w tygodniu, o tak późnej porze (zbliżała się 22), które spełniały kryteria naszych wysublimowanych podniebień 😛 – tak naprawdę chcieliśmy zjeść cokolwiek, byle było 1 ciepłe, 2 smaczne i 3 szybko. Po chwili bezowocnych poszukiwań w internecie, zrezygnowaliśmy z pkt. 2 i zamówiliśmy pizze ;P Z racji tego, że nie był to weekend, pizzeria nie świadczyła też usługi dowozu, gdyż mieli lada moment zamykać.
„Proszę Pani! My przyjedziemy po tę pizzę, nie ma problemu, zaczynajcie już robić, zabierzemy na wynos”
Wpadamy do pizzerii krzycząc jednym tchem: „Dobrywieczórtomydzwoniliśmyzamawialiśmy3pizze ! ! !”
„Dobry wieczór. Spokojnie, już się robią. Proszę usiąść, zawołam jak będą gotowe do odbioru”. Usiedliśmy więc i próbowaliśmy głośną rozmową zagłuszyć granego przez nasze kiszki marsza. Po dłuższym czasie wyczekiwania, przeplatanego niecierpliwymi i znaczącymi spojrzeniami rzucanymi w kierunku lady, teraz pustej, a przy której wcześniej stała w/w Pani, postanowiliśmy zadziałać i upomnieć się o zamówienie, obiecano przecież, że będzie (pkt 3 -) szybko. Tym razem po przeciwnej stronie lady pojawiła się inna Pani, która radośnie nam oznajmiła, że wywiązali się z umowy, nasze pizze TU (pokazuje na kartoniki znajdujące się po jej stronie) leżą już od 10 minut, spakowane i gotowe, by je zabrać.
– Przecież my tu ciągle czekaliśmy, tamta Pani miała nas poinformować,
– Proszę Pana, tamta pani już skończyła swoją zmianę…
< w tym miejscu na myśl przychodzi pamiętna scenka z Misia: „nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi”>
Tak oto chcąc – nie chcąc ominął nas ostatni, punkt 1, musieliśmy więc dopisać pkt 4:  „albo dobra, zjedzmy cokolwiek” 😀 Nic to, po kolacji zebraliśmy się w hotelowym pokoju i, nie wiadomo skąd, nagle zaczęliśmy rozmawiać na temat klipów. Wychodzi na to, że z braku czasu, a także pomysłów co do realizacji takowych, Cisza nie doczekała się jak dotąd spektakularnych filmowych produkcji krótkometrażowych (z wyjątkiem obrazów do W Naszym Niebie oraz Niebiesko) , zwanych potocznie teledyskami <swoją drogą kto wymyślił ten termin i w jaki sposób on do tego się odnosi? „Tele” można jeszcze podciągnąć, że od „telewizja” ale ten „dysk”… oj Darek idź sobie kawę zrób, bo odbiegasz od tematu i jakieś tu wewnętrzne dyskusje uskuteczniasz> ;P
Po długich rozmowach, doszliśmy do wniosku, że biorąc pod uwagę realia, czyli brak czasu, pomysłu oraz koszty realizacji, nie wiadomo kiedy to nastąpi :/ Ale wracając na ziemię, tak oto zakończył się dzień pierwszy jesiennej trasy. Gorzów – dziękujemy.
Następnego dnia wyruszyliśmy do Dąbrowy, by na zaproszenie Zbyszka Janowskiego wystąpić na festiwalu ZAMCZYSKO. Byliśmy tym faktem bardzo uradowani, czekał nas bowiem koncert w doborowym towarzystwie. Z powodów logistycznych, podróż odbywaliśmy na dwa samochody i tu zaczyna się śmieszna/tragiczna część tej opowieści, po raz kolejny nastąpił konflikt na linii My – GPS… W wyniku tego Ciszobęc pojechał południową trasą, a Mazdę (prowadzoną przez Ilonę) nawigacja pokierowała północnymi drogami, przy tej okazji zaśpiewaliśmy sobie „jadę dołem, a Ty górą” ;P Jak się okazało, na autostradzie wydarzył się karambol i nasze urządzenia GPS odmiennie zareagowały na sytuację na drodze, znajdując różne alternatywy dojazdu. Dodatkowo szacowany czas podróży co chwilę ulegał drastycznej zmianie, zapewne na skutek ulewy

dabrowa deszcz oraz tego, że pozostali kierowcy również uciekali przed korkiem na A4, zmniejszając przepustowość bocznych dróg :/ Po jakimś czasie bezowocnych manewrów, zdecydowaliśmy się zadzwonić do organizatora z informacją, że niestety się spóźnimy <kurcze, deja vu jakieś… ;P> Największym zaskoczeniem były dla nas słowa Zbyszka:
„aha, Wy też… ”
Okazało się, że praktycznie każdy z występujących tego dnia Artystów, pierwsze co wykonał w ramach festiwalu, to telefon w tej samej sprawie do Organizatora 🙂
Tym samym, z czystym sumieniem mogliśmy pochwalić się, że nie odstawaliśmy od reszty Wykonawców ;P Chociaż Drodzy Państwo, jak to się mówi „na dwoje babka coś tam”, ale o tym za Chwilę… Gdy dopłynęliśmy już do Dąbrowy, trzeba było wziąć się z rozpędu za próbę, jednak przez te opóźnienia zrobiło się małe zamieszanie i nie można już było dojść, czy kolejność instalowania się na scenie pozostaje zachowana. Koniec końców odbyliśmy próbę o czasie, w którym miały się rozpocząć już koncerty i niestety wyszło trochę niezręcznie, w pośpiechu musieliśmy iść na kompromis pomiędzy odpowiednim nagłośnieniem i komfortowym ustawieniem się na scenie, a naglącym programem imprezy. Dodać trzeba, że cały czas padało i było okropnie zimno, każdy więc ratował się jak mógł przed pogodą.dabrowa proba
dabrowa-chwila-nieuwagi.jpg
Kiedy impreza w końcu się rozpoczęła, trzeba było się schować do namiotów stanowiących garderoby dla Artystów i, racząc się hektolitrami gorącej herbaty, wysłuchaliśmy koncertów z zaplecza. Najpierw wystąpili Tomasz Olesiński oraz Piotr Kajetan Matczuk z zespołami towarzyszącymi, ale największym zaskoczeniem był występ zespołu Póki Co. Pamiętamy ich jako debiutantów nieśmiało jeszcze kroczących ścieżkami festiwalowych konkursów, a dziś już widzimy pewnie czujący się na scenie zespół „pełną gębą”. Ela Rojek z ogromną charyzmą prowadziła koncert, porywając Publiczność. Nawet gdy akustycy mieli chwilowe problemy z nagłośnieniem, pojawiające się sprzężenia i inne hałasy nie przeszkodziły wokalistce w utrzymaniu świetnego kontaktu ze Słuchaczami – pełna profeska. Bardzo przyjemnie odebraliśmy ich koncert i patrzymy w przyszłość z zaciekawieniem jak będą się rozwijać dalej. Trzymamy kciuki! 🙂 Dalej przyszedł czas na występ naszych Przyjaciół z zespołu Chwila Nieuwagi. Tutaj już nastąpiła konkretna jazda bez trzymanki. To co oni wyprawiają na scenie od dawna powodowało u nas opadanie szczęk, tym razem postanowili dołożyć jeszcze do pieca i zaprosili do wspólnego koncertu Kubę Blokesza. Tego po prostu nie można było przegapić. Chylimy czoła przed Wielką Sztuką, jednocześnie zaznaczamy, że znamy się z nimi od dawna i mamy nadzieję, że nie zapomną o nas, gdy już wejdą na sam szczyt muzycznego Olimpu 😉 Natchnieni muzycznymi dokonaniami wykonawców występujących przed nami weszliśmy nieśmiało na scenę mając nadzieję, że nas nie wygwiżdżecie i na szczęście tak się stało. Tzn. nie stało się,     znaczy stało się,    znaczy nie wygwizdaliście nas <Darek chyba za dużo tej kawy, co?> Byliśmy pod ogromnym wrażeniem Waszej żywiołowości, gdy zaczęliśmy grać, no dobra, pewnie to zasługa tego, że akurat wtedy przestało padać 😀 (w końcu jakaś rekompensata od natury za całe deszczowe wakacje). Nie robiąc sobie nic z trudnej pogody daliście nam poczuć się wspaniale, mimo iż graliśmy w towarzystwie silnej (z braku innego odpowiedniego słowa nazwijmy to) „konkurencji”.
dabrowa michal vs batman
<Hrabia Drakula atakuje Michała>

dabrowa scena 2
zdj. Zbyszek Janowski
Po zejściu ze sceny mogliśmy jeszcze wysłuchać koncertu Gwiazdy tego wieczoru – Eli Adamiak.
dabrowa koncert eli
To był ciężki dzień, ale dzięki muzycznej uczcie, jaką zaserwowali nam pozostali Artyści i Waszym gorącym przyjęciu, zasnęliśmy zmęczeni i szczęśliwi. Dziękujemy ZAMCZYSKO!
Na zakończenie pierwszego powakacyjnego weekendu czekał nas niezwykły koncert. Zdarzało się, że graliśmy na uroczystości ślubnej, ale tym razem wesele Iwony i Erniego odbyło się kilka dni wcześniej, jednak Państwo Młodzi postanowili dopasować się nieco do naszego grafiku i zorganizowali spotkanie z przyjaciółmi zapraszając i nas do Kompleksu Małe Dolomity w Hucisku. Gdy dotarliśmy na miejsce, właściciele tej atrakcji, chcąc, w imieniu Pary Młodej, pomóc nam w zorganizowaniu niespodzianki dla gości, przedstawili nam opcje lokalizacyjne koncertu: („A oczom ich ukazał się las…”)
hucisko las
Wędrowaliśmy tak beztrosko podziwiając florę i faunę,
hucisko sidhucisko cos
jednak nie mogliśmy się zdecydować na scenografię – albo była zbyt przewiewna

hucisko altana
albo za ciasna…
hucisko domek barbi
wybraliśmy więc miejsce na werandzie przy pokojach gościnnych
hucisko scena

hucisko sprzet w podlodzehucisko sprzet w podlodze zoom

hucisko scena
Dzięki temu rozwiązaniu mogliśmy podczas występu napawać się pięknym widokiem
hucisko junohucisko widok

Aby nabrać sił przed występem, musieliśmy pokrzepić się jakimś posiłkiem, w tym celu Ola z Iloną wspólnymi siłami przebrnęły przez meandry telefonicznego zamawiania jedzenia na dowóz – jak widać, nie było łatwo ;P
hucisko-dziewczyny.jpg
Nie obyło się bez przygód, okazało się, że nigdzie nie możemy znaleźć zasilacza do perkusji (jakże niezbędnego przy elektronicznej wersji tego instrumentu)… Telefon do Zbyszka rozwiał wszelkie wątpliwości, ten przyznał, że został takowy znaleziony na scenie w Dąbrowie, widocznie w całym tym festiwalowym zamęcie najzwyczajniej się zapodział. Patrząc z szerszej perspektywy i tak mamy niezłą średnią skoro, na tyle koncertów w roku, tylko raz zdarza nam się zgubić coś istotnego z punktu widzenia koncertu – nie liczymy oczywiście strat w prywatnej garderobie, tej starczyłoby zapewne do ubrania całego pułku wojska… taaak, zaraz, gdzie to ja byłem? Aha! Gdy atak paniki minął, rozpoczęliśmy żmudny proces podłączania każdego znajdującego się w naszym posiadaniu zasilacza – a nuż któryś będzie działał (chodzi o to, by były tam jakieś odpowiednie miliampery czy coś). Po wielu próbach okazało się, że musimy (uwaga!) zasilacz od tunera Mariusza zamienić z zasilaczem efektu do wokalu Michała, Mariuszowi w zastępstwie pożyczyć baterie do tunera, zasilacz Michała dać do tunera dla Darka, a ten od niego podłączyć do perkusji. Dziwna to konfiguracja, ale tylko w takiej wszystko działało jak należy 😀 Tzn. działało do czasu podłączenia lamp… Nie mogliśmy dojść, dlaczego ciągle wywalało korki, ale po jakimś czasie pomyśleliśmy, że może mieć to związek z wodą, którą po wakacyjnej trasie dopiero teraz wylaliśmy z pokrowca ze sprzętem oświetleniowym… No, ale pewności nie ma! ;P Zatem podłączaliśmy po kolei każdą lampę do prądu, a w tym czasie pracownik kompleksu dyżurował przy bezpiecznikach, włączając je raptem 6 czy 7 razy aż w końcu namierzyliśmy „winowajcę” 😀 Takie przygody nastroiły nasze humory odpowiednio do występu – wesoło musi być!
Po tym bardzo przyjemnym, plenerowym koncercie, zostaliśmy zaproszeni na dalszą część imprezy, przy ognisku, kiełbaskach i innych harcach ;P Dziękujemy Iwonie i Erniemu, życzymy pięknej wspólnej przyszłości!
hucisko ognisko

Po pierwszym weekendzie, zakończonym dość rozrywkowo, nadeszła pora na kolejny wyjazd, tym razem zaczynamy 8 września od Wrocławia. Ośrodek Działań Twórczych Światowid (czyli nasze stałe miejsce spotkań z Wami) tego dnia pełny był życia, ze względu na odbywające się tam warsztaty artystyczne.
wroclaw podworko
Niestety, z powodu braku czasu, nie mogliśmy sobie pozwolić na uczestnictwo, musieliśmy przecież przygotować własne wydarzenie artystyczne 🙂 Nie było żadnych problemów z rozstawieniem sprzętu, gdyż każdy zakamarek Światowida znamy już jak własną kieszeń, nawet tajemne przejście z garderoby na widownię, dzięki któremu Mariusz mógł się prześliznąć niepostrzeżenie, by zrobić fotkę przed koncertem 😀
wroclaw scena
Oświetlenie na sali powoduje, że Publiczność jest dla nas doskonale widoczna, a to zawsze wywołuje u nas odrobinę tremy, jednak Wasz aktywny udział w koncercie spowodował szybkie rozluźnienie i mogliśmy cieszyć się wspólnie zaśpiewanymi piosenkami 🙂
wroclaw scena zdj bart
zdj. Bart Kucharski
Jak widać tym razem mogliśmy z usprawiedliwioną bezczelnością stwierdzić, że na scenie pojawiły się gwiazdy ;P
Ciepło od Was płynące biło w nas przez cały występ i po nim, a już największy poziom wzruszenia osiągnęliśmy za sprawą grupki dzieciaczków, które wkroczyły śmiało na scenę i wręczyły nam piękne bukiety :* Dziękujemy Wrocław.
wroclaw podpisy
Noc spędziliśmy w Poznaniu, by następnego dnia pojechać do Sierakowa, aby pod zamkiem Opalińskich zagrać w ramach startu harcerskiego. Ryzykowne z naszej strony grać plener we wrześniu, jednak wszystkie prognozy zapewniały nas, że deszcz nam nie grozi – a my znów uwierzyliśmy 😂. Na szczęście natura tym razem nie okazała się złośliwa, ale spokojnie, znalazła sobie sposób. Mianowicie, skoro nie dało się nam zaszkodzić w sferze meteorologii, to można przecież obejść system i… zepsuć tylne drzwi od samochodu :O! Do tego, o ile dałoby się jeszcze cały sprzęt jakoś wyciągnąć, bocznymi drzwiami, to już perspektywa spakowania wszystkiego po koncercie wykraczała skalą poza znane nam tajniki ekwilibrystyczne. sierakow mariol vs drzwi
Chcieliśmy po dobroci, ale skoro złośliwość przedmiotów martwych postanowiła się z nami zmierzyć, wdrożyliśmy w życie dobrze znane polskim fachowcom pojęcie „nic na siłę, weź większy młotek” 😀
sierakow majki vs drzwiPozbieraliśmy resztki tapicerki, mając jednak przeczucie, że bitwę wygraliśmy, ale wojna trwa. No cóż, na razie Ciszaki 1 – Ciszobęc 0, o resztę będziemy się martwić później (albo raczej „prędzej”) 😉 sierakow zameksierakow scenasierakow misius kaczkisierakow widowniasierakow tablica
Jak widać w Sierakowie wiele się dzieje, na nasz koncert, poza oczywiście harcerzami, przyszło także wiele osób „z miasta”, które po raz pierwszy miały styczność z naszą wesołą twórczością. Po koncercie, sprawczyni naszej w Sierakowie wizyty – Ania, odprowadziła nas do położonego w malowniczej scenerii gospodarstwa agroturystycznego, gdzie mieliśmy spędzić nocleg.
sierakow zachodsierakow noclegsierakow 1sierakow altanasierakow nocleg ognisko
sierakow chustawki
Chociaż największą uwagę przyciągnęły konie… mechaniczne 🙂

sierakow benc vs porsche

Przy okazji poznaliśmy bardzo ciekawe połączenie łazienki z toaletą, albowiem do transformacji – w zależności od zapotrzebowania do jakich ma służyć w danym momencie pomieszczenie – służyła li tylko zasłonka ;P
sierakow lazienka
Wieczór, ze względu na biesiadujących do wczesnych godzin porannych sąsiadów, przebiegł można powiedzieć – sielankowo ;P
Dziękujemy Sieraków.
Sielanka skończyła się dnia następnego. Mimo iż wylądowaliśmy w Poznaniu dobrych kilka godzin przed koncertem, spędziliśmy je stojąc w korkach, spowodowanych wyścigiem rowerowym, który zdezorganizował ruch uliczny w całym mieście.
poznan korek 2
Nie było szans dostać się do domów ani Michała, ani Darka, więc zmieniliśmy plany i na obiad udaliśmy się do galerii Pestka. Niestety te utrudnienia dały się we znaki nie tylko nam…. gdy dojechaliśmy w końcu do D.K. Słońce okazało się, że drzwi są zamknięte i musimy poczekać z przygotowaniami do koncertu :/
poznan pod sloncem
Ciągle narastające opóźnienie powodowało i u nas narastanie (niestety negatywnych) emocji, ale czasami nie ma na to rady, trzeba się spiąć, jakoś to będzie. Było, jak zawsze w Poznaniu, wspaniale! Dzięki Wam szybko zapomnieliśmy o niesnaskach i cieszyliśmy się przyjemnym zakończeniem weekendu, przy sali wypełnionej po brzegi wspaniałymi Słuchaczami
poznan scena
Mariusz znów zakradł się, by zobaczyć ile osób przybyło, jednak musiał zrezygnować w połowie liczenia, bo już był czas rozpoczęcia koncertu 😉 Dziękujemy Poznań.

Trzeci weekend pora zacząć! Jedziemy do Gdańska! „No to se pojechaliście” – gdyby Ciszobęc był bohaterem filmu „Auta”, zapewne takie właśnie słowa najczęściej padałyby z jego animowanych ust… Tym samym wyrównaliśmy punktację 1:1 ;P
gdansk bez kola
Zaczęliśmy więc trasę od wizyty w warsztacie, w efekcie której okazało się, że mieliśmy wbity w koło pokaźnej wielkości wkręt (!) Co prawda słyszeliśmy o jakichś machlojkach związanych z budową autostrad, że niby z tańszych komponentów robiono, ale żeby aż takie zabiegi?! To asfaltu już się nie wylewa tylko na wkręty?!?… ;P Po operacji, już bez przygód dojechaliśmy do Domu Harcerza, w którym gościliśmy wielokrotnie, za każdym razem trafiając na kolejny etap generalnego remontu obiektu. W najdalszych wspomnieniach z wczesnego stadium prac, pamiętamy odgłos wiertarki budzący nas z samego rana oraz wszechobecny pył, również pod prysznicem 😛 Warto było znosić te niedogodności, by teraz cieszyć się całkiem odnowionymi – 4 osobowymi celami pokojami, w których co prawda nie ma na tyle miejsca, by wszyscy znajdowali się w nim jednocześnie, ale za to przy pryczach łóżkach zamontowano całkiem przydatne półeczki, w które konsekwentnie można przywalić głową z samego rana (co budzi gościa dużo skuteczniej niż odgłos wiertarki) 🙂

gdansk prycze
Odmiennie od części hotelowej obiektu, sala koncertowa nie zmieniła się znacząco.
Zgrabnie poszło nam rozstawienie sprzętu, niektórzy zdążyli nawet spróbować swoich sił zamieniając się instrumentami ;P
gdansk ilona za perkagdansk ilona zyzy

Z racji, że w okolicach sali koncertowej nie ma pomieszczenia, które mogłoby posłużyć za garderobę, przebrać przed koncertem mogliśmy się w naszym pokoju, z racji gabarytów –  oczywiście na zmianę ;D Mateusz tak się musiał przy tym nagimnastykować, że potrzebował wyprostować kręgosłup przed rozpoczęciem występu ;P
gdansk zyzy przed koncertemgdansk zyzy padl
Sam koncert zrekompensował nam te wszystkie warunki, wyglądało na to, że wszyscy obecni świetnie się bawią, no może poza najmłodszymi uczestnikami, którzy zawiedzeni nieobecnością Juna, zamienili pierwsze rzędy na sypialne ;P Obowiązkowo już, w koncercie pomagali nam Państwo Mukowscy – dziękujemy! :* <Piszę „obowiązkowo” mając na myśli, że zawsze są obecni na koncertach w tych okolicach, a ich rodzinny Puck zaliczamy niniejszym do Trójmiasta 😉 Choć jak pokazali, Gosia i Robert swój „zasięg” często nadwerężają, twierdząc, że na koncert do miejscowości oddalonej od Pucka nawet 300 km także mają blisko 😀>
Nocując praktycznie w samym sercu rynku, nie mogliśmy odmówić sobie wieczornego spaceru zanim w naszej celi ogłoszą capstrzyk udamy się na odpoczynek.
gdansk rynek noc
gdansk nocleg
Po przebudzeniu i obowiązkowym apelu podczas którego klawisz sprawdza czy nikt w nocy nie uciekł nasze serca pokrzepiła jedna myśl – śniadanie w naszym ulubionym Familia Bistro 😀
gdansk sniadanie
Udany (jak zawsze w Gdańsku) koncert –
clubbing na rynku –
niezapomniane przeżycia związane z noclegiem –
pyszne śniadanie  –
no to możemy ruszać dal…
gdansk majki w laptopie
– Ej! Michał! Jedziemy!
– Czekajcie, muszę jeszcze coś ważnego wysłać! {„Drogie BRAVO, niedawno użyłem żelu pod prysznic w wannie, czy coś mi grozi?!”} Dobra, skończyłem!
😉
Dziękujemy Gdańsk!

Ruszamy do Łodzi. Nad nami zawisły czarne chmury… dosłownie, więc bez obaw 🙂 chociaż przez chwilę mieliśmy wrażenie, że przybrały one kształt złowrogo wyglądającej twarzy
lodz chmury
Do Pubu Keja zawitaliśmy po raz drugi w tym roku. Krzysiek Zendeł specjalnie na naszą prośbę, udostępnił nam scenę sporo wcześniej, nastąpić miała bowiem historyczna chwila – zrobimy próbę i przećwiczymy najnowsze utwory! Okazało się jednak to chwilą bardziej histeryczną, ponieważ po próbie umieliśmy te utwory gorzej niż oczekiwaliśmy, trzeba więc było się wsłuchać w nagrania „jak to leciało” ;P
lodz pracujemylodz minius
Mariusz podczas podłączania nagłośnienia, miał niebywałą okazję połączyć „stare” z „nowym”
lodz mariol w rezyserce
lodz mixery
lodz scena proba
Zdziwiliśmy się też, że chętni na ten koncert zaczęli się gromadzić na sali już na 2 godziny przed rozpoczęciem, dopiero po jakimś czasie okazało się to uzasadnione, gdyż, mimo iż Krzysiek robił co mógł z organizacją miejsc siedzących, szybko zaczęło ich brakować. Wasze zainteresowanie owym wydarzeniem pokrzepiło nas na tyle, że nie przejmowaliśmy się już brakiem zamierzonego przygotowania do koncertu 🙂 Jak zwykle Łodzianie prześpiewali z nami cały koncert, nawet nowych utworów ucząc się w czasie rzeczywistym 🙂 Wspaniała Publiczność. Dziękujemy ŁÓDŹ.

Kolejnego dnia czekała nas wizyta w Kawiarni Artystycznej w Lublinie, miejscu specyficznym, gdyż odbywał się tu również jarmark i wszędzie obecne były różne przedmioty i rekwizyty niekoniecznie związane z formą sztuki jaką prezentuje nasz zespół 😉
lublin widownialublin scena
Najwięcej „roboty” miała tym razem Ola, gdyż została opiekunką uroczej Alinki
lublin-ola-i-alinka.jpg
To jak bardzo Alince spodobała się nowa Ciocia widać było przez całą próbę 🙂
lublin ciocia ola i Alinka
Najbardziej do gustu przypadła nam przygotowana przez zawodowych baristów kawa, miejscowy specyfik, który został tak bardzo przez nas wychwalony, że dostaliśmy po paczce w prezencie, abyśmy mogli sobie odtworzyć ten smak w domach <Właśnie! Czekajcie chwilę, idę sobie zaparzyć 😀>
lublin prezent
Dodatkową atrakcją była nasza garderoba, która została zaadaptowana ze sklepu z grami planszowymi, co oczywiście spowodowało nasze ogromne zainteresowanie i przez to rozpoczęliśmy koncert z małym opóźnieniem ;P
lublin garderoba
lublin po koncercie
Dziękujemy Lublin.
Pora na ostatni koncert trasy i wizytę w Warszawie, w stałym miejscu naszych spotkań ze stołeczną Publicznością – Reducie Banku Polskiego. Niedziela ma to do siebie, że jesteśmy już 3 lub 4 dzień w trasie, lekko zmęczeni, a myśli nasze wędrują już gdzieś w okolice własnych domów i spotkań z rodziną. Nic więc dziwnego, że można się pogubić nawet we własnej garderobie ;P
wawa-ola-ilona-e1508934608999.jpg

To niedzielne rozleniwienie wydaje się nie dotyczyć ekipy Reduty, pod wodzą Sławka Sobotki, która to zawsze solidnie się angażuje w przygotowanie sali koncertowej, tym razem jednak chyba za bardzo wypolerowali krzesła ;P
wawa krzesla

Tak całkiem na poważnie, to zawsze nas zaskakuje, jakie czary-mary potrafią zrobić z wielkiej, pustej sali. Wszystko po to, by nasi Goście dobrze się czuli w tym miejscu.
wawa widownia przedwawa widownia po
Stolica kolejny raz udowodniła, że wiedzie prym (ex aequo z Poznaniem :P) pod względem zainteresowania naszymi spotkaniami, mimo ich częstotliwości 😉 My również czujemy się dobrze w Waszym towarzystwie, niech tak zostanie 🙂 Po tym wzniosłym koncercie przyszła pora porozjeżdżać się do domów, ale zanim to nastąpi, zjedliśmy jeszcze, wspólnie z ekipą Reduty, pizzę – tym razem pyszną i gorącą! ;P Była to także okazja do wymiany opowieści jakie sytuacje towarzyszą nam w trasie, a im podczas organizacji różnych eventów w tym miejscu. Na zakończenie tej trasy uśmialiśmy się po pachy i ruszyliśmy w drogę 😀 Dziękujemy Warszawa.

Na zakończenie września wybraliśmy się znów najpierw nad morze, do Sopotu. Właśnie, Mariusz przyjechał wcześniej specjalnie po to, by się przespacerować po plaży (w Kołobrzegu kutry nie parkują na brzegu)
sopot kutrysopot morze
zdążył zwiedzić nawet słynne molo 😉
sopot molo
Tym razem zaprosiliśmy Was w zupełnie nowe miejsce do uroczej kawiarni Filiżanka i Kubek. Bardzo przypadły nam do gustu samo miejsce
sopot piesiosopot szyber dach
szyber dach w kawiarni 🙂
sopot proba
jak i świetne poczucie humoru właścicielki Ani: „To mój mąż, on jest groźny – jest Ślązakiem” 😉
sopot proba ciemno
Przybyło jak zwykle bardzo wielu znajomych, Gosia i Robert „obowiązkowo” pomogli nam z organizacją (dziękujemy :*) ale czekała nas również niespodzianka ze strony „Smoków” czyli Danusi i Leszka. Danusia rozpoczęła nasz koncert wzruszającym przemówieniem oraz wręczeniem nam prezentów, które zapewne sprawią, że Kraina Łagodności będzie bardziej „łagodna” a poezja jeszcze bardziej poetycka 😉
sopot prezent
Produkt ów nazywa się Goldwasser i, ku naszemu zaskoczeniu, zawiera płatki prawdziwego złota. Skoro nie doczekaliśmy się złotej płyty, to bez najmniejszych oporów przyjmujemy taki substytut 😉 Mało tego, dla pozostałych uczestników koncertu, przygotowali oni prawdziwy raj dla podniebienia i w przerwie raczyliśmy się przepysznymi ciastami. Kochani jesteście – dziękujemy :* Koncert był również wyjątkowy ze względu na to, że w końcu mogliśmy przywieźć ze sobą najnowszą płytę NIEOBECNOŚĆ w formie fizycznej 🙂 Po tej ogromnej dawce wzruszeń i doznań nie tylko muzyczno-poetyckich oraz kulinarnych, możemy śmiało stwierdzić, że chętnie znów Was zaprosimy w gościnne progi u pani Ani Koszewskiej, której dziękujemy za zaproszenie. Przy okazji pragniemy również podziękować pani Bożenie Kopczyńskiej, która za cel wzięła sobie, aby nasza współpraca z panią Anią doszła do skutku 🙂
Po koncercie dziewczyny udały się do swoich domów, a chłopaki na nocleg w znajomym pensjonacie z najmniejszą windą świata 🙂
Sopot – Dziękujemy

Poranek rozpoczęliśmy na wesoło, gdyż błądząc po korytarzach pensjonatu w poszukiwaniu jadalni, niesforne chłopaki – ciszaki wleźli do kuchni i zostali przepędzeni przez szefującą tam uroczą panią aparycji babci-cioci 🙂 Jedziemy do Bydgoszczy. Podróże kształcą, więc będąc już w drodze, Michał zaprezentował nam sposób na przechowanie jedzenia „na potem” ;P
bydgoszcz majki okruchy
Drugi raz w historii zaprosiliśmy Was do auli UKW Copernicanum dzięki pomocy naszego Przyjaciela Romana Lepperta.
bydgoszcz parkingbydgoszcz scena probabydgoszcz krzesla
Garderobę mieliśmy urządzoną w stylu „późnego rokokoko” ;P
bydgoszcz minius na salonach
a do naszej dyspozycji były nawet dwa fortepiany, dzięki czemu Mateusz van Zyzy uruchomił drzemiące w nim pokłady artystycznych zapędów fotograficznych 😉

bydgoszcz majki gra art
Przed koncertem Michał jeszcze udzielił wywiadu redaktorce radia PIK
bydgoszcz majki wywiad
reszta też nie próżnowała ;P

bydgoszcz darek i zyzybydgoszcz zyzy dla miniusia gra
Nawet na chwilę przed wejściem na scenę, głupawka dawała nam się we znaki
bydgoszcz mariola gra sam
<mina Mariusza pt. „No chodźcie już! Sam mam grać? TU SĄ LUDZIE!!! – bezcenna… ;P>

Tym razem, uczestniczyliśmy wspólnie w wyjątkowym wydarzeniu, nasze zaproszenie przyjęła bowiem Aleksandra Bacińska – poetka, której siedem wierszy zobrazowaliśmy dźwiękowo na najnowszej płycie. Pani Aleksandra wzbogaciła nasz występ zapowiadając swoje wiersze, przez co, zarówno Słuchacze, jak i my, mogliśmy poznać genezę ich powstania.
cisza i ola bydgoszcz
fot. Ireneusz Nitkiewicz

Musimy przyznać, że obecność na koncercie Poetki wywołała u nas „odrobinę” tremy, jednak już podczas wspólnej kolacji okazało się, że niepotrzebnie 🙂 Wieczór minął w doborowym towarzystwie i atmosferze jak przy spotkaniu starych, dobrych znajomych. Dziękujemy Pani Aleksandro, dziękujemy Romanie, dziękujemy Bydgoszcz. Ale STOP! Nie mogliśmy, będąc w Bydzi, wyjechać bez odwiedzenia naszych Przyjaciół z Zatoki – Ani oraz Janusza (którzy mimo iż mieli na głowie mnóstwo obowiązków w związku z imprezą w Zatoce i przyszli na nasz koncert), wprosiliśmy się więc na poranną kawę, by choć na chwilę się spotkać 🙂

Następny dzień zapamiętamy na długo. Przyjechaliśmy do Torunia, by zagrać z okazji 100 lecia harcerstwa. Organizatorzy zaprosili nas do CKK Jordanki do jednej z najnowocześniejszych sal koncertowych w Polsce. Mimo iż z zewnątrz wyglądało to jak jakiś ogromny bunkier,
torun budynek (2)

to już od progu poczuliśmy rozmach i profesjonalizm, jakim przesiąknięty był ten obiekt
torun wozek spakowanytorun wozek jedziemy
„jak dzieci, jak dzieci…” – nic dziwnego, przeważnie nie mamy możliwości skorzystać chociażby z takich udogodnień jak wózek do przewiezienia sprzętu 🙂 ale to pikuś… Wielkość sceny, widowni, światła, nagłośnienie, garderoby, a do tego „bardziej niż profesjonalna” ekipa, to wszystko wydawało się niemal nierealne, a przynajmniej jak dla nas nieosiągalne, a jednak…
torun za scenatorun salatorun widok na scenetorun scena boktorun perkatorun ilonatorun rezyserkatorun scena darek
torun zyzy
torun widok na widownie
Zyzy nawet wypróbował znany z serialu Star Trek teleport 😉
torun zyzy teleport
nie działa, do garderoby musieliśmy iść pieszo 😉
torun w gadrerobietorun relaks
jak widać poczuliśmy się jak gwiazdy, no ale przecież grali tu najwięksi, w tym, całkiem niedawno, sam Sting. Dlatego też narastającą tremę próbowaliśmy jakoś rozbić, chłopaki np. udawali mimów 😉
torun mimytorun mimy 2
<ps. rozwiewamy wątpliwości, to nie są klipsy tylko słuchawki! ;P>
No cóż nawet tuż przed samym koncertem zerkaliśmy na widownię zza ogromnego, podnoszonego ekranu, chyba po to, by jeszcze bardziej się stremować ogromną ilością Słuchaczy 😉
torun wychodzimy na scenetorun zerkam
<15 lat na scenach, ponad 800 koncertów za nimi, a ciągle trzęsą portkami jak tylko trzeba wyjść w świetle reflektorów i zagrać na trochę większych głośnikach ;P> Przebogata oprawa koncertu na pewno pięknie wyglądała, w dodatku po scenie bez przerwy biegał (dosłownie) kamerzysta, a do tego zauważyliśmy niezliczoną ilość fotografów (harcerze będą mięli fajną pamiątkę). Kamerzysta po koncercie przyznał się, że miał uruchomioną aplikację, którą zmierzył odległość jaką przebył podczas naszego występu, wynik – 6,2 kilometra 🙂 Niesamowite! <znaczy się wrażenia z koncertu, a nie to, że ktoś potrafi tyle przebiec i przeżyć – choć to niezłe osiągnięcie, zwłaszcza w oczach muzyka ;P>. Po koncercie udaliśmy się na kolację na przepiękny toruński rynek.
torun rynektorun rynek 2
Tak w tajemnicy („żeby mi to poza internet nie wyszło”;P) Wam powiemy, że oczekując na posiłek dzwoniliśmy do naszych bliskich, pochwalić się na gorąco wrażeniami z koncertu ;P „jak dzieci, jak dzieci…” Dziękujemy Toruń.

Pobudka była dość energiczna, a to za sprawą nieoczekiwanego gościa spotkanego pod prysznicem
torun-pajak.jpg
<no to co, że malutki, a ja wiem czy był szczepiony?!?! Przynajmniej już mi kawa nie była potrzebna!> ;P

Ostatni koncert wrześniowej trasy odbył się, żeby było śmieszniej, już pierwszego października w Koninie. Ranga tego wydarzenia natomiast była już dość poważna, ponieważ był to koncert charytatywny dla ludzi chorych na SLA, z inicjatywy fundacji Daj Mi Skrzydła. Zawsze chętnie niesiemy pomoc, gdy tylko jakakolwiek inicjatywa daje szansę na przyniesienie czegoś dobrego dla drugiego człowieka. Spotkaliśmy się z chętnymi, by wesprzeć fundację w malutkiej restauracji Megawat, na ten dzień przystosowanej do niespotykanej dla tego miejsca roli. Szczerze mówiąc, czujemy się dużo lepiej w takich kameralnych okolicznościach niż na ogromnych scenach, jak dzień wcześniej – widać nie mamy w sobie drygu do gwiazdorskich opraw koncertów 😉
konin zyzykonin-proba.jpg
<no i można być sobą, prawda?…>
konin mariol
Cieszymy się, że mogliśmy dołożyć swoją cegiełkę. Pożegnaliśmy publiczność, dziękując za ich zaangażowanie w sprawę i pojechaliśmy do domów odpocząć po tym pełnym (jakże różnych) wrażeń weekendzie 🙂 Dziękujemy Konin.
Z Wami drodzy Czytelnicy – do przeczytania w przyszłym miesiącu! 🙂

Sierpień, czyli wakacyjna trasa cz. 2 (i ostatnia ;D )

Po intensywnym lipcu, naprędce (prof. „Dżemik” byłby dumny ;P) odpoczęliśmy w domach (da się w ogóle pospiesznie wypocząć?…) całe 3 dni i z naładowanymi akumulatorami wracamy w muzyczno – cygańską podroż :D. Zdążyliśmy zrobić pranie, 2x odebrać telefon; Mariusz dosypał węgla do pieca, Darek się uczesał, a Michał podobno nawet na chwilę usiadł 🙂 i jedziemy! Na pierwszy ogień Giełda Piosenki w Szklarskiej Porębie. Początek trasy – początek przygód. Oczywiście mimo początkowego zapasu czasu po drodze sytuacja się zmieniła – nastąpiły korki, gradobicie, trzęsienie ziemi oraz powódź i erupcja wulkanu (dobra, chyba się zapędziłem ;P) i już mamy (złośliwa przyrodo) „obowiązkowe” spóźnienie. Dziewczyny musiały z tego powodu wspiąć się na wyżyny „trawelmejkapu” i przypudrować noski w samochodzie 😉
szklarska mejkap
Znając stan polskich dróg konsekwencje tego zabiegu były łatwe do przewidzenia i chłopaki już przygotowali aparaty by ustrzelić jakąś kompromitującą fotkę z makijażem na Jokera a tu niespodzianka – Ola i Ilona zdobyły jednak czarny pas w tej dziedzinie 🙂
szklarska after mejkap
Na nasze szczęście udało się skontaktować z szefową Giełdy – Beatą Jelonek, która specjalnie dla nas przestawiła nieco kolejność wykonawców, aby zamortyzować opóźnienie naszego przyjazdu – dziękujemy Beatko :*
Koncert czekał nas nieco zwariowany, gdyż była to jubileuszowa, 50 edycja tego festiwalu, a co za tym idzie ogromna ilość zaproszonych wykonawców, w związku z czym, na każdego przypadła niewielka ilość czasu, by zaprezentować się na scenie. Dość powiedzieć, ze nam przeważnie 5 razy tyle zajmuje rozstawienie się ze sprzętem, gdy sami organizujemy koncert ;P tym bardziej trudno tak w 20-30 minut (wliczając zainstalowanie zespołu) zaprezentować się godnie przed wymagającą publicznością i to w dodatku w niepełnym składzie – Mateusza, ze względu na kłopotliwie długi czas rozkładania perkusji postanowiliśmy przed tym koncertem wyrzucić z zespołu i ponownie przyjąć zaraz po nim, oczywiście na gorszych warunkach ;P
Gdy zajechaliśmy z piskiem opon do Bazy Pod Ponurą Małpą, na scenie szaleli nasi znajomi z zespołu Słodki Całus Od Buby. Z naszych informacji wynikało, że po nich wystąpi jeszcze jeden wykonawca, a potem już nasza kolej, więc czym prędzej pomknęliśmy pod scenę, przez co tylko pośpiesznie zdążyliśmy się przywitać z niewielkim ułamkiem z ogromnej ilości znajomych, którzy na ten festiwal przyjechali z całego kraju. Po SCOBie wystąpili, również zaprzyjaźnieni z nami, członkowie Na Bani, prezentując w trzyosobowym składzie, zarówno znane wszystkim utwory macierzystej formacji, jak i całkiem premierowe kompozycje. Koncertu wysłuchaliśmy, jak zwykle, będąc pod wrażeniem kunsztu naszych przyjaciół.
szklarska-darek-backstage-na-bani.jpg
Przez cały ten pośpiech nie zdążyliśmy nawet wypić obowiązkowej kawki, czemu wyraz wydaje się doskonale oddawać mina Oli
szklarska-minius-backstage.jpg
no ale za to adrenaliny dostarczyła nam napinka związana z prędkością z jaką zmieniali się wykonawcy dzielący tego dnia scenę 🙂 Szybka akcja:
wchodzimy,
podpinamy instrument,
lokalizujemy swój mikrofon,
– odsłuch jest?
– coś tu leży to chyba jest!
– kolejno odlicz, wszyscy są?
– Zyzego nie ma, ale ma usprawiedliwione!
– Dobra! Zaczynamy! – „Dobry wieczór Państwu…” ;D

szklarska cisza na scenieszklarska scena fot urszula
zdj. Urszula Styczyńska
Zagraliśmy tak krótko, że nie zdążyliśmy się pomylić ani razu (jasne…yhyyyym…) i już trzeba było kończyć. Wasze gorące przyjęcie rozgrzało nam serca i mogliśmy poczuć się wyjątkowo, uczestnicząc w tak doniosłym wydarzeniu i stając ramię w ramię z tyloma wielkimi Artystami. Niestety ledwo zeszliśmy ze sceny, a już musieliśmy wsiadać z powrotem do auta i ruszać w dalszą drogę – do Sobótki, na nocleg. Na parkingu czekała nas jeszcze jedna – dość egzotyczna – przygoda 🙂 Otóż po autograf przyszedł do nas osobnik, można by rzec, z zupełnie innej bajki, a już na pewno na pierwszy rzut oka, z innego festiwalu, bliższego specyfiką otchłaniom Mordoru niż Krainy Łagodności 😉 Jak widać to kolejny przykład, że muzyka to uniwersalny język i można połączyć zamiłowania do spokojnych brzmień z tymi spod znaku czarnych kotów, rogów i smoły 😉
szklarska burzum
<aua! Te pieszczochy są naprawdę ostre!>
Dziękujemy Giełdo!
Schroniska pod Wierzycą nie musimy przedstawiać, graliśmy tu nie raz, a i przejazdem zawsze chętnie wpadamy w odwiedziny do Kasi i Rysia. Tym razem to właśnie tylko na nocleg i śniadanie w towarzystwie Kasi mogliśmy przystanąć li tylko na chwilkę w te gościnne progi. No i także obowiązkowe zapasy Juna z Hektorem ;P
hektor i juno
Wysłuchaliśmy także oPIWIEści o planach warzenia własnego browaru (!) Znając gospodarzy, to prędzej niż później te plany wejdą w życie, jak dotąd bowiem za każdym razem, gdy ich odwiedzamy, coś nowego się u nich dzieje, albo coś zbudują, albo wyremontują, pomysł goni pomysł 🙂 Z tego też powodu nie było nam dane spotkać się z Rysiem, nie może on usiedzieć na miejscu i pracuje 25 godzin na dobę 😉
Odprowadzeni przez 4+2 nożny Komitet Pożegnalny ruszyliśmy na Szyndzielnię.
kasia-i-hektor1.jpg

Na najbliższej stacji, gdzie chcieliśmy uzupełnić płyny (nie tylko bencowe, ale też nasze obowiązkowe, czarne paliwo) spotkaliśmy Rysia – jednak udało się chociaż na chwilkę 🙂
szyndzielnia fota z Rysiem
Lecimy dalej. Ze względu na stromy podjazd do schroniska Michał wyruszył ze sprzętem, jak zwykle z duszą na ramieniu, w samotną podróż pod górę, a reszta zespołu kolejką, by przy okazji podziwiania widoków strzelić jakieś pamiątkowe fotki 🙂
124

szyndzielnia widok

szyndzielnia kolejka mariol3

w tym obowiązkowy „Mistrz drugiego (pierwszego?) planu” 😀

szyndzielnia miszcz pierwszego planu

Po wyjściu z wesołego wagonika nr 12 zostało do przejścia kilkaset metrów, lekko tylko pod górkę, jednak, gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa podwózki…

szyndzielnia podwozka
Po dotarciu na szczyt czekała nas nagroda w postaci pięknego widoku ze schroniska,
szyndzielnia chataszyndzielnia widokszyndzielnia widok 2
jak również znajomych twarzy obsługi i samego gospodarza Janusza 🙂 Niestety czekała nas również nagroda niepocieszenia, czyli rozkładanie klamotów 🙂 Właśnie w tym miejscu pojawia się nowa postać w naszej opowieści – Grzesiek Gancarek. Jak pamiętacie z opisu lipcowego na kilku koncertach tej trasy nie mógł być obecny Mateusz – spokojnie, nie wyrzuciliśmy go na Giełdzie ;P Jego zastępca zameldował nam gotowość do koncertu, pozostało „tylko” poskładać jakoś perkusję czego nikt z zespołu, poza Mateuszem, nie potrafi, ot taki tam szczegół 😉 (dobrze, że w necie można znaleźć mnóstwo zdjęć z naszych koncertów i posłużyć się nimi jak instrukcją obsługi) ;P
szyndzielnia grzes rozklada perkusje
Na szczęście młody (16l.) muzyk mimo iż na co dzień gra na prawdziwej (czyt. akustycznej) perkusji, poradził sobie z tym zagadnieniem aż za dobrze a dokładniej mówiąc – mimo złożenia całego instrumentu pozostały jakieś nieużyte elementy (chyba powinien chłopak zostać mechanikiem samochodowym) ;P  No ale skoro działa, to nie widzieliśmy (ani nie słyszeliśmy) w tym nic dziwnego. Nie było czasu na próbę z prawdziwego zdarzenia wobec czego przegraliśmy razem szybko program, a resztę uznaliśmy, że „ogra się w boju”. Tak też się stało i, mimo iż takie zastępstwa w bądź co bądź utrwalonym przez tysiące godzin wspólnego grania składzie, niosą ze sobą sporą dawkę napięcia, to także wprowadzają odświeżenie i dają obu stronom bezcenne doświadczenie. Słuchacze na samym początku występu, po przedstawieniu tymczasowego członka zespołu, dodali mu otuchy brawami całkowicie w ciemno – jesteście niesamowici 🙂 Grześ nie tylko zaliczył swój debiut sceniczny na 5+ (ciekawe, czy nasza rekomendacja podniosłaby mu ocenę z zachowania w szkole, hmmm… lepiej nie próbować, bo jeszcze obniżą…), ale także po koncercie chętnie podpisywał płyty i pozował do zdjęć (no dobra, trzeba go było troszkę ośmielić, ale co się dziwić – chłopak po prostu jest bardzo skromny) 🙂

szyndzielnia-grzes-z-fanem.jpg
Po części oficjalnej, dla chętnych, by pośpiewać jeszcze trochę piosenek już nie z repertuaru ciszowego, Michał z pomocą Grzesia poprowadził śpiewanki.
szyndzielnia spiewanki gszyndzielnia spiewanki
Pięknie dziękujemy Szyndzielnia.
Następnego dnia mieliśmy do pokonania dość długą drogę do Cisnej, w większości spożytkowaliśmy ją na sprawdzaniu u różnych źródeł jaka nas czeka pogoda, czyli nic się nie uczą Ciszaki, w lipcu także zawierzaliśmy prognozom i jak było? Każdy kto czytał pamięta ;P Tym razem na scenie TRAMP’u pojawiliśmy się w towarzystwie szczecińskiego zespołu Nad Porami Roku oraz Łukasza „Spaldinga” Majewskiego, znanego w środowisku przestępczym poetycko-muzycznym z zespołów Vergil Van Troff oraz Kavka. Wysłuchaliśmy, więc wraz z Wami koncertu Szczecinian cisna tramp nad porami
oraz Spaldinga
cisna tramp spalding na scenie
wspominając jak przed laty zaczynaliśmy wędrówkę po festiwalach, gdzie się z Łukaszem poznaliśmy i polubiliśmy. O naszych przyjacielskich stosunkach wydawał się nie wiedzieć Junek, jak tylko zaczynała się zbliżać pora naszego występu nasz czworonożny Gwiazdor zaczął się panoszyć na scenie ponaglając Łukasza ;P
cisna spalding i juno
Oczywiście pogoda też dobrze zapoznała się z programem imprezy
cisna chmury
i jak na złość podczas naszego koncertu zaczęło najpierw delikatnie kropić, z minuty na minutę coraz mocniej, by zaraz, jak tylko ogłosiliśmy krótką przerwę (no tyle czasu ile może zająć wylanie wody z głośników), przestało, a gdy tylko ponownie chwyciliśmy za instrumenty, deszcz wrócił :0 Bawiliśmy się tak trochę w kotka i myszkę z bieszczadzką aurą, aż w końcu stwierdziliśmy, że skoro Wam nie przeszkadza nadmiar wilgoci w powietrzu, to gramy dalej 🙂 Po koncercie, ku naszemu zdziwieniu, z inicjatywy Słuchaczy nastrój koncertu płynnie przeszedł w śpiewanki, w których wzięliśmy udział zaraz po spakowaniu sprzętu.
cisna spiewanki
Wybierając nocleg, mieliśmy pewną zagwozdkę, deweloperzy zewsząd kusili nas ciekawymi ofertami 😉cisna ofertaa noclegowa
Tak na poważnie to nocleg, dzięki pani Małgosi, mieliśmy bardzo wygodny 🙂
Dobranoc Cisna 🙂

O poranku okazało się, że na noclegu przewaletowaliśmy nieświadomie jeszcze pewnego Pana ;P
cisna pajak
Zaraz po śniadanku, z racji nadmiaru wolnego czasu „poszliśmy w miasto” 😉
cisna lody
no co w końcu są wakacje, nie?!?! ;P
Mariusz na ten przykład poszerzał swoje fotograficzne pasje – tu akurat polował na ciekawe ujęcie RYZYKUJĄC ŻYCIE! ;P
cisna mariol na czolowke z ciuchciacisna mariol i ciuchcia
dosłownie o włos… ;P
Wyjątkowo nigdzie się nie śpieszyliśmy i mogliśmy napawać się (z uzasadnioną podejrzliwością) piękną pogodą, dziś bowiem zagramy w Smolniku. W Zagrodzie Chryszczata występowaliśmy już w ciepłe dni i przy słonecznej pogodzie, dziś jednak zanosiło się na deszcz i, po tylu psztyczkach w nos od Matki Natury, postanowiliśmy zagrać na sali koncertowej zagrody, a nie jak do tej pory, na zewnętrznej scenie. To posunięcie okazało się wręcz doskonałym rozwiązaniem i, mimo początkowej niepewności, czy nie będzie zbyt ciasno, wieczór przebiegł we wspaniałej atmosferze. W obiektywie uwiecznił ten koncert Janusz Sygnecki – właściciel zagrody
smolnik 1 scenasmolnik 1 majkismolnik 1 ilonasmolnik 1 grzessmolnik 1 dareksmolnik 1 scena juneksmolnik 1 cisza z jankiem
Wieczór nie skończył się bynajmniej wraz z ostatnim dźwiękiem i posiedzieliśmy sobie w doborowym towarzystwie ekipy zagrody przy bieszczadzkim elemencie baśniowym do późnej nocy (powtórzę się)- a co, wakacje w końcu 😉
To był już ostatni nasz koncert z gościnnym udziałem garowego zastępcy. Grzesiu, dziękujemy Ci za podjęcie trudnej próby nie tylko muzycznej, miałeś bowiem okazję w ciągu tych trzech dni poznać prawdziwy przekrój naszych koncertowych przygód doznając niewygody, pośpiechu, kłopotów technicznych i meteorologicznych, wielogodzinnej podróży, chrapania współtowarzyszy, ale również – co mamy nadzieję bardziej zapamiętasz – wspaniałej atmosfery samych występów jak i pokoncertowych śpiewanek, życzliwości naszych Słuchaczy oraz gościnności Przyjaciół. My zapamiętamy Twój ogromny wkład w nasze występy i trud jaki poniosłeś, by się do nich przygotować. Dziękujemy Ci za tchnienie w nas młodzieńczego zapału do grania. Wszystkiego dobrego na muzycznej drodze i do zobaczenia na scenie i poza nią!
Następnego dnia, gdy zasiedliśmy do śniadania nieco zdziwiliśmy się zachowaniem Junka, ten bowiem nigdy wcześniej nie przychodził do stołu i nie robił „spaniela” w celu wyżebrania czegoś do jedzenia, no cóż…
smolnik-kortez.jpg
może to dlatego, że… to nie jest Juno?!? 😀 <teraz zapewne, Drogi Czytelniku spojrzałeś jeszcze raz na zdjęcie, prawda? ;P> To oczywiście Kortez, który pod nieobecność swojego pana (Janusza) przyszedł łakomy nie tylko na kąski ze stołu (najwidoczniej tak jak my, poznał się na przepysznej zagrodowej kuchni), ale jak się okazało jest z niego jeszcze większy pieszczoch niż nasz piesek. Wysłaliśmy więc obydwa kudłatki na zabawę na świeżym powietrzu, raz po raz próbując zgadnąć, który jest który 🙂
smolnik kortez i juno sie bawia
Mieliśmy tego dnia zagrać dla harcerzy koncert plenerowy w położonej nieopodal Woli Michowej, jednak zabrakło nam już ręczników, którymi do tej pory wycieraliśmy do sucha sprzęt i przed grożącymi nam chmurami musieliśmy wykombinować jakieś alternatywne rozwiązanie. Pomocną dłoń podał nam Janusz (stokrotne dzięki!!!), udostępniając nam ponownie zagrodową „estradę”. Sprosiliśmy, więc wszystkich zuchów, druhów, druhny oraz każdego, kto chciał uczestniczyć w tym wydarzeniu, tym razem upychając zagrodę po sam sufit, aby pomieścić wszystkich 🙂
smolnik 2 scenasmolnik 2 mariolsmolnik 2 ilonasmolnik 2 zyzysmolnik 2 minius
Mimo iż dwa dni z rzędu zagraliśmy w tym samym miejscu, koncerty różniły się od siebie nie tylko repertuarem, czy perkusistą ;P, ale przede wszystkim publicznością, albowiem w naszym odczuciu to właśnie Wy jesteście kluczowym elementem każdego koncertu i, w ogromnej mierze, od Was zależy, jaki ten koncert będzie. Obecności harcerzy zawsze towarzyszy element suspensu i nigdy nie wiemy czego się spodziewać. Tym razem z powodu braku miejsca nie było możliwości skakania (choć zauważyliśmy tańce odbywające się na zewnątrz budynku) i wszystkie mundurki uczestniczyły czynnie w pozycji siedzącej, zachowując formę klaszcząco-śpiewającą 🙂 Bardzo miły wieczór 🙂 Dziękujemy Smolnik, dziękujemy Zagroda Chryszczata.
Na nocleg wybraliśmy się do naszych Przyjaciół do Zajazdu pod Caryńską, jak zwykle Jacek i Sebastian Skórka, przygarnęli nas, mimo iż mieliśmy u nich zagrać dopiero za 2 dni :). Nazajutrz czekał nas koncert w Wetlinie w PTTK’u. Przeżyliśmy swoisty dzień świstaka,  niektórzy z gości schroniska, od ostatniej naszej wizyty w lipcu, nie zmienili nawet miejsca przy stoliku 😀
wetlina widownia
Także frekwencja na koncercie wydawała się zbliżona do poprzedniej oraz nasze zdziwienie Waszą liczebnością w dalszym ciągu pozostaje niezmienne 😉 Pozytywne to uczucie, gdy po całodniowych wędrówkach, jakże różni ludzie, z różnych miejsc z całego kraju, spotykają się pod wspólnym niebem, by współbytować w łączącym ich zamiłowaniu do łagodnych dźwięków. Warto wspomnieć niezwykłe spotkanie z naszym znajomym z Kołobrzegu, który, jak twierdzi, przez te wszystkie lata wybierał się na nasz koncert w rodzinnym mieście i wybrać się nie mógł, aż w końcu podczas urlopu natknął się na nas w Wetlinie właśnie 🙂 Pozdrawiamy Mariusz.  Po zejściu ze sceny (umownym oczywiście wszak za element sceny robi tu jedynie daszek – i świetnie sprawdza się w tej roli) jak zwykle wielu z Was nie wystarczyło tylko wysłuchać koncertu i chętnie jeszcze długo uczestniczyliśmy w rozmowach.
wetlina po koncercie
Z mroku wyłoniła się jeszcze jedna postać, której początkowo nie mogliśmy rozszyfrować – twarz jakaś taka znajoma, tylko „kto to jest?”. BAM! Jak rozbłysk wybuchu atomowej bomby uderzyło w nas, że tym tajemniczym Nieznajomym jest Łukasz z Chatki na końcu Świata w Łupkowie. Przed kilkoma laty Łukasz porzucił funkcję chatara w tym kultowym miejscu (ówcześnie ku naszej i wielu innych bywalców rozpaczy) i wyjechał za granicę. Teraz wrócił niezwykle odmieniony nie tylko fizycznie. Niesamowicie dobrze Cię było znów spotkać, Przyjacielu.
Dziękujemy Wetlina.
Po koncercie wróciliśmy na nocleg do Ustrzyk i odśpiewaliśmy Mariuszowi urodzinowe nie 100 lat, ale „40 lat minęło” a Jacek przygotował mu specjalny tort 😀ustrzyki mariol tort
Dlatego też uzasadnione było posiedzieć troszkę dłużej w zacnym gronie ekipy zajazdu, wszak po tylu wspólnych koncertach i zlotach (oraz na poczet przyszłych ;P) traktujemy się już bardzo po przyjacielsku. Szczęściarz ten Mariol, zawsze jego urodziny wypadają podczas wakacyjnej trasy 🙂
ustrzyki mariol i uabiustrzyki mariol seba darekustrzyki 40
Trzeciego dnia korzystania z gościny u Braci Skórka, nadszedł czas, by zagrać w końcu w naszym Drugim Bieszczadzkim Domu. Przed koncertem z racji tego, że scena była do naszej dyspozycji od samego rana, mieliśmy niebywałą okazję zrobić próbę z nowymi utworami, by zaprezentować ich jak najwięcej tego wieczora gościom zajazdu. Tu niespodzianki nie było, jak zwykle wytworzyła się wyjątkowa atmosfera, dzięki której odważyliśmy się zagrać do tej pory nie słyszane przez Was piosenki z najnowszej płyty.
ustrzyki proba zyzyustrzyki widowniaustrzyki scena

Dziękujemy Ustrzyki.
Na zakończenie bieszczadzkiej części naszej trasy ostatniego dnia zagraliśmy ponownie na TRAMP’ie w Cisnej. Tym razem już bez przygód meteorologicznych, pełny koncert w pełnym składzie, taka nasza kropka nad i 🙂
No może jedno spotkanie jest warte opisania, mianowicie wypatrzyliśmy samotnego wilka 🙂
wilk
Pożegnaliśmy więc nasze ukochane góry, Przyjaciół z Zajazdu pod Caryńską oraz Zagrody Chryszczata i wyruszyliśmy na niziny. Na pokrzepienie naszych serc, górski klimat postanowiliśmy zachować przy sobie na dłużej, przyjechaliśmy bowiem do „górskiej” Chaty M do Dłutówka. Z Marcinem współpracujemy już od dawna organizując w jego chatce spotkania ze Słuchaczami Krainy Łagodności, ale oprócz tego, gospodarz zaprasza tu także inne ciekawe zespoły, wiedząc, że zawsze znajdą się chętni, by uczestniczyć w muzycznej uczcie. Miejsce to pełne inspiracji, w którym, jak wiecie, opracowaliśmy sporo naszych piosenek.  Marcin ciągle rozbudowuje to miejsce, pamiętamy, jak nie tak dawno temu, nie było tu nawet prądu, a teraz nawet wybudował schron przeciw-bombowy zewnętrzną spiżarnię 🙂
dlutowek schrondlutowek scenadlutowek regulamindlutowek widownia
Dłutówek stał się bardzo przyjaznym miejscem dla wszystkich pragnących oderwać się, choć na chwilę, od szybkiego miejskiego życia, zapragnęliśmy spotkać się tu ze wszystkimi Wami, którzy nie wyjechaliście na długie wakacje.
dlutowek michal bis
Po koncercie pogoda zaczęła się gwałtownie pogarszać i oczami wyobraźni widzieliśmy już pływające nagłośnienie, na szczęście mogliśmy na Was polegać i w tak wiele rąk udało się wszystko szybko zabezpieczyć 🙂 Na nas przyszła już pora, by wracać na noc do Poznania, natomiast wielu z Was zostało jeszcze w gościnie u Marcina. Dziękujemy Dłutówek.
W stolicy Wielkopolski zagraliśmy prywatny koncert dla nowożeńców Ani i Macieja. Nie było to typowe wesele, bardziej obiad dla najbliższych, z którego to okazji Państwo Młodzi postanowili przybliżyć naszą twórczość „niewtajemniczonym” gościom 🙂
Na sam koniec wakacji czekała nas największa petarda. W odpowiedzi na dotychczasowe Zloty Ciszaków, specjalnie dla tych, którym za daleko było w góry zorganizowaliśmy pierwszy w historii zespołu Cisza Jak Ta Spływ Ciszaków przy motoprzystani w Plecewicach. Pierwsze atrakcje tego dnia zaplanowaliśmy na godzinę 11, więc trzeba było wcześnie wyjechać z Poznania. Blisko celu naszej podróży zobaczyliśmy niecodzienny widok na polskich drogach, mianowicie fiata 126P 🙂 Popularny przed laty Maluch, któremu zawsze towarzyszyło hasło „zrób to sam” zapewniał spragnionym doznań majsterkowiczom rozrywki na wiele godzin, przeważnie więcej czasu spędzał rozebrany na części w garażu niż w podróży ;P Ale nie dlatego o tym wspominamy. Tego poranka minęliśmy grubo ponad setkę tych pojazdów w przeróżnych kolorowych konfiguracjach i z jedynymi w swoim rodzaju ozdobami, tuningami itp. Najwyraźniej mijaliśmy uczestników jakiegoś zlotu, no cóż, „każdy ma jakiegoś bzika” 🙂 Naszym bzikiem jest muzyka i spotkania z Wami, no a jak jeszcze można to połączyć w tak piękny sposób, jak tego pamiętnego dnia, to już poezja 😀 Dojechaliśmy na miejsce i od razu zaczęliśmy przygotowania do spływu. Profesjonalna ekipa, pod wodzą Michała Ścigockiego, przygotowała dla wszystkich kajaki, kamizelki, przeprowadzono odprawę, na której ratownicy WOPR omówili zasady bezpiecznego przemieszczania się po wodzie i … do wioseł!
splyw odprawa ratownicy
splyw wyplywamy majki zyzy junosplyw wyplywamy majki juno
splyw ola ilona zyzy
splyw wyplywamy ilona minius 2splyw wyplywamy 11splyw wyplywamy 10splyw wyplywamy 9splyw wyplywamy 7splyw wyplywamy 6splyw wyplywamy 5splyw wyplywamy 4splyw wyplywamy 3splyw odplyneli
5671432
Brawa dla wszystkich uczestników wodnego szaleństwa, wszak to nie lada wyczyn wiosłować przez kilka godzin! Po Waszych minach widać, że było warto 🙂
splyw grupowe
Nie wszystkim jednak było dane zażywać rekreacji, trzeba przecież przygotować koncert od strony technicznej…
splyw-robimy.jpg
(UPS! No dobra, nie mamy zdjęć z rozstawiania sprzętu, ale musicie nam wierzyć, samo się przecież nie zrobiło ;P )
Dziewczyny z przystani, specjalnie na tę okazję, stworzyły najpiękniejszy baner, będący odwzorowaniem logo zespołu
splyw napis
(tu jeszcze w produkcji, warto zauważyć jaka to precyzyjna robota)
Niezwykle się ucieszyliśmy, że zaproszenie na to wydarzenie przyjął zespół Myśli Rozczochrane Wiatrem Zapisane, który to specjalnie na 2 tylko koncerty reaktywował się po latach, zjeżdżając się z całego Świata 🙂 Nic dziwnego, że podczas próby nad ich głowami fruwali paparazzi ;P
splyw mysli paparazzi
Przepięknie było zakończyć długą i wyczerpującą trasę wakacyjną wydarzeniem przepełnionym atmosferą przyjaźni i życzliwości, wzajemnych śpiewów i mnóstwa wzruszeń. Po koncercie, przy żywym ogniu, raczyliśmy się nie tylko kiełbaskami, ale przede wszystkim współbytowaliśmy w śpiewie. Do wczesnych godzin porannych na polu namiotowym rozbrzmiewały mniej i bardziej znane pieśni, gitara wędrowała z rąk do rąk i o to w tym wszystkim chodzi, Drodzy Przyjaciele.
Na koniec kilka znakomitych ujęć autorstwa Elwiry Sztorc.
lolek aniolgosiakasialolekmarysiamysli scena
325417
62.jpg
8910
1112131415

Dziękujemy i do zobaczenia! Ciszaki

Lipiec, czyli wakacyjna trasa cz. 1

Pora wakacji dla nas jako zespołu to wyjątkowy czas, można przecież połączyć przyjemne z pożytecznym 🙂 Co roku wybieramy się w tym okresie, by koncertować w górach i, aby nadać tej podróży odpowiedniego wydźwięku, tak jak w naszej piosence „1000 Kilometrów”, wakacyjną trasę rozpoczęliśmy 20 lipca koncertem w naszym rodzinnym Kołobrzegu. Tradycyjnie już, korzystając z przychylnych warunków atmosferycznych, na miejsce tego wydarzenia wybraliśmy plenerową scenę RCK’u.
kg scena
Dzięki temu mogliśmy zobaczyć na koncercie nie tylko znajome twarze, czy to przyjezdnych przyjaciół czy tubylców, ale także zupełnie przypadkowych przechodniów, którzy zwabieni odgłosami dobiegającymi ze sceny, postanowili się zatrzymać na chwilę dłużej. Myśleliśmy nawet, że to przez pomyłkę, w Kołobrzegu bowiem dnia następnego rozpoczynała się „nieco odmienna stylistycznie” impreza muzyczna – Sunrise Festival. Tym samym można śmiało powiedzieć, że chcąc nie chcąc, zainaugurowaliśmy to święto muzyki techno, co by się nawet zgadzało z oprawą, gdyż wcześniej wychwalana pogoda zaserwowała nam najpierw rytmiczne grzmoty z nieba, a potem również piorunujące efekty świetlne, które towarzyszyły nam od pewnego momentu aż do zakończenia koncertu 🙂 Na szczęście zdążyliśmy dokończyć występ, z chętnymi zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia, podpisać płyty, spakować sprzęt i dopiero wtedy lunęło jak z cebra 😀 Czekała nas tego wieczoru (a raczej tej nocy) jeszcze praca, gdyż postanowiliśmy odrobinę dopieścić nagrania jakich dokonaliśmy ostatnimi czasy w Danielce i to tu, to tam co nieco pozmieniać czy dograć.
kg-ilona-wiolka1.jpg
To nasze „odrobinkę” przeciągnęło się do 4 nad ranem i zanim zaczęliśmy ze zmęczenia grać czarnego bluesa, choć na chwilę udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia wybraliśmy się do Śremu, aby zagrać na… plaży 😀 Nie zdążyliśmy nawet wybrać się na spacer nad Bałtyk, będąc w naszym nadmorskim kurorcie, więc nad jeziorem postawiliśmy na piasku bose stopy  🙂 i choć to Wy mieliście możliwość rozłożyć się wygodnie na leżakach, delektując się szumem wody za plecami, my mogliśmy chociaż przed koncertem odrobinę dać się ponieść „wakacyjnemu zefirkowi”
srem zyzy.jpg
srem na scenie
Ta luźna atmosfera pełna zamyślenia udzieliła się najwidoczniej Michałowi gdy ten, komentując radosne tańce kilkuletnich dzieci pod sceną, mając zapewne zamiar powiedzieć „cheerleaderki”, skomentował ten uroczy obrazek mniej więcej słowami: „nasz zespół ma własne Chippendales” ;P Po koncercie udaliśmy się w bagatelka 3,5  godzinną podróż na nocleg do klasztoru (!) w Głuchołazach, wszystko po to, by zdążyć na g. 10 na próbę sceniczną przed koncertem na festiwalu KROPKA.
Spotkaliśmy tam jakieś dziwne postaci snujące się po korytarzach, czyżby duchy?!
chyba darek
Bardziej prawdopodobne, że ktoś tu śpieszył się do spania ;P
Mimo tak skandalicznie wczesnej pobudki (jak wiecie w trasie nie jest nam dane kłaść się o przyzwoitej porze) byliśmy w doskonałych humorach 😀 Z uśmiechniętymi buziami zameldowaliśmy się o umówionej godzinie na kropkowej scenie, a to za sprawą ekipy nagłaśniającej ten festiwal. Artur Czerwiński, właściciel daabsoundsystem, wraz z Krzyśkiem Lewandowskim, to najbardziej profesjonalna ekipa obsługująca wielkie imprezy z jakimi mieliśmy okazje współpracować.
kropka z krzysiem
Dlatego też próba przebiegła bez żadnych problemów i zanim się spostrzegliśmy, mogliśmy udać
się do hotelu, aby odespać trochę poprzednią noc i nabrać sił na wieczór. Gdy już byliśmy w trybie „koncentrejszyn” udaliśmy się posłuchać występujących tego wieczora dobrych znajomych ze sceny.
kropka czarny nosal telebim.jpg
Niestety pogoda zmusiła nas do wysłuchania koncertów z zaplecza, ale na szczęście wszystko widzieliśmy (w lustrzanym odbiciu) na telebimie.
kropka zdjeciekropka piotr wrobel

I tak jak w przypadku np. Darka Czarnego, Rafała Nosala czy Piotra Wróbla, z którymi nie raz mieliśmy zaszczyt dzielić w przeróżnych kombinacjach scenę, to z Arturem Andrusem wiąże nas „szczególna więź”. Otóż Drodzy Państwo, pacholęciem scenicznym będąc, byliśmy zapowiadani przez pana Artura podczas festiwalu NADZIEJA w Kołobrzegu. Gdy  w czasie naszego montowania się na scenie zabawiał publiczność jakąś wyszukaną anegdotą, zagłuszony przez niesforny zespół, odwrócił się do nas i krótko powiedział: „ja wam nie przeszkadzałem”. Takie były okoliczności poznania się z Arturem Andrusem 😀 Na tzw. bekstejdżu gwarno i wesoło, byli tu bowiem sami znajomi, którzy od lat tworzą ten festiwal. kropka garderoba
Chłopaki na chwilę przed wejściem na scenę, ku przerażeniu naszego Junka, zainteresowali się entomologią ;P
kropka zdjecie cmykropka cma
Zagraliśmy jako ostatni wykonawca tego wieczoru i, mimo późnej pory, Kropkowa publiczność dała z siebie wszystko, poniekąd i nam dostarczając niezbędnej energii. Tej wystarczyło jeszcze nawet na krótki afterek, wszak nie można zmarnować okazji do spotkania się z przyjaciółmi przy małym piwku 😉
kropka mariol cool slawka
À propos widocznego na zdjęciu naszego wieloletniego Przyjaciela (oraz organizatora KROPKI) Rafała „Coolmax’a” Długosza – p
odczas koncertu nasz piesek został w garderobie pod jego opieką i, gdy skończyliśmy grać ostatni utwór, widocznie nasz czworonóg nauczony, że na bis to on musi koniecznie wyjść na scenę, przysparzał trochę kłopotów, gdyż można było usłyszeć słowa Rafała:
– LEŻEĆ! Juno LEŻEĆ! Nie ŁAPKA Juno, tylko LEŻEĆ! ;D
Nazajutrz spotkaliśmy jeszcze na parkingu hotelowym pana Andrusa, który życzył nam szerokiej drogi, przyjęliśmy, że muzycznej 😉 Dziękujemy Głuchołazy, dziękujemy KROPKO.
kropka krowka

Wyruszyliśmy do Jamnej aby, na zaproszenie Adama Gancarka, zagrać w Chatce Włóczykija przy Schronisku Dobrych Myśli. Dosłownie zawisły nad nami czarne chmury i na miejscu przywitała nas ulewa przez wielkie Uu U.
jamna chmury 2

jamna scena

Tym bardziej, że nie było warunków do spacerów, po rozłożeniu sprzętu postanowiliśmy się przygotować do koncertu, tego dnia bowiem czekała nas podwójna premiera. Uznaliśmy, że wakacje to czas zabawy i swobody, nawet w naszej pracy i, że zaistniały odpowiednie warunki, by spróbować zagrać dla Was utwory z dopiero co nagranej płyty. Z racji tego, że Cisza najpierw nagrywa nowe piosenki na płytę a dopiero potem stara się ich nauczyć ;P, to właśnie letnie koncerty stały się dla nas poligonem doświadczalnym. Na pierwszy ogień przygotowaliśmy (znaczy się bardziej „nie umiemy tego zagrać ale co się może wydarzyć – najwyżej nam nie wyjdzie” ;P) dwa utwory „Last Minute” oraz „Dziwni Letnicy”. Po Waszych reakcjach wydaje nam się, że to była dobra decyzja 🙂 Odważyliśmy się tym samym, aby na kolejnych występach prezentować coraz więcej młodszych piosenek (których jeszcze bardziej nie umiemy zagrać ;P). Jeszcze jedna warta odnotowania sytuacja miała miejsce tego wieczoru. Po koncercie podszedł do Mateusza 16 letni syn właściciela, Grześ, nieśmiało pytając, czy może przez chwilę pograć na jego perkusji. Mateusz oczywiście się zgodził, chłopak zasiadł więc do zestawu i zaczął z młodzieńczą pasją ujarzmiać instrument.

Wtedy właśnie
……….
………
……..
…….
……
…..
….

..
.

pomyslowy dobromir

Przypomniało nam się, że Mateusz za dwa tygodnie chciał jechać na wesele szwagierki i kolidowało mu to z kolejną trasą. Po tym jak zobaczyliśmy umiejętności Grzesia, zaproponowaliśmy mu zastąpienie naszego perkusisty podczas trzech koncertów sierpniowych. Ten bardzo się ucieszył i obiecał przygotować się należycie, co stanowiło nie lada zobowiązanie, nie miał przecież za wiele czasu, a i z braku możliwości zorganizowania choćby jednej wspólnej próby sprawa wydawała się bardzo trudna. Właściwie to żaden rozsądny muzyk nie pisałby się na tak ryzykowne posunięcie, ale na szczęście Grześ z tym ryzykiem wpasował się idealnie – że niby od kiedy to Cisza postępuje rozsądnie? ;). My natomiast ucieszyliśmy się, że nie będzie nam brakować wszystkich do kompletu i Mateusz będzie mógł spokojnie wziąć udział w rodzinnej uroczystości. Po kolacji posiedzieliśmy chwilkę w przyjacielskim gronie, a nad ranem ruszyliśmy już w Bieszczady. Dziękujemy Jamna

Na początku eskapady po naszych ukochanych górach wybraliśmy się do Grzegorzówki w Starym Łupkowie. To bajeczne miejsce, stworzone przez Alę i Grzesia, których poznaliśmy przed laty w Schronisku nad Smolnikiem, jest ostoją spokoju położoną z dala od zgiełku miast i szybkiego miejskiego życia. Tu czas wręcz zatrzymuje się w miejscu, można się wyciszyć i napawać dzikimi Bieszczadami, choć, w przeciwieństwie do sąsiedniej Chatki Na Końcu Świata, mamy tu bieżącą wodę i co najważniejsze – prąd. O ile bez wody też można sobie tu radzić, chociażby kąpiąc się w strumyku, (nawet w zimie, co zresztą gospodarze udowodnili w telewizji :P), to bez prądu już trudniej chociażby zorganizować koncert 🙂 A tych, proszę Państwa, w Grzegorzówce tego lata mogliśmy naliczyć przynajmniej kilka – przed nami przynieśli tu swe dźwięki m.in. Jurkiel z Czarkiem z zespołu Słodki Całus Od Buby,  Caryna czy zespół Hern. Nic dziwnego, w takich okolicznościach przyrody sama przyjemność grać, zwłaszcza, że chętnych nie brakowało i miejsca pod zadaszeniem szybko się zapełniły. Zaraz zaraz, tak szybko autor przeszedł prawie do samego występu, a przecież działo się dużo więcej ciekawych rzeczy jeszcze zanim w ogóle nasz zespołowy bus zaparkował przed chatką. Kluczowe słowa „w ogóle” i „zaparkował” musimy przedzielić słowem „nie”, ponieważ ciszoBĘC (a masz! specjalnie za robienie nam ciągle „bęc” w drodze) nie dał rady pokonać bieszczadzkich dróg wolnego ruchu, a zwłaszcza jednej „malutkiej” kałuży, którą na szczęście specjalnie dla nas najpierw wypróbował znany w okolicach jako „Pijany Kierowca Jeep’a” 😉 – Jędrzej Molczyk
grzegorzówka jedrus
Wtedy właśnie zobaczyliśmy, że w miejscu gdzie jego Jeep Renegade delikatnie muska taflę wody (lub jak w piosence zespołu Daab – „wodę tafli” ;P) w naszym aucie wlałaby się do środka, a w ramach koncertu wręczylibyśmy obecnym ręczniki, szmatki, gąbki, mopy i, przy wspólnym śpiewaniu szant, przez resztę wieczoru wycieralibyśmy sprzęt do sucha ;P

grzegorzowka pakowanie
Zmieniliśmy taktykę i już zaczęliśmy przepakowywać wszystko do renegata, aby na raty przewieźć graty (rymy składam, jak Mickiewicz… Aaa… to już było) aż tu nagle zjawił się inny wojownik bieszczadzkich szos. Okazało się, że Miron („to wbrew pozorom imię, a nie ksywa” :P) swoim ogromnym dostawczym busem Crafterem jedzie właśnie do Ali i Grzesia i chętnie nam pomoże. Troszkę w ciemno zaufaliśmy nieznajomemu, jednak zapewnił nas, że jechał tą trasą już nie raz i spokojnie przejedzie przez tę małą, jak sam określił, „plamę”. Rzeczywiście po przepakowaniu do tego olbrzyma Miron z lekkością się rozpędził i zniknął nam z oczu. Na dowód tego, że nawet nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia odjeżdżającego dostawczaka, nie umieścimy takiego zdjęcia ;P
Poszliśmy więc na piechotę w stronę chatki, mając nadzieję, że spotkamy jeszcze naszego nowego znajomego 🙂 Na miejscu okazało się, że Miron przyjechał na nasz koncert specjalnie dostarczyć ogromny namiot, aby Słuchacze mieli gdzie się schronić w razie deszczu, który towarzyszył nam, jak do tej pory, niemal każdego dnia, mimo iż podczas przygotowań do koncertu pogoda absolutnie nie wskazywała na najmniejsze opady.
grzegorzowka namiot
grzegorzowka scena proba
grzegorzowka majki minius
grzegorzowka scena emocjegrzegorzowka scena wieczorgrzegorzowka uklon
Po koncercie sprawdziła się przepowiednia i mogliśmy przeżyć (choć wtedy nie było to do końca takie pewne) potężną burzę. Niebo momentami jaśniało od piorunów, a grzmoty były tak głośne, że Aria (suczka gospodarzy) chowała się na poddaszu chatki w naszych posłaniach. Na szczęście zdążyliśmy zwinąć wszystkie klamoty, zanim zaczęło lać. Nie był to bynajmniej koniec wieczoru: rozmowy na ganku, śpiewanki w tipi, a także dla niektórych spanie na werandzie (pozdrawiamy zieloną ekipę ;P) ogólnie – bieszczadzki relaks.
grzegorzowka kot
ten kolega grzał nam łóżeczka 🙂
Nazajutrz Miron z powodu opadów nie mógł już tak łatwo pokonać „jeziora”, więc z pomocą UAZ’em przyjechał tubylec Andrzej i wyciągnął Craftera. Dziękujemy wszystkim pomocnym ludziom, dziękujemy Ali i Grzesiowi za gościnę, Jędrzejowi także za zdjęcia. Dziękujemy GRZEGORZÓWKA.

W Cisnej to dopiero pogoda dała nam popalić… Musieliśmy zmienić wcześniejsze plany i zamiast zagrać w stronę pola namiotowego TRAMP’u, co nieco skompresowaliśmy się w zadaszonej części, przy palenisku, gdzie można było spokojne uniknąć strumieni wody lejącej się tego dnia z nieba. Z racji tego, że zakwaterowanie mieliśmy w oddalonych Ustrzykach Górnych, to – jak na ironię – przy takiej pogodzie szukaliśmy wśród miejscowych znajomych możliwości skorzystania z prysznica 🙂 W końcu się udało, a my wróciliśmy na pole namiotowe, by wysłuchać bajek 😉
cisna-bajki.jpg
Sympatyczna inicjatywa ekipy TRAMP’a, zadbali, by umilić czas najmłodszym, gdy ich rodzice czekali na „smutny i nudny” koncert ;). Żeby było ciekawiej, jak się okazało, to właśnie te dzieciaki siedzące w pierwszych rzędach, brały najbardziej czynny udział w koncercie i odważnie śpiewały razem z nami. Po drugie przez cały koncert mieliśmy wrażenie, że to jedyni nasi słuchacze, gdyż przez cały występ sceniczne oświetlenie dawało nam prosto w oczy i nie widzieliśmy nic poza trzeci rząd. Po trzecie z racji używania odsłuchów dousznych poza własnymi instrumentami i głosami słyszeliśmy niewiele, tyle co właśnie z najgłośniejszych gardeł umiejscowionych w pierwszych rzędach, do nas dobiegało. À propos mamy nawet gotowe rozwiązanie, abyśmy mogli podczas koncertu również Was dobrze słyszeć, to wystawiamy dodatkowy mikrofon, skierowany w stronę publiczności i każdy z nas może sobie dostosować ile chce z tego mikrofonu słyszeć w swoim odsłuchu. UWAGA!!! Nie stosować w przypadku obecności dzieci na koncercie! (czyli u nas prawie zawsze;P). Przytoczymy pewną sytuację.
Uwaga! wskazówka dla reżysera – obraz się rozmywa, słychać szum fal… 🙂
źźźziU Miało to miejsce na koncercie w Poznaniu, bodajże w grudniu 2016. Piękny klimat, świeczki, ludzie zasłuchani, rozśpiewani. Tu właśnie pojawia się słodka kilkulatka, widzi mikrofon, więc podchodzi i śpiewa radośnie do tego mikrofonu 🙂
Dodać należy, że mikrofon „ambiensowy” jest wysterowany niezwykle czule, bo musi zbierać dźwięki z całej sali…wyobraźcie sobie jak zabrzmiała nam w uszach śpiewająca do niego z całą mocą kilkulatka… 😀
źźźziU… wracamy do 25 lipca 2017 🙂 Dopiero jak po koncercie włączono światła na widowni okazało się, że jest wypełniona do ostatniej ławki, a przyjazna atmosfera bynajmniej nie zakończyła się wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Kolejny raz tego wieczoru to właśnie najmłodsi wiedli prym i prosili nas o autografy i wspólne zdjęcia 🙂 Cisna – dziękujemy!

Po spakowaniu manatków, udaliśmy się na nocleg do „Naszego Drugiego Bieszczadzkiego Domu” czyli Zajazdu pod Caryńską, gdzie Seba i Jacek, mimo iż mieliśmy zagrać u nich dopiero pojutrze, przygarnęli nas i gościli przez 3 dni. Jako że w biesach nasze przebiegi pomiędzy koncertami zacieśniły się do ok. godzinnych podróży, mogliśmy sobie pozwolić, by nie iść tak od razu spać… ;P Kolejny dzień zaczęliśmy skoro świt ok 13tej ;P zanim pojechaliśmy do Wetliny na koncert, czekała nas podróż do Łopienki, gdzie w towarzystwie Chrystusa Bieszczadzkiego mieliśmy zostać współsprawcami małego podstępu 🙂 Otóż pewien młodzieniec namówił nas, abyśmy pomogli mu zrobić niespodziankę dla swojej świeżo upieczonej narzeczonej (która de facto w momencie naszego wyjazdu do cerkwi, jeszcze nie zdążyła odpowiedzieć na to najważniejsze pytanie). Wzięliśmy więc instrumenty w ręce i pod słynną lipą uczciliśmy wraz z przyszłymi nowożeńcami ten wyjątkowy dzień. (co się stanie gdy nie każdy muzyk dostanie zajęcie można zobaczyć na filmie ;P)
lopienka mlodzi
lopienka czarno biale
lopienka mlodzi i zespol

Ani i Grześkowi życzymy cudownej miłości, mamy nadzieję, że przyczyniliśmy się do wyjątkowości tych chwil spędzonych w Łopience, ozdobionych naszymi dźwiękami. Wszystkiego najpiękniejszego! Do zobaczenia 🙂
lopienka zyzy i mlodzi

Po tej pełnej wzruszenia przygodzie wracamy na Ziemię 😉 jako że przegapiliśmy śniadanie udaliśmy się od razu na obiad, tradycyjnie już do Chaty Wędrowca na naleśnika giganta, obowiązkowo popitego kofolą 😀
Tym razem to naleśnik był sprite a my pragnienie ;P
wetlina nalesnik gigant
Dalej było już łatwiej 😉 W Wetlińskim PTTKu graliśmy już tak wiele razy i można powiedzieć „za kadencji” przeróżnych rezydentów. Obecny opiekun, Piotrek „Rożek” Rojek, na szczęście wkłada w to miejsce całe serducho i mogliśmy je odhaczyć na naszej letniej mapie miejsc do zagrania i zapamiętania 🙂 Mimo iż pogoda tylko czekała aż zaczniemy rozstawiać sprzęt,
wetlina chmury
a chłód znad rzeczki robił nieśmiałe podchody, to przygotowania do koncertu odbywały się w pozytywnym nastroju. Z racji tego, że drewniana scena, wysłużona przez lata eksploatowania, odeszła już na emeryturę (czyt. wejście na nią groziło zrobieniem sobie kuku, więc obsługa ją zdemontowała) zaadaptowaliśmy sobie nowe miejsce do grania. wetlina scena
Mimo zimnego wieczoru, gorące przyjęcie Słuchaczy (których okazało się, jak naliczyła ekipa schroniska, ok. 300 ) spowodowało, że grało nam się świetnie i dobry humor nie opuszczał nas i wszystkich obecnych ani na chwilę. Na koncercie był obecny również pan, który był maszynistą  „Przemyślanina” – pociągu legendy, znanego z anegdoty Michała, wg której pociągiem tym turyści mają nieprzyjemność podróżowania w warunkach delikatnie mówiąc „mało higienicznych”. Pan ten potwierdził publicznie autentyczność i zasadność w.w. opowieści, może i ku przestrodze, jednak cośmy przeżyli to nasze ;P Dziękujemy Wetlina. Wieczór spędziliśmy już w zajazdowych łóżeczkach – tym razem grzecznie ;P
W końcu, po dwóch noclegach, przyszedł czas na koncert w najbardziej gościnnych progach Bieszczadów w Zajeździe pod Caryńską w Ustrzykach Górnych. O tym miejscu już wiele dobrego zostało opowiedziane, to tutaj odbyły się dotychczasowe zloty Ciszaków, to tu zawsze jesteśmy po królewsku goszczeni przez Sebastiana i Jacka niezależnie czy przyjeżdżamy z koncertem czy tylko na kawę, to tutaj jest kulturalne centrum Bieszczadów (świadczy o tym chociażby b